fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Mołdawia Moldova Mołdawia MD
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Rumunia Romania Rumunia RO
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
2005
FINLANDIA - NORWEGIA - TALLIN - RYGA - LITWA
Finland - Norway - Tallin - Riga - Lithuania

Galeria zdjęć - Finlandia / Gallery - Finland
Galeria zdjęć - Norwegia / Gallery - Norway
Galeria zdjęć - Estonia - Talin / Gallery - Estonia - Tallin
Galeria zdjęć - Łotwa - Ryga / Gallery - Latvia - Riga
Galeria zdjęć - Litwa / Gallery - Lithuania

Not avilable in English.

Termin: 30 lipiec - 20 sierpień 2005

Udało nam się wyrwać z domu i pracy na całe trzy tygodnie. W porównaniu z dwoma poprzednimi latami, to niezły sukces. Miało to swoje odzwierciedlenie w przebytej przez nas trasie - 7,5 tyś. km i ilości miejsc, które chcieliśmy zobaczyć i odwiedzić, co nam się udało. A szczegóły trasy poniżej:

Dzień 1.
Wbrew wszelkim negatywnym przeczuciom udało nam się wyruszyć przed południem i na dokładkę nie musieliśmy się po nic wracać do domu. Jechało się nieźle aż do Warszawy, gdzie na swej drodze napotkaliśmy roboty drogowe, w efekcie czego utknęliśmy w korkach. I tak nam już zostało na wiele, wiele kilometrów. I do Białegostoku i dalej do Augustowa. Efektem tego było przekraczanie granicy litewskiej 12 godzin od momentu opuszczenia domu. Zmęczyła nas droga i upał i zanim jeszcze dojechaliśmy do Kowna, musieliśmy zrobić sobie postój na zregenerowanie sił.

Dzień 2.
Ponieważ na wakacjach, a zwłaszcza w drodze, nie wylegujemy się do południa już przed dziewiątą rano przekraczaliśmy granicę łotewską. A na terminalu promowym w Tallinie znaleźliśmy się o 17ej miejscowego czasu. Od razu poszliśmy do kasy i wykupiliśmy bilety na Autoekspress do Helsinek. W ciągu następnej godziny znaleźliśmy się na promie i odpływaliśmy z estońskiej stolicy.
Po zjechaniu z promu i szybkiej odprawie paszportowej, wyjechaliśmy z portu i w mgnieniu oka znaleźliśmy sobie miejsce na nocleg. Nawet się nie rozpakowując od razu poszliśmy się przejść.
Ponieważ zamieszkaliśmy z dala od centrum i ze względu na wieczorną już porę ten pierwszy spacer ograniczyliśmy do nabrzeża i okolic Parku Sibeliusza. W końcu nikt i nic nas już nie goniło i mieliśmy co najmniej cały następny dzień na szwędanie się po Helsinkach.

Dzień 3.
Od samego rana byliśmy już na nogach i na początku nie mieliśmy zbyt raźnych min - całą noc padało, a ranek był pochmurny i nieco dżdżysty. Ponieważ jednak my się przygód nie boimy, wyruszyliśmy w miasto uzbrojeni w parasol. Kurtek nie zabraliśmy, co się później okazało dobrym posunięciem.
Ponownie przechodziliśmy obok olbrzymich organów Sibeliusza. Muszę przyznać, ze pomnik robi wrażenie. Trasę tak sobie wyznaczyliśmy, by przechodzić obok Temppeliaukio - kościoła wykutego we wnętrzu skalnego wzniesienia. Ponieważ był zamknięty, obeszliśmy sobie teren dookoła i zajrzeliśmy do środka przez szklane drzwi (szczerze mówiąc aktualny informator i różne kartki przy wejściu oznajmiały radośnie zupełnie różne godziny otwarcia kościoła).
Od kościoła zawędrowaliśmy w pobliże dworca kolejowego, w bliskim sąsiedztwie którego znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej. Spora część ekspozycji Muzeum stale znajduje się w przyległym parku.
Pod dworcem znajduje się jeden z punktów wypożyczania rowerów, którymi można sobie jeździć po Helsinkach. Wrzucamy do mechanizmu monetę 2 EURO i odpinamy rower, który jest już do naszej dyspozycji. Po skończonej przejażdżce przypinamy rower w jednym z takich punktów i odzyskujemy swoje 2 EURO. Tani i ekologiczny środek transportu miejskiego.
Wędrując dalej ulicami miasta (w rosnącym upale i pod coraz bardziej błękitnym niebem - o jak dobrze, że nie zabraliśmy kurtek!) dotarliśmy do Placu Senaatintori. Trudno by się było nie zgodzić, że zdecydowanie góruje nad nim śnieżnobiała bryła Katedry, do której wiedzie istne zbocze schodów. Na środku placu stoi sobie pomnik cara Aleksandra II - i nikomu tutaj ten stary okupant nie przeszkadza.
Mała uliczka odchodząca z Placu Senaatintori na wprost Katedry okazała się Ulicą Muzeum - jedynym muzeum otwartym 24 godziny na dobę 365 dni w roku, bez względu na wszelkie święta. Co prawda weszliśmy na nią od tyłu - swój początek muzeum ma od strony Palcu Targowego. Jest to historia miejskiej ulicy od początku wieku XIX, obrazująca jej wygląd (nawierzchnia, rynsztok, chodniki itd.) i "wyposażenie" (rezerwuary wodne, hydranty, różne rodzaje oświetlenia ulicznego, skrzynki na listy, telefon).
Na Placu Targowym, jak nazwa wskazuje, odbywał się codzienny targ. A ponieważ Plac mieści się w samym centrum miasta, na nabrzeżu portowym, obok straganów z owocami, rybami, ciuchami pełno jest stoisk z pamiątkami, na których powtarzały się naprzemian dwa słowa - Suomi i Finland (pod warunkiem, że nie były to skóry reniferów lub wykonane z nich części garderoby).
Plac Targowy to także miejsce, z którego wypływają na wody Zatoki wszystkie statki wycieczkowe po archipelagu, promy rejsowe do najbliższych wysp i kilka promów do Estonii, Szwecji i Niemiec.
Połaziliśmy jeszcze nieco wokół Placu po Esplanade, zajrzeliśmy do Starej Hali Targowej (piękny budynek), wspięliśmy się na wzgórze, na którym stoi Katedra Prawosławna i w końcu wróciliśmy do portu przy Placu Targowym.
Wsiedliśmy na rejsowy prom, który dowiózł nas do twierdzy Suomenlinna, jednej z największych morskich fortec świata. Wybudowana na 6 wyspach zatoki w XVIII w. od 1991 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Na stały ląd wróciliśmy późnym popołudniem, lub jak kto woli - wczesnym wieczorem. Zanim doszliśmy do Parku Sybeliusza już się ściemniło. Dało nam to szansę zobaczenia organów błyszczących złotem w światłach reflektorów.

