|
Termin: sierpień 2003r.
To nasza ostatnia wyprawa i niestety jedna z krótszych. Brak urlpou nie
pozwolił na wakacje dłuższe niż 2-tygodniowe. Stąd też nasze rozterki - co
wybrać, dokąd pojechać. Aż w końcu po wielu mdyfikacjach powstał plan
trasy, który zrealizowaliśmy:
Dzień 1.
Po całonocnej jeździe dotarliśmy do portu w Gdyni. Po odprawie wjechaliśmy na
prom. 10 godzin rejsu i już przed nami terminal w Karlskronie. Podczas odprawy
padło pytanie o ilość posiadanej przez nas gotówki. I - co nas zaskoczyło -
poproszono nas o ich pokazanie.
Dzień 2.
Sail Karlskrona - w porcie las masztów i rej. Ale na żaglowcach i jachtach świat
się nie kończy. Pomimo siąpiącego deszczu wybralismy się na spacer po mieście.
Odwiedziliśmy między innymi Muzeum Morskie i złożyliśmy daninę staremu
Rosenbomowi.Popołudniu uciekając przed deszczem wyjechaliśmy z Karlskrony w
kierunku Ryd.
Pod miastem jest miejsce zwane Kyrko Mosse. Tam wrakami samochodów zajmuje się
natura. Jest to teren prywatny, ale ogólnie dostępny 24 godziny na dobę.
Dzień 3.
To był dzień na Dzikim Zachodzie. Cały spędziliśmy w parku rozrywki High
Chaparral, niedaleko Varnamo. Jeden dzień w środku sezonu na wszystkie atrakcje
wystarczył tak na styk. Jeździliśmy dyliżansem, pociągiem, płynęliśmy z
miasteczka River Town parostatkiem do Meksyku. Wstąpiliśmy do indiańskiej
wioski, zajrzeliśmy do składu Hudson Bay Company. Poznaliśmy Lucky Lucka i braci
Daltonów, byliśmy świadkami napadu na bank i prawdziwej bitwy.
Wieczorem znaleźliśmy się nad brzegami jeziora Vattern. Przejeżdżając przez
Husquarnę spotkaliśmy sympatycznego olbrzyma, który życzyl nam dobrej nocy.
Dzień 4.
Wyruszyliśmy wcześnie rano, bo przed nami była daleka droga. Podążaliśmy do
fjordu, zaczynającego się w Soderkoping. Tam spędzilismy tylko chwilę.
Przenieśliśy się do Stegeborga, gdzie przepłynęliśmy bezpłatnym promem na drugą
stronę fjordu. Tam znaleźliśmy na swej drodze rezerwat Svensksundsviken.
Fantastyczna trasa, kończąca się u stóp wieży obserwacyjnej.
Wieczorem dotarliśmy do przedmieść Sztokholmu.
Dzień 5.
Pierwszy dzień w Sztokholmie. Zaczęliśmy od Muzeum Wazy, następnie było Akwarium
i Skansen z jego sympatycznym Zoo. Wieczorem podziwialiśmy oświetlone miasto z
wysokości tarasu widokowego na wieży telewizyjnej.
Dzień 6.
To dzień szwędania się po mieście i jego kanałach. Najpierw zwiedziliśmy Ratusz,
a zaraz potem wsiedliśmy na pokład statku wycieczkowego, cumującego tuż obok
Ratusza. Po powrocie z rejsu przeszliśmy na starówkę i trafiliśmy na honorową
zmianę warty pod zamkiem królewskim. Zwiedziliśmy zamek (dlaczego Szwedzi lubują
się w takich ponurych wnętrzach?), Muzeum Tre Kronor, zbrojownię i powozownię z
jej bajkowymi karocami i saniami. Chcieliśmy zwiedzić Muzeum Architektury, ale
było zamknięte na czas remontu, więc wybraliśmy się na jeszcze jeden rejs
statkiem i późnopopołudniowy spacer po starówce (jeszcze nawet zdążyliśmy do
Muzeum Nobla). Dzień zakończyliśmy w lunaparku.
Dzień 7.
Wyjechaliśmy ze Sztokholmu do Drottingholm - rzeczywistej siedziby rodziny
królewskiej. Cały zespół pałacowy wraz z Pałacem Chińskim (który mnie bardzo
rozczarował), Teatem i całym parkiem znajduje się na liście Światowego
Dziedzictwa UNESCO.
Następnym etapem był Skokloster ze swoim zamkiem i parkiem. A w drodze do
Enkoping kilka razy zatrzymywaliśmy się w miejscach pełnych naskalnych rytów z
epoki brązu.
Dzień 8.