Dzień 4.
Rano po bardzo krótkiej naradzie (architektura skandynawska jest dość monotonna), wyruszyliśmy do Turku.
Zostawiliśmy samochód na parkingu w pobliżu Teatru i wyruszyliśmy nabrzeżem rzeki Aura na spacer. Uzbrojeni w mini-przewodnik idąc za jego radami wędrowaliśmy raz jedną raz drugą stroną rzeki podziwiając lub przynajmniej zerkając na wymieniane w nim atrakcje. Naszym celem w Turku był zamek. Kiedyś mieszkała w nim nasza księżniczka - Katarzyna Jagiellonka.
Musieliśmy po jego opuszczeniu przyznać, że jeszcze żaden zamek tak nie dał nam w kość. Błądziliśmy po jego salach i komnatach ponad dwie godziny, istny labirynt. Najciekawiej było w części średniowiecznej, gdzie wszystko jeszcze przypominało taki prawdziwy zamek, w częściach późniejszych wystawione ekspozycje nie do końca pokrywały się z moimi zainteresowaniami (arsenały, to jednak niekoniecznie to, co lubię najbardziej), co potęgowało moje zmęczenie.
W drodze powrotnej do samochodu wspięliśmy się na wzgórze, na którym znajduje się letni teatr w cieniu skrzydeł olbrzymiego wiatraka. Znajduje się tam obrotowa widownia i kilka scen dookoła niej. Gdy stamtąd wychodziliśmy szykowano się do kolejnego spektaklu.
Zmęczeni upałem i wykończeni przez zamek wsiedliśmy do samochodu i wzięliśmy kurs na wybrzeże - letni kurort Naantali, gdzie zamierzaliśmy jeszcze tego samego popołudnia wypocząć.

Dzień 5.
No cóż, do Naantali zawiodły nas, a zwłaszcza mnie, echa dzieciństwa - świat Muminków. Park rozrywki dla całej rodziny, gdzie jednak królują dzieci i turyści, jakże by inaczej - japońscy. Przytuliłam się do Muminka, zajrzeliśmy tu i ówdzie i tak nam zleciało przedpołudnie.
Nadszedł czas na beztroskie lenistwo. Rozłożyliśmy się na deskach mola przy plaży. Jacek poszedł popływać w chłodnych wodach zatoki, ja wybrałam kąpiel słoneczną.
Gdy już po kilku godzinach mieliśmy dość bezczynności i spacerów po tym uroczym, choć małym miasteczku, ruszyliśmy dalej wybrzeżem na północ. Wczesnym wieczorem (hmm, coś te wieczory nam się coraz bardziej wydłużały w miarę posuwania się na północ) dotarliśmy do Raumy. Starówka tego nadmorskiego miasta objęta jest patronatem UNESCO jako Światowe Dziedzictwo Ludzkości. Jednak na nas kolejna dzielnica starych (praktycznie tak samo wyglądają nowe) drewnianych domów nie robiła już wrażenia.
Dlatego też (ciągle jeszcze przed zmierzchem!) szybko znaleźliśmy się w Yyteri w gminie Pori na jednej z najładniejszych plaż jakie, w ciągu ostatnich kilku lat oglądaliśmy. Szeroki, szeroki pas złotego piasku, wydmy poznaczone wysepkami zielonych krzewów, powoli przechodzące w sosnowy lasek, za którym na campingu zostawiliśmy samochód. Na kąpiel było już zdecydowanie za późno, ale spacer był prawdziwą przyjemnością.

Dzień 6.
Tego dnia mieliśmy leniuchować na plaży, ale aura była odmiennego zdania - schowała za chmurami słońce i lunęła deszczem. Nie mieliśmy co już robić w Yyteri, wiec zapakowaliśmy się w auto i ruszyliśmy dalej na północ. Po drodze zrobiliśmy tylko kilka małych przerw. W Vaasa, by zrobić zakupy. W Kokkola, by rozprostować kości przespacerowaliśmy się po mieście (gdzie ci wszyscy ludzie?! ulice były przeraźliwie puste). A po drodze w strugach deszczu dostrzegliśmy na poboczu, jakieś dwa metry od jezdni, dwie pasące się łosze. Gdy zatrzymaliśmy się przy nich na chwilę, tylko podniosły łby i spojrzały na nas obojętnie nie przejawiając wcale chęci do ucieczki.

Dzień 7.
Tornio, to miasto położone nad rzeką Tornio, a częściowo także na jednej z wysp na rzece. Resztę wyspy i drugi brzeg zajmuje szwedzkie miasto Haparanda (coś jak nasz i czeski Cieszyn). Tak się rozpędziliśmy, ze przejechaliśmy o jeden most za daleko. I niechcący znaleźliśmy się w Haparandzie. Przy okazji czas nam się poplątał, bo w Szwecji jest ta sama strefa czasowa, co u nas, czyli było o godzinę wcześniej niż w Finlandii. Po kilkunastu minutach wróciliśmy do Tornio i wybraliśmy się na mały spacer po mieście.
Na pierwszy ogień poszła mała, urocza cerkiewka, stojąca zaraz przy głównej drodze. Potem spacer przez centrum, kolejny kościół, jako przykład zabytku architektury, aż doszliśmy do wieży ciśnień, na szczycie której znajduje się taras widokowy, Co z tego, skoro i tak otwarty był od godziny 12, a było ledwie kilkanaście minut po 10. Nie czekaliśmy do południa na sam taras widokowy, lecz pojechaliśmy w górę rzeki do Kukkolankoski.
Kukkolankoski to miejsce, gdzie wzburzona woda rwie przez progi rzeczne i gdzie każdego lata odbywają się tradycyjne połowy pewnej srebrno-łuskiej odmiany łososia. Przez chwilę patrzyliśmy jak rybak, stojąc na czymś co z dużą dozą wyobraźni można by nazwać pomostem, przeczesuje wodę siatką sieci przytwierdzoną na niezwykle długim drzewcu. Jacek też chciał popróbować połowić tak ryby i bez dłuższego namysłu zagadnął rybaka. I po chwili sam przeszukiwał wody w poszukiwaniu ryb. Szczęściarz z niego, bo od razu za jednym zamachem wyciągnął w sieci cztery dorodne sztuki. Okazało się później, że był to rekord dnia, a nawet chyba tygodnia. Rzadko kiedy udawało się złowić za jednym razem cztery ryby.
Ponieważ jest to rozrywka dla nas na niezbyt długą metę, pojechaliśmy nieco dalej w górę rzeki do Matkakoski. W odróżnieniu od Kukkolankoski, gdzie stoi cały szereg domków rybaków, jakieś sklepiki z pamiątkami, bar i nawet jest camping, Matkakoski to miejsce ciche i spokojne, gdzie turyści już raczej nie zaglądają. Pospacerowaliśmy tam nieco nad rzeką, w lesie nazbieraliśmy jagód, słowem - odpoczęliśmy.
Przed dziewiętnastą wróciliśmy do Kukkolankoski na podział ryb, który trwał i trwał i trwał. Rybacy dzielili ryby między siebie i miedzy właścicieli gruntów i brzegów rzeki. Nam też się dostał nasz mały udział za współudział w połowach. Wieczór więc spędziliśmy na oporządzeniu, pieczeniu na ognisku i spożywaniu naszego połowu.

Dzień 8.
Z samego rana, zaraz po otwarciu byliśmy już za Rovaniemi w Santa Park z wizytą u Świętego Mikołaja. Przekroczyliśmy szklane wrota i zeszliśmy długim korytarzem do podziemnego świata pełnego elfów. Zajrzeliśmy do kuchni Pani Mikołajowej, ukończyliśmy szkołę dla elfów, zjedliśmy lody w lodowym barze, złożyliśmy wizytę w biurze Mikołaja, zamieniając z nim kilka słów, zrobiliśmy sobie swoje własne małe elfy z drewna i gałganków, obejrzeliśmy występ tańczących i brykających elfów, pooglądaliśmy pamiątki i to by było na tyle. Szczerze mówiąc, nieco się zawiodłam. Wyobrażałam to sobie trochę inaczej. No, ale pozostała nam jeszcze Wioska Świętego Mikołaja w Arctic Circle.
Niestety, tu też się bardzo rozczarowaliśmy. Wioska składa się z: olbrzymich parkingów, Głównej Poczty Świętego Mikołaja, jego biura i stu milionów sklepów z pamiątkami, poprzetykanych barami. Sama komercja w najczystszym wydaniu. Choć i tak potrafi wciągnąć na ładnych kilka godzin.
Postanowiliśmy jeszcze zajrzeć na lotnisko, którego nazwa na frontonie terminalu ułożona jest z rogów reniferów i gdzie na wzgórzu przed wyjściem czekają na odwiedzających srebrne reny.
Dzień zakończyliśmy bardzo przyjemnym spacerem po szlakach biegnących na wzgórzu kryjącym w sobie Santa Park.

Dzień 9.
Od rana byliśmy w drodze i około 9 wjechaliśmy do Norwegii. Zrobiliśmy sobie krotki przystanek w Kautokeino przy skansenie. A potem, na drodze do Alta, zatrzymywaliśmy się prawie na każdym parkingu przydrożnym. Powód - jeden, ale złożony z mnóstwa elementów - przepiękne widoki, majestatyczne skały wznoszące się w niebo, co kilka metrów srebrna strużka spływająca do rwących wód szumiącej i przetaczającej się w kamiennym korycie rzeki, czasem wyższa plama zieleni brzozowych zagajników. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.
W Alta zatrzymaliśmy się na małą przerwę, na koniec której przespacerowaliśmy się kamienistą plażą i znów w drogę - wciąż na północ, w kierunku Nordkapp.
Na wyspę Mageroya, na której znajduje się Przylądek Północny, dostać się można wiodącym pod dnem morza tunelem (niestety płatnym). Po przejechaniu tunelu zjechaliśmy do Honningsvag, ale tylko dlatego, że zbiornik paliwa był już prawie pusty. Zatankowaliśmy i już bez zbędnych postojów pojechaliśmy prosto na Nordkapp.
Na przylądek przybyliśmy przed dziewiątą wieczorem. Już zbierały się tam tłumy, parking zapełniał się samochodami osobowymi, kampami, motocyklami, autokarami. Wszyscy (prawie) gnali na szczyty klifów pod globus. Nieco większe zmarzluchy chowały się w budynku Hallu rozchodząc się po sklepie z pamiątkami, barach, salach wystawowych, kinie. Szybko przestałam im się dziwić, bo lodowaty wiatr wyciskał z oczu łzy, a Jacek skarżył się, że mu palce przymarzają do statywu, gdy go rozkładał. Oczywiście ubraliśmy się ciepło, ale zabrakło nam czapek, rękawiczek i szalików. Po kilku zdjęciach sami więc uciekliśmy do budynku, by tam poczekać na atrakcję dnia - czyli zachód słońca. W tak zwanym międzyczasie zajrzeliśmy do kina. Panoramiczny film, wyświetlany na pięciu ekranach ułożonych w łuk, zabrał nas - i to prawie dosłownie - w niezwykłą podróż po Mageroya i pod otaczającymi ją wodami. Zajrzeliśmy do kilku sal z wystawami, poczytaliśmy nieco o historii Przylądka, kupiliśmy i wypisaliśmy kartki z końca świata. Aż zrobiła się 22:20 i słońce zaczęło zachodzić. Po swoistym pokazie natury, ludzie nadal wpatrywali się w horyzont, tym razem czekając na wschód słońca. Ten zaczął się niedługo przed północą i gdy słońce już-już miało się wyłonić, ze wschodu napłynęła gęsta mgła. Nic nie było widać na kilka metrów. Szare tumany przesuwały się szybko gnane wiatrem i gdy czasem zrobiła się w nich jakaś dziura widać było jak horyzont zasnuły mgły. Ludzie w mgnieniu oka znikli. Gdy i my wyszliśmy na parking, nie było już na nim autokarów i większości motocykli. W sąsiednich samochodach (osobowych, busach i co tam jeszcze) ludzie już pakowali się w śpiwory. My zrobiliśmy to samo.