Przez Enkoping jedynie przejechaliśmy zdążając do Avesty. Już z daleka z
autostrady widać największego dalarnańskiego konia - betonowa figura wznosi się
na 13 metrów i waży ponad 67 ton. Z daleka błyszczy mocną czerwienią. Koń to nie
jedyna atrakcja miasta. Jest tam Martwy Wodospad (rzeka zmieniła koryto jakiś 7
tysięcy lat temu i z wodospadu pozostała jedynie pionowa skalna ściana i
wyschnięty basen), Stara Wioska, nieczynna huta i kilka drobnych muzeów.
Tego dnia "zaliczyliśmy" też Silver Ring - trasę pełną byłych koplani i hut -
żelaza i srebra.
Dzień 9.
W Orebro trafiliśmy na miejscowy zlot zabytkowych samochodów, który w
rzeczywistości okazał się zlotem starych amerykańskich samochodów (z
Europejczyków był jeden mercedes, dwa volva, jeden trójkołowy messerschmit i
chyba ze dwa ople). Na każdym kroku widać, że Szwedzi lubują się w starych
amerykańskich krążownikach szos.
Gdy napatrzyliśmy się na samochody i przesziśmy się po mieście, wyruszyliśmy do
Karlsborga nad jeziorem Vattern. Czekał nas tam wieczorny spacer nadwodnym
deptakiem.
Dzień 10.
Rankiem cofnęliśmy się kilka kilometrów i ruszyliśmy na szlak zwany Stenkalla w
Parku Narodowym Tivenden. Szlak wił się pomiędzy, przez, na wskroś i w poprzek
skał i skałek.
Po powrocie do Karlsborga zrobiliśmy sobie mały relaks na polu do minigolfa, co
trwało sporą część popołudnia. Tak dobrze się bawiliśmy.
Dzień 11.
Z samego ranka znaleźliśmy się w Habo. Jest tam jedyny w swoim rodzaju kościół -
cały drewniany, a w środku wygląda jakby stworzony między innymi z marmurów. A
wszystko to tylko (a może aż?) farba.
Znów przejechaliśmy przez Husquarnę i dotarliśmy do zabytkowej wioski. Wszystko
w niej trwa jakby zastygło w środku XIX w.
Popołudniu byliśmy już w Eksjo, jednym z najstarszych miast w Szwecji. W tym
roku podobno obchodziło swe 600 lecie.
Dzień 12.
Kolejny dzień spędzony w całości w jednej miejscowości. Tym razem był to powrót
do dzieciństwa. Vimmerby to rodzinne miasto Astrid Lindgren i siedziba parku jej
imienia. Po uliczkach i ścieżkach prowadzących od jednego bajkowego miejsca do
drugiego, kręciły się postacie z jej książek - Pippi, Karlson z Dachu, Emil,
Dzieci z Bullerbyn, Ronja (ta mała córka zbójnika).
Dzień 13.
Na cały dzień zaszyliśmy się w środku lasu, gdzieś w górkach. Najpierw
przeszliśmy się korytarzami nieczynnej, ale udostępnionej do zwiedznia, koplani,
a zaraz po jej opuszczeniu zabraliśmy się za płukanie złota. Z zaciętością i
uporem trwaliśmy przy korycie z patelniami w rękach do końca dnia. Od razu
przyznam, że to co wypłukaliśmy, fortuną nazwać nie można. Zabawa i
doświadczenie jednak było wspaniałe.
Dzień 14.
To już końcówka. W Kosta zajrzeliśmy do huty szkła. W Wenecji widzieliśmy
powstwanie szklanych figurek, tutaj przedmiotów bardziej użytkowych - kieliszków
i wazonów.
Tuż za miastem znajduje się jeden z licznych w Szwecji łosiowych safari parków.
Tu nie można nie zobaczyć króla lasów.Po kilku rundach z parku wygonił nas
deszcz. To drugi deszczowy dzień w czasie naszego pobytu w Szwecji.
Uciekając przed deszczem, a właściwie się z min wymijając, dotarliśmy przed
wieczorem do Kalmaru. Po chwili zawahania (tych okolic nie mielismy w planie)
wjechaliśmy na długi most prowadzący na wyspę Oland.
Dzień 15.
Ostatnie godziny w krainie łosia. Przejechaliśmy się trochę wzdłuż wyspy do
Borgholm i z powrotem. Po powrocie do Kalmaru zwiedziliśmy zamek i
przespacerowaliśmy się po mieście.
W Karlskronie byliśmy nieco wcześniej (dużo wcześniej), niż to było wymagane.
Dokończyliśmy więc zwiedzania miasta. Do portu promowego pojechaliśmy dopiero,
gdy zobaczyliśmy przypływający prom.
Już tylko odprawa, zakwaterowanie się na promie i ostatnie spojrzenie na Szwecję
tonącą już w mroku.
I to był koniec naszej wakacyjnej przygody.
|