Dzień 10.
Po śniadaniu i porannej toalecie spora część samochodów opuściła parking. W ogóle po Hallu i przylądku kręciło się ledwie kilka osób. No cóż, największą atrakcją jest przecież zachód słońca, a do zachodu został jeszcze cały dzień.
Na ten dzień zaplanowaliśmy sobie zdobycie najdalej na północ wysuniętego skrawka Europy, którym, wbrew pozorom, nie jest Nordkapp (71 10 21), ale Knivskjelodden (71 11 08). Trasa zdecydowanie wymaga obuwia trekkingowego, o czym musiało się przekonać kilka osób, bo przy koszu na śmieci przy parkingu leżało kilka par "zamordowanych" butów typu adidasy. 9-kilometrowy szlak był wyraźnie oznakowany i składał się: kamieni, strumyków, kamieni, rozlewisk, kamieni, kładek, kamieni, bagienek, kamieni i głazów. Do tego kilka ostrych spadków i podejść. Kilka ładnych godzin niezłego spaceru. Na szczęście - jeśli chodzi o wędrówkę, niebo było zachmurzone, więc ominął nas słoneczny skwar w krainie bez cienia. Na nieszczęście - jeśli chodzi o robienie zdjęć, niebo było zachmurzone, przez co krajobraz zrobił się płaski i szary. No cóż, nie można mieć wszystkiego na raz.
Nasze tempo marszu nie było najszybsze, a najbardziej spowolniały go pomarańczowe jagody (a właściwie to odmiana maliny), które namiętnie zbierał Jacek. Gdy w końcu dotarliśmy na ten kamienisty skraj świata wpisaliśmy się do księgi, zrobiliśmy kilka zdjęć, zjedli coś na pokrzepienie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Nie spieszyło nam się specjalnie, bo słońce zachodząc na około godzinę nie pozostawiało nocy szans i ciemność w ogóle nie zapadała. Nie baliśmy się więc, że zabłądzimy.
I znów wieczorem (haha!) wylądowaliśmy na Nordkapp. Jacek miał przez cały dzień duże wątpliwości co do zachodu słońca, ale widziałam, że ponad horyzontem po północnej stronie nieba jest dość szeroka szczelina i czułam i wierzyłam, że pozostanie tam ona i że słońce się w niej pojawi. Nie zawiodłam się na moich przeczuciach, bo rzeczywiście słońce wyjrzało zza chmur i dało wspaniały pokaz zachodu. Było o wiele cieplej niż poprzedniego dnia, co przełożyło się na większy tłum ludzi kłębiący się pod globusem. Tego dnia jednak wschodu słońca też nie doczekaliśmy, ale tym razem zawiniło nasze zmęczenie. Po prostu usypialiśmy na stojąco i już nic nie widzieliśmy na oczy. Poszliśmy spać.

Dzień 11.
Po śniadaniu definitywnie (przynajmniej jak na te wakacje) opuściliśmy Przylądek Północny. Pojechaliśmy do wioski rybackiej Skarsbag, położonej na wschodnim brzegu wyspy. Zawiodły nas tam zasadniczo dwie atrakcje. Jedną z nich miał być całoroczny dom świąteczny, polecany nam gorąco przez miejscowych. Nie powiedzieli tylko, że jest to w zasadzie sklep z ozdobami świątecznymi. Nie można powiedzieć, były liczne i śliczne, często zdecydowanie ładniejsze od tych, które widzieliśmy w Wiosce Świętego Mikołaja.
Od hotelu w Skarsbag wychodzi też szlak do Kirkeporten - formacji skalnej na wybrzeżu przypominającej kształtem olbrzymią bramę, lub łuk - jak kto woli. W porównaniu z trasą na Knivskjelodden to był mały i relaksujący spacerek. Ponadto w przewodniku autor napisał, że od i poprzez Kirkeporten jest najpiękniejszy widok na Horn. To skała stercząca w górę pośrodku klifu, święte miejsce ludu Sami. Zgodnie z ich wierzeniami Horn to siedziba Bogów.
Gdy wróciliśmy do na dół do wioski zobaczyliśmy na boisku leżące wokół bramki renifery. I jestem pewna, że piłka wcześniej leżała w innym miejscu. Całość wyglądała jak przerwa w meczu.
Na zakończenie zwiedzania Mageroya zawitaliśmy do Honningsvag. Największa miejscowość na wyspie, to wciąż przysłowiowe kilka budynków na krzyż. W jednym z nich mieści się Nordkapp Muzeum. Poza tym wszystko jest tu "najbardziej na północ wysunięte" - pizzeria, pub z własnym browarem, taki sklep, owaka restauracja. A najstarszym budynkiem jest biały, drewniany kościół. W informacji turystycznej pokazano nam zdjęcie z okresu II wojny światowej - Honningsvag po nalocie. Wszystkie budynki zrównane z ziemią, jedno wielkie gruzowisko, a pośrodku tego stoi jasna bryła nietkniętego kościoła. Gdy mieszkańcy wrócili do miasteczka, to zamieszkali w tym kościele do czasu odbudowania domów.
Opuściwszy wyspę Mageroya znów jechaliśmy wzdłuż poszarpanych brzegów Fiordu Porsange, a w Russenes odbiliśmy na Lakselv. W całym Finmark (to nazwa północnego regionu Norwegii), co kilka prawie kilometrów natknąć się można na lavvo (to takie lapońskie tipi), wiszące na stojakach skóry renów i stosy pamiątek - tradycyjne wyroby Sami. Zatrzymaliśmy się przy jednym z takich "suvenirów", ale nie po to, by kupować pamiątki, ale by porozmawiać. Ubrana w barwny strój Laponka okazała się niezwykle wesołą i dowcipną osobą. Bardzo nam się sympatycznie rozmawiało, uśmialiśmy się, ale nie mogliśmy tam siedzieć wiecznie. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Dzień 12.
Jechaliśmy trasą okrzyczaną jako jedna z piękniejszych i ciekawszych tras widokowych w Finlandii - wzdłuż rzeki Tenojoki z Karigasniemi do Utsjoki. Z tym, że chyba szczególnie ciekawa jest ta rzeka dla rybaków i wędkarzy.
Niedaleko Utsjoki, niecałe 30 km na południe od miasteczka, zaczyna się Rezerwat Kevo, a w nim jeden z największych kanionów w Skandynawii, którego głębokość sięga miejscami ponad 100 m. Kanion ciągnie się wzdłuż rzeki przez około 40 km i tyle też mają szlaki przecinające Rezerwat. Nie mieliśmy w planach przejść wzgłuż całego kanionu, ale tylko rzucić na niego okiem. Zostawiliśmy samochód na parkingu, przebraliśmy się, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na trasę.
Bardzo nam się spodobało. Co kilka kilometrów na szlaku znajdują się przystanki - wyznaczone miejsca na ognisko z zapasem drewna, siekierą do jego rąbania, koszami na odpadki, leśną latryną. Nieco rzadziej trafiają się chaty traperskie, miejsca na namiot (z drewnianą podłogą), szałasy traperskie. A pomiędzy nimi przeróżne atrakcje, głównie w postaci krajobrazu i wędrujących wszędzie renów, które słychać z daleka, zanim się jeszcze pojawią między zaroślami. Każdy ich krok to specyficzny "klik".
Późnym popołudniem wróciliśmy do samochodu, przebieraliśmy się na brzegu rzeki, w której zimne wody z ulgą włożyłam nogi.
Około 21:30 zaczęło zza chmur wyglądać słońce. Stwierdziliśmy, że chyba zrobimy sobie postój i się poopalamy.

Dzień 13.
W Sodankyla tylko rano zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy do Luosto, do kopalni ametystów. Jest to jedyna w Europie działająca kopalnia tego kamienia, kopalnia odkrywkowa. Umiejscowiona jest na kamiennym wzgórzu Lanpivaara, świętym miejscu ludu Sami. Z tego powodu wydobycie ametystów jest stosunkowo niewielkie i prowadzone nie maszynami, lecz ręcznie. Jak się później okazało, także rękami turystów odwiedzających kopalnię.
Początek wizyty to spotkanie z przewodnikiem przy kubku orzeźwiającego soku i pogadanka na temat ametystów i kopalni. Po tym przeszliśmy do wyrobiska i każdy z nas dostał taki mały, tępy kilofek i znalazłszy sobie swój kącik rozpoczął poszukiwania swojego własnego szczęśliwego kamienia. Zasada była jedna - jeden turysta wynosi jeden kamyk, jeśli znajdzie więcej - nadmiar zostaje dla kopalni (sprytne, prawda? - nie dość, że turyści zapłacą za zwiedzanie i kopanie, to jeszcze zrobią część urobku). Na nas jednak dodatkowo kopalnia nie zarobiła, bo wykopaliśmy sobie po jednym krysztale.
Gdy opuściliśmy Luosto skierowaliśmy się na południe. Czekał nas szmat drogi. Na dłuższą przerwę już późnym popołudniem, zatrzymaliśmy się w Ruki w gminie Kuusamo, gdzie znajdują się skocznie narciarskie. Zostawiliśmy skodę na parkingu pod dużą skocznią i wybraliśmy się na wspinaczkę na szczyt wzgórza, by choć trochę spróbować sobie wyobrazić co może widzieć skoczek.
Gdzieś przed 23, jadąc pomiędzy polami, na jednym z nich zobaczyliśmy tłum dziwnych postaci. Zaintrygowało nas to na tyle, że zatrzymaliśmy się - jak się okazało - przy Kawiarni Polnej. A przy niej dzieło pod tytułem "Cisi ludzie" - wiszące na kijach wbitych w ziemię różne ubrania, a jako głowy niezgrabne kule siana. Zastanawialiśmy się, skąd się biorą takie pomysły, by w środku pola postawić coś takiego lub cokolwiek bądź innego, co miało być jakimś aktem sztuki. U nas jakoś się to nie zdarza.

Dzień 14.
Od samego rana lało i lało. I deszczu nie było widać końca. Pomieszało nam to zdecydowanie szyki. Przecież spacerowanie w deszczu na dłuższą metę przestaje stanowić choćby małą przyjemność. Mimo wszystko realizowaliśmy nasz plan - pojechaliśmy do Yuuka, kilka minut w miasteczku spaceru na deszczu i wsiedliśmy ponownie do samochodu. Zostawiliśmy Yuuka z jego starówką i pojechaliśmy do Stone Village - do fińskiego centrum kamienia. Tu większość "atrakcji" znajduje się pod dachem, więc zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę.
Stone Village to w zasadzie kamieniołom z pracowniami, w których statyt jest cięty, szlifowany, obrabiany i przekształcany w prawdziwe cacka. Na dokładkę w Centrum znajduje się Muzeum Kamieni i czasowe wystawy sztuki.
Gdy wyruszaliśmy dalej jeszcze mżyło, ale po jakimś czasie wypogodziło się na tyle, że postanowiliśmy wyruszyć na szlak w Parku Narodowym Koli. Tym razem była to trasa spacerowa (przynajmniej jeśli chodzi o długość), bo miała raptem 5 km długości. Było tam trochę lasu (prawdziwie bajkowe uroczyska), trochę łąk, żółty piasek na niewielkiej plaży nad jeziorem. I sporo wspinaczki.
Ten dzień zakończyliśmy nad jeziorem Pielinen.

Dzień 15.
Jeszcze przed otwarciem Bunkier Muzeum w Joensuu znaleźliśmy się u jego "bram". Trudno określić to inaczej, ponieważ - jak sama nazwa wskazuje, na muzeum składa się bunkier, okopy, nieco zasiek i dział. Gdy my czytaliśmy historię umocnień, wywieszoną na tablicy, zjawili się pracownicy muzeum i w kantynie rozkładali swoje rzeczy. Młody chłopak, nasz przewodnik, oprowadził nas po terenie muzeum i opowiedział jeszcze raz ze szczegółami historię Linii Salpa, która powstała w latach 1940-41 i 1944. Jej głównym zadaniem była obrona ziemi finlandzkiej przed zakusami Związku Radzieckiego. I chociaż front do niej nie dotarł, to stanowiła niezły argument przetargowy (pokaz siły) na późniejszych negocjacjach pokojowych.
I w ten oto sposób zwiedziliśmy okopy (wciąż odnawiane i odbudowywane), stanowiska obrony przeciwlotniczej i dwa w pełni zachowane bunkry. A na koniec (czas na drugie śniadanie nadszedł) w kantynie napiliśmy się kawy i herbaty, zagryzając kanapkami.
Z muzeum ruszyliśmy na poszukiwanie Automuzeum, które miało być w okolicy (to jedna z takich naszych małych tradycji wakacyjnych). Okazało się nawet, że są dwa muzea - jedno w szopie, mieszczącej kilkanaście pojazdów na krzyż i drugie, już takie konkretne z grubo ponad setką samochodów.
Po motoryzacyjnych wrażeniach wróciliśmy do Joensuu, by uzupełnić nasze zapasy przed dalszą drogą. A później - no po prostu ruszyliśmy w dalszą drogę.
Jechaliśmy sobie spokojnie przez lasy i pola, wymijając się z deszczem, prześcigając się z burzą, gdy nagle na polu po lewej spostrzegliśmy mamuta (to było w okolicy Rekivaara). Przy najbliższej sposobności zawróciliśmy i podjechaliśmy na parking pod kawiarnią (notabene zamkniętą). I rzeczywiście na polu, zaraz za zabudowaniami farmy stoi sobie, na tle jednego z ładniejszych kościółków jakie widzieliśmy, słomiany mamut. Okazało się, że dwa lata wcześniej przybyli do wioski ludzie z miasta i spytali, czy mogą postawić przy drodze mamuta z siana i słomy. Pozwolenie dostali, mamuta postawili, a teraz miejscowi utrzymują mamuta przy istnieniu, od czasu do czasu w razie potrzeby dokładając wywianą przez wiatry słomę czy siano.
Wspomniany kościółek okazał się niestety zamknięty dla zwiedzających, więc musieliśmy się zadowolić obejrzeniem go jedynie z zewnątrz.
Jakieś 9 km od centrum Perikkala w kierunku Imola w lesie, przy drodze jest dom tworzącego od ponad 40 lat artysty-samouka. Człowiek ten wszystkie swoje dzieła ustawia we własnym ogrodzie, który udostępniony jest przez 24 godziny dla każdego, kto tylko zechce obejrzeć prace (jedyny warunek - wpisanie się do księgi gości). A są to betonowe posągi, głównie postaci ludzkie. Niektóre z nich robią niesamowite wrażenie, innych nie chciałabym oglądać po raz drugi. Sprawiają to głównie szklane oczy i szczerzące się z otwartych ust wstawione tam sztuczne szczęki. Udało nam się nawet spotkać osobiście autora, który wychodził z domu zanieść coś do garażu. Bardzo intrygowało nas jak on te postacie wykonał, chcieliśmy z nim porozmawiać, niestety nie mówił on po angielsku. Nie porozmawialiśmy więc.

Dzień 16.
Zgodnie z przewodnikami, tego dnia czekała nas trasa przez najpiękniejsze rejony fińskiego pojezierza. Nawet pogoda zaczęła nam sprzyjać i oczyściła z chmur niebo. Zrobiło się ciepło i przyjemnie. I tak oto w blasku słońca wjechaliśmy na Punkharju Ridge. I rzeczywiście trzeba przyznać, że miejsce jest piękne. Przez całą jego długość prowadzi droga pomiędzy dwoma jeziorami. Zaledwie kilka metrów dzieli samochód od wody i to zarówno po lewej, jak i prawej stronie.
Droga ta zaprowadziła nas do Lusto, stolicy fińskich lasów. Z tego chyba powodu w Lusto zlokalizowane jest Muzeum Lasu, ale nie tylko, bo są tam też szlaki prowadzące przez lasy, plaże, urocze i romantyczne miejsca (np. Kissing Bridge).
Z Lusto już niedaleko mieliśmy do Savonlinna, sporej miejscowości położonej pomiędzy jeziorami Haapavesi i Pihlajavesi. Co nas tam skusiło najbardziej, to twierdza Olavinlinna, położony na wyspie potężny zamek o ciekawej historii. Tu wspomnę tylko, że zamek założył Eryk, król duński, który postanowił umocnić granicę przed zakusami Rosjan. W wyniku drobnej pomyłki, jakie w średniowieczu się ponoć często zdarzały, postawił zamek po rosyjskiej stronie granicy, upierając się, że ziemia ta należy do niego. I od tego czasu przez stulecia trwały przepychanki na tym tle i zamek przechodził z rąk do rąk. Obecnie warownię odwiedzają nie tylko turyści, ale też miłośnicy muzyki poważnej, bo każdego lipca na zamku odbywa się festiwal operowy.
W czasie naszego pobytu wewnątrz murów zamku trochę popadało i po przejściu przez most nasze oczy ucieszyła piękna, olbrzymia tęcza. A ponieważ już nie padało, przespacerowaliśmy się długim nabrzeżem, zahaczając o muzeum, wśród eksponatów którego znajdują się cztery statki, z czego dwa wciąż - na żądanie - pływają.
Z Savonlinna, już wczesnym wieczorem, przejechaliśmy do Puumala, gdzie zjedliśmy coś na kształt kolacji. Po raz kolejny uderzył nas całkowity brak ludzi późnym popołudniem i wczesnym wieczorem na ulicach. Mijane knajpki i restauracje świeciły pustkami. Czy ci wszyscy ludzie po pracy zamykają się w swoich domach?
Wieczorem znaleźliśmy się przy ładnej piaszczystej plaży w okolicy Pistohiekka, gdzie spędziliśmy noc na campingu.

Dzień 17.
Z Pistohiekka do Riistina znów wiodła trasa widokowa. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o większej ilości parkingów przy drodze w tych najładniejszych punktach.
Z Riistina, gdzie w zasadzie zatrzymaliśmy się tylko na małe zakupy i tankowanie, pojechaliśmy już prosto do Repovesi National Park do wejścia Lapinsalmi. Przepakowaliśmy się zamknęliśmy samochód, zostawili go na parkingu i ruszyliśmy na szlak.
Wędrowaliśmy przez wiszący most, przez las, po skałach. Tego dnia zajrzeliśmy z wizytą do bobrów (nie dosłownie, oczywiście), wdrapaliśmy się na wieżę widokową (i oto była u naszych stóp cała esencja Finlandii - 69% powierzchni kraju lasy, 20% woda i reszta) i dotarliśmy do Olhava - miejsca z przepięknymi skałami schodzącymi wprost do spokojnych wód jeziora.
Noc spędziliśmy w chacie traperskiej, szykując kolację na ognisku, myjąc się w jeziorze.

Dzień 18.
Obeszliśmy tego dnia pozostałą część Parku, pokonując rzeki mostami i samoobsługowym mini-promem. Wędrowaliśmy tak z pół dnia i na parking wróciliśmy o drugiej. Już z daleka słyszałam pomruki i widziałam nadciągające powoli, ale nieubłaganie, czarne chmury. Szybko przepakowaliśmy się, przebraliśmy i zdążyliśmy w ostatniej chwili. Ledwie zamknęłam drzwi samochodu, o dach i maskę uderzyły pierwsze krople i grudki gradu. Serdecznie zaczęliśmy współczuć wszystkim tym, którzy znajdowali się wtedy na szlaku.
Deszcz nas gnał i gnał i nie chciał przestać padać, aż dojechaliśmy do Lahti. Tam się uspokoiło, co pozwoliło na wysiąść z samochodu bez kurtek przeciwdeszczowych i parasola.
Poza Helsinkami Lahti było drugim takim olbrzymim miastem, do którego wjechaliśmy. Blokowiska (choć jednak inne niż u nas), ruchliwe ulice pełne samochodów, ludzie kręcący się dokoła. I większość ubrana w dres, taszcząca torbę sportową na ramieniu. Nic w tym dziwnego, w końcu Lahti to potężny ośrodek sportowy.
A jeśli już przy sporcie jesteśmy, to skocznie narciarskie znajdują się prawie w samym centrum miasta, oparte na stoku wzgórza. Jedynie ta największa z nich (chwilowo w czasie naszej obecności nieczynna) została sztucznie wzniesiona. Na średniej i małej skoczni odbywały się treningi młodej kadry.
W centrum, przy głównej ulicy, usiedliśmy na jakieś ławeczce i ułożyli plan działania na ostatnie dni naszych wakacji, w końcu decyzja została podjęta i bez dalszej zwłoki wyjechaliśmy do Helsinek.

Dzień 19.
Jeszcze przed siódmą kupiliśmy bilety na prom, zrobiliśmy ostatnie zakupy na drogę, oddaliśmy ostatnie butelki po napojach i o ósmej już staliśmy w kolejce (jako jedni z pierwszych) na terminalu. O dziewiątej, zgodnie z rozkładem, prom wypłynął z portu. Z powodu braku rozrywek (kawiarnia i sklep to za mało) pod pokładem i mojej choroby morskiej pojawiającej się w przypadku braku świeżego powietrza, cały prawie rejs spędziliśmy na odkrytym pokładzie na rufie.
W Tallinie zostawiliśmy samochód na parkingu przy terminalu (po co tracić czas na szukanie takowego gdzieś indziej i jeżdżenie na ślepo po obcym mieście) i na Starówkę przeszliśmy się piechotą - raptem kilka kroków.
Muszę przyznać szczerze, że Stare Miasto w Tallinie bardzo przypadło mi do gustu. Właśnie tak powinna wyglądać Starówka - pełna wąskich uliczek, zaułków, zakamarków, fantazyjnie ozdobionych kamienic i kamieniczek. I pełna ludzi. Na dokładkę znakomita większość budynków była już odnowiona i odremontowana. Co dodatkowo dodaje uroku temu miastu to knajpki i restauracje (większość średniowieczna ma się rozumieć), w których gości obsługują kelnerki i kelnerzy w strojach oberżystów z epoki, podając napoje w glinianych dzbanach czy mieszając drewnianą łychą w wielkiej misie prażonych orzeszków.
Szwędaliśmy się po Starym Tallinie wracając na te same uliczki po kilka razy, tak nam się tam podobało. Granice Starówki wyznaczają pozostałości murów obronnych miasta najeżone basztami. Trudno szalenie je przegapić, bo odcinają się wyraźnie swymi szarymi kamieniami ścian i czerwonymi dachówkami od reszty otoczenia.
Jedną z poszukiwanych przez turystów atrakcji miasta są Trzy Siostry - trzy sąsiadujące kamieniczki, stojące zresztą zaraz obok Wielkiej Małgośki - potężnej baszty strzegącej jednej z bram miasta.
Jedyne, co nas rozczarowało, to zamek, w którym obecnie mieszczą się rządowe biura. W niczym kompletnie nie przypomina zamku, raczej spory pałac, na jaki został w pewnym momencie swej przeszłości przebudowany. A jako ślad średniowiecza pozostała jedna szara, okrągła baszta wystająca z rogu różowego budynku zamkowego.
Słońce już zachodziło (gdzie się podziały białe noce?!), gdy wracaliśmy do samochodu. Koniec naszych wakacji się zbliżał, a przed nami daleka droga i jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia. Dlatego nie zatrzymywaliśmy się na noc w Estonii, ale znów via Baltica pognaliśmy w stronę Rygi.

Dzień 20.
Ryga to zupełnie inne miasto i inna Starówka. Tę w Rydze nazwałabym "rozmytą" i "rozwleczoną". Ciągnęła się przez pół miasta, nie miała tak wyraźnych granic jak tallińska i poprzetykana była nowoczesnymi budynkami. Jednak i ona obfitowała w wiele atrakcji i pięknych budowli (część z nich po wielu dekadach niebytu powróciła do istnienia po 1995 roku). O ile w Tallinie jedną z atrakcji były Trzy Siostry, to w Rydze tłumy turystów gromadziły się przed Trzema Braćmi.
Piękne budynki są w Rydze, niektóre może nawet piękniejsze niż w Tallinie, ale ze względu na swą rozciągłość, wciąż trwające remonty i dużo większy ruch kołowy, co przekładało się na hałas, ja osobiście wybieram Tallin.
W Rydze nieco spokoju można znaleźć za to na nadrzecznej promenadzie, gdzie stanął też Wielki Krzysztof. Mimo, że jest kopią (oryginalny posąg w muzeum), to i tak łotysze schowali go w szklanym pudełku (niestety). Według legendy żył on na brzegu rzeki Daugava jeszcze przed powstaniem Rygi. Trudnił się przewożeniem ludzi z jednego brzegu rzeki na drugi. Pewnego razu w środku nocy usłyszał płacz dziecka. Pomimo niepogody i trudnych warunków przeprawił się na drugi brzeg, wziął dziecko na ręce i resztką sił wrócił do domu, gdzie od razu usnął zmęczony. Gdy się obudził dziecka nie było, a obok leżał worek pieniędzy. Krzysztof schował monety i do końca swych dni przewoził ludzi przez rzekę. Po jego śmierci za znalezione w jego domu pieniądze założono Rygę. Miejscowi mówią, że do dziś dnia postać Wielkiego Krzysztofa, trzymającego na ramieniu dziecko i stojąca na brzegu chroni miasto przed powodziami.
Gdy zbliżył się wieczór i już mieliśmy dość zgiełku wielkiego miasta, po prostu wynieśliśmy się z niego. Została nam bowiem jeszcze jedna nadbałtycka stolica.

Dzień 21.
Dzień rozpoczęliśmy w Kiejdanach na starówce, która okazała się być kilkoma uliczkami z piętrowymi budynkami. W miasteczku panował niezwykły spokój. Puste ulice dopiero czekały na turystów. Jak wszyscy Polacy odwiedzający Kiejdany my też wybraliśmy się do Kościoła ewangelicko-reformowanego, gdzie w podziemnej krypcie spoczywają szczątki Radziwiłłów w srebrnych sarkofagach.
Jedna rzecz, która nas niezbyt mile zaskoczyła w Kiejdanach, a która się później powtarzała, to fakt, że Litwnini związani zawodowo z obsługą turystów nie mówią po polsku. Może ten fakt tak bardzo by nie dziwił, ale oni sami wszędzie przyznawali, że co najmniej 3 wszystkich turystów to Polacy. I jedyne co mogli im zaoferować, to rozmowa po angielsku albo rosyjsku. Oczywiście nie było tak źle - my mówiliśmy po polsku, w miarę potrzeby wtrącając angielskie słówko, a oni odpowiadali po rosyjsku też wtrącając słówka angielskie.
W Kiejdanach nie zabawialiśmy długo, bo chcieliśmy jeszcze zajrzeć tego dnia w da miejsca. Pierwszym z nich było Kowno. Pomijając bogatą historię, która jest przecież częścią historii naszego kraju, jego starówka też jest gorąco polecana turystom. Chcieliśmy sami sprawdzić, ile w tych zachwytach jest prawdy.
Trzeba przyznać, że ulica Wileńska jest ładna, Dom Perkuna przy Aleksoto ("płonący gotyk") wspaniały, Aleja Zwycięstwa pełna życia i gwaru, ale po Rydze i Tallinie i przy tych wszystkich nie wyremontowanych kamienicach, Kowno wydało nam się dość smutne. Na dokładkę obiekt zwany szumnie "zamkiem" okazał się fragmentem muru i jedną basztą. Kowno nie zajęło więc zbyt wiele naszego czasu.
Dzień zakończyliśmy wspaniale w Trokach, w promieniach słońca, nad wodami jeziora. Tu nie było problemu z polską mową, każdy mówił po polsku, prywatni przedsiębiorcy (restauratorzy, sprzedawcy pamiątek, wypożyczający sprzęt wodny) przyjmowali złotówki, jeśli ktoś nie dysponował akurat litami. Doskonale odbudowany zamek w pięknej scenerii zieleni i błękitu, poprzetykanego czasem białym żaglem.
My od razu pognaliśmy na zamek. Po drodze zaczepiła nas pewna Litwinka wypożyczająca łódki. "Moje łodzie najlepsze, nigdzie tak dobrych nie dostaniecie. I tylko 6 lit za godzinę" - zachwalała. Obiecaliśmy, że wrócimy do niej później, gdy skończymy zwiedzać zamek.
Zwiedzanie zamku okazało się dość trudne, a to ze względu na dzikie tłumy turystów, które ledwo mogła się wyminąć w wąskich przejściach i na galeryjkach. Samo to żółwie tempo przesuwania się mogło człowieka skrajnie wyczerpać. Jednak zamek w Trokach to jeden z piękniejszych obiektów, które zwiedzaliśmy, czego nie zamierzamy ukrywać.
Po wyjściu z zamku wróciliśmy do naszej pani od łodzi. Przy nas spłynęły dwie łodzie i jedną dostaliśmy my - za obiecane 6 litów, a drugą para Rosjan - za im obiecane 7 litów - ale jak to powiedziała sama właścicielka łodzi "jednemu taka cena, innemu inna, byle interes się kręcił".
Pospacerowaliśmy jeszcze wieczorem po samych Trokach, które okazały się całkiem uroczą miejscowością ze swoimi rzędami drewnianych chatek.

Dzień 22.
I w końcu nasz ostatni wakacyjny przystanek - Wilno. Postanowiliśmy poświęcić temu miastu całą sobotę. Jak to na stolicę przystało.
Uzbrojeni w mapki i przewodnik ruszyliśmy szerokimi ulicami w miasto. Ulicą Giedymina dotarliśmy na Plac Katedralny. Jak pech to pech - dzwonnica i część katedry schowane były za rusztowaniami (czy my zawsze musimy trafiać na jakieś remonty ważnych obiektów?). A z tyłu katedry pnie się w górę Dolny Zamek, odbudowywany w swej renesansowej postaci. Jeszcze trochę a zniknie plac budowy i Plac Katedralny zdobić będzie kolejny piękny obiekt.
Rzuciwszy okiem na prace, wspięliśmy się na szczyt wzgórza, na którym w zamierzchłej przeszłości stał Górny Zamek. Dziś pozostała z niego jedna cała baszta - Wieża Gedimina, fragmenty murów i kilku ścian. I choć nie bardzo jest co oglądać na wzgórzu, to roztacza się z niego niezły widok na miasto. Doskonale widać między innymi Trzy Krzyże stojące na sąsiednim wzniesieniu. I kopuły dachów niezliczonych kościołów.
Trudno jest odwiedzić wszystkie z kościołów, ale do kilku zajrzeliśmy. Tym, który najbardziej nas zauroczył był Kościół św. Piotra i Pawła. Nie dziwimy się, że jego przepiękne wnętrze stanowi cenny skarb dla Wilna.
Połaziliśmy jeszcze kilkoma ulicami miasta, między innymi ulicą Ausros Vartu, na końcu której znajduje się Brama Świtu i dobudowana do niej Kaplica Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Śladem naszych rodaków odwiedzających Wilno, wybraliśmy się też na cmentarz. Zbliżał się zmierzch i słońce wisiało już nisko nad horyzontem. Jego ciemniejące już promienie przedzierały się przez szczeliny pomiędzy gałązkami i liśćmi dodając temu pofałdowanemu terenowi swoistego uroku. Szkoda tylko, że zadbanych jest tylko kilka grobów, cała reszta tonie w chwastach i zapomnieniu. Nawet kwiatów i zniczy jest niewiele poza czarnym grobowcem matki marszałka Piłsudskiego. Nawet turyści (90% z Polski) z nosem w przewodniku poszukiwali tylko kilku grobów, jakby nie zauważając całej reszty cmentarza.

Dzień 23.
To już definitywny koniec i powrót (tym razem bez korków - pojechalismy od Augustowa inną drogą) do domu. Czas wracać do codzienności.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
     Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo