fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Mołdawia Moldova Mołdawia MD
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Rumunia Romania Rumunia RO
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
2012
MACEDONIA - ALBANIA - CZARNOGÓRA - SERBIA
Macedonia - Albania - Montenegro - Serbia

Galeria zdjęć Albania 2012 / Gallery Albania 2012
Galeria zdjęć Macedonia 2012 / Gallery Macedonia 2012
Galeria zdjęć Czarnogóra 2012 / Gallery Montenegro 2012
Galeria zdjęć Serbia 2012 / Gallery Serbia 2012

Not avilable in English.

Tam między innymi byliśmy:

Macedonia

Albania

Czarnogóra

Termin: sierpień 2012r.

Dzień 1.
Ok. 15:00, czyli dość późno, udaje nam się po pewnych perypetiach wyruszyć w drogę. Przed wieczorem jesteśmy na granicy słowackiej, gdzie robimy zwyczajowy przystanek na zakup winiety.
Większość dnia nam uciekła, więc teraz nadganiamy jadąc do oporu, ile się da. Na Węgry docieramy ok. 21:00, a do serbskiej granicy ok. 2:30 nad ranem.

Dzień 2.
Jedziemy przez Serbię - dość szybko, bo w większości autostradami.
Droga schodzi nam szybko i już ok. 15:00 wjeżdżamy do Macedonii. Za przejściem granicznym wita nas dwupasmowa autostrada i wielkie tablice: AUTOSTRADA ALEKSANDRA MACEDOŃSKIEGO oraz drogowskaz na LOTNISKO ALEKSANDRA WIELKIEGO. Uznajemy to za pierwsze spotkanie z wielkim wodzem starożytności.
Zjeżdżamy z autostrady przed pojawieniem się pierwszych bramek i kierujemy się na Kokino, czyli coś nazywanego starożytnym kalendarzem. Mijamy jakieś wioski, aż u stóp wzniesienia asfalt się kończy i zaczynamy wspinaczkę na zwieńczony naturalną skalną twierdzą szczyt. Im bliżej szczytu, tym bardziej robi się pochyło i tym głębsze i nierówne koleiny. Na miejscu trochę to inaczej wygląda niż malowało się w naszych wyobrażeniach, bo miejsce porównywane do Stonehegne od razu przywodzi na myśl wielkie megality. Tu jednak wszystko stworzone jest przez naturę i tylko przez przodków nieco zaadoptowane. Nie zmienia to jednak faktu, że jest pięknie.
W drodze powrotnej, za sprawą pewnego żółwia kroczącego swym żółwim tempem przez jezdnię, staliśmy się przyczyną mini korka, bo zatrzymaliśmy się na środku drogi, by znieść z niej zwierzaka - wątpmy mocno, czy miejscowi by się nim przejęli.
Zaczyna się już pomału zmierzchać, gdy zjeżdżamy z drogi na upatrzoną wcześniej rzekę. W wieczornym programie obowiązkowa kąpiel dla ochłody i spać, mimo, że słońce jeszcze nie zaszło.

Dzień 3.
Pobudka ekstremalna - aż o 8:30! A co sobie będziemy żałować, zwłaszcza po długiej jeździe, w czasie której nie spaliśmy, a raptem tylko podrzemaliśmy.
W końcu jesteśmy na zasłużonych i długo wyczekiwanych wakacjach, więc nigdzie nam się już nie spieszy. Dlatego też marudzimy nieco przy śniadaniu i sprzątaniu, czekając jednocześnie aż słońce zajrzy w tę część koryta rzeki, w której stoimy, by przed odjazdem jeszcze jakieś fajne zdjęcie zrobić.
Jedziemy do Kuklicy - wioski, w pobliżu której obejrzeć można Kamienne Lalki. Jazda przez wioski jest miejscami niesamowita. Gdy wjeżdża się między domy robi się ekstremalnie wąsko. Więcej niż jedno auto się nie zmieści. Najczęściej znika też asfalt. Do tego dochodzą zakręty i zawijasy połączone z pagórkami i wzniesieniami. Nigdy nie wiadomo kiedy z naprzeciwka coś wyjedzie. Dobrze mieć wtedy sprawne i jak brzytwa hamulce i liczyć na to samo u przeciwnej strony. Na szczęście na tych licznych bocznych dróżkach ruch jest minimalny, od czasu do czasu pojawiają się jedynie lokalne wozidła. Jakoś dajemy radę na milimetry się wyminąć.
Taką właśnie wiejską dróżką docieramy do Kamiennych Lalek. Niewielka grupa skalnych ostańców w małej dolince tworzy bardzo uroczy obrazek. Tak uroczy, jak dotycząca ich powstania legenda:
Pewien młodzieniec zakochał się w dwóch dziewczętach na raz. Jedna pochodziła z górnej wioski, druga z dolnej. Nie umiał się zdecydować na żadną z nich, więc ostatecznie postanowił ożenić się z obiema. Tego samego dnia. Naiwnie liczył, że oba orszaki weselne, jako pochodzące z różnych wiosek, nie spotkają się i nikt się nie dowie. Jednak spotkali się w pewnej dolince. Zszokowane panny młode stanęły na jej dnie wraz z panem młodym, a goście otoczyli ich stając na zboczach. Rzucona przez jedną z dziewcząt klątwa zamieniła wszystkich w kamienie. I tak stoją po dziś dzień - trzy postacie pośrodku doliny i stłoczony tłum weselników dokoła.
Widać, że miejsce było kiedyś (i może jest, ale w innych porach roku?) częściej odwiedzane. Jest brama, budka (lody? napoje? łakocie?), kilka drewnianych ławek ze stolikami i pełne pustych plastikowych butelek kosze na śmieci. Teraz tłumów jednak nie ma - jesteśmy tam sami i z nikim po drodze też się nie mijamy.
Wyznaczona wcześniej z grubsza trasa wiedzie skrajem miasteczka Kratowo położonego na dnie i zboczach dawnego krateru (stąd pewnie nazwa). Ponieważ i tak o Kratowo zahaczamy, postanowiliśmy zahaczyć nieco bardziej. Naiwnie wjeżdżamy w wąską uliczkę i tak już musimy się wspinać aż do skraju miasta, bo nie ma gdzie zawrócić, a cofać też już nie ze względu na inne samochody za nami. Zamiast więc spaceru odbywamy przejażdżkę przez miasteczko : Jako nagrodę i zadośćuczynienie postanawiamy zjeść obiad w jakiejś knajpce. Właściciel okazuje się bardzo sympatycznym człowiekiem i nasz mały problem językowy przy literowaniu spisanego cyrylicą menu rozwiązuje po prostu sugerując najlepsze wg niego dania.
Tym sposobem wybieramy i zjadamy faktycznie dobry gulasz i po kilku kolejnych wymienionych uprzejmościach ruszamy w dalszą drogę.
Tak się składa, że w okolicy jest jeszcze jedno skupisko skalnych ostańców, też z lalkami w nazwie - Kukuljeto. Bez większego problemu docieramy do wioski (dwa domy na krzyż), ale widzimy, że i dalej droga polna prowadzi. Ryzyk-fizyk - jedziemy, najwyżej będziemy się martwić później.
Na początku jest wszystko dobrze. Krzaczory gałęziami po burtach i dachu szorują, ale w miarę lekko. Jednak w pewnym momencie zaczyna się robić coraz węziej, coraz ciaśniej. Szkoda nam się pchać na siłę w ten busz, więc cofamy kawałek i zjeżdżamy na łączkę wykorzystując brak krzaków i drzew w napotkanej luce. Ustawiamy samochód na skraju łąki, za zgodą miejscowego dziadka, co obok śliwki zbiera. Aparat w dłoń i pieszkom idziemy złożyć wizytę kolejnemu ślubnemu orszakowi w kamień zamienionemu.
Jak generalnie do tej pory (a i później też) drogowskazy w Macedonii i oznaczenie szlaków były bardzo dobre, tak w tym jednym miejscu nie ma nic. Nawet wydeptanej ścieżki, której można by się było trzymać. Ostatecznie zapada decyzja, by trzymać się koryta wyschniętego obecnie strumienia. Muszę przyznać, że wątpliwości miałam z tym związane wielkie, ale Jacek nie dał się z tego szlaku sprowadzić. I miał rację. Zawędrował prosto do krainy pomarańczowych skał, lekko przypominających niektóre z formacji w Kapadocji.
Zjeżdżamy z gór. Od razu z każdym metrem niżej robi się cieplej, upalniej, duszniej. Znika przyjemny chłód. Robi się też coraz ciemniej. W dolinie znajdujemy się już całkiem po zmroku.
Nizina wybitnie rolnicza i gęsto wzdłuż drogi zaludniona. Trzeba uważać, bo z pól zjeżdżają całe gromady konnych bryczek bez jednego nawet światełka czy choćby odblasku.
Desperacko tniemy ku wschodniej granicy, ku górom i naszemu następnemu celowi. I ku jakiemuś skrawkowi spokojnej cichej przestrzeni bez gwaru, świateł i muzyki.

Dzień 4.
Udało nam się poprzedniego wieczoru dojechać najbliżej wodospadu jak to tylko możliwe. Noc jednak do spokojnych nie całkiem należała, bo młodzież z okolicznych wiosek też najwyraźniej uznaje to miejsce za atrakcyjne na nocne imprezki i schadzki. Jakoś jednak daliśmy radę.
Za to powitał nas spokojny, rześki poranek. Po śniadaniu, spożytym elegancko przy stoliku stojącym przy parkingu, ruszamy na kilkusetmetrowy szlak do samego wodospadu Smolare. Z jednej strony żal, że brakło słońca do zdjęć (jeszcze nie wyłoniło się zza gór), z drugiej, to oświetlałoby wodospad raczej koło południa - aż tyle nam się czekać nie chciało.
Mniej więcej po drodze do Jeziora Matka mijamy Bargalę - ruiny starożytnego miasta rzymskiego, które wyjątkowo można zwiedzać za darmo. Na nieco zapuszczonym parkingu stoją już dwie wyprawówki na francuskich numerach i z naklejkami na burtach. Z ich właścicielami mijamy się w bramie miejskiej.
Ruiny wyglądają (zwłaszcza dla kogoś nie związanego jakoś szczególnie ze starożytnością zawodowo lub mocno hobbystycznie) jak wszystkie inne ruiny antycznych miast. Te jeszcze są zubożone o wywiezione do muzeów mozaiki i inne dekoracje zdobiące niegdyś domy i świątynie. Jest za to coś innego - zadaszony spichlerz pełen wkopanych w ziemię na różnej głębokości glinianych garnców. Kilka z nich można też znaleźć w katach kilku domostw. Nie da się zaprzeczyć, że mają swój urok.
Wyruszając z parkingu mijamy się z kolejnymi Francuzami - te same naklejki na samochodach - czyli jakaś większa wyprawa, ale w ścisłej kolumnie się nie trzymają.
Staramy się omijać autostrady, zwłaszcza w tak małym kraju jak Macedonia, jednak wystarczyło się zagadać i zagapić, a nie wiadomo jak i kiedy znaleźliśmy się na pierwszej bramce. Nie pozostało nam już nic innego niż zapłacić i zmienić plany - ruszyć na Skopie, żeby się nie wracać nie robić zbędnego koła. Stolicę udało nam się ominąć, dzięki obwodnicy i bez problemu zjeżdżamy na Matkę. Rzeka poniżej serii zapór wodnych to istne centrum wodnej rozrywki. Jest tu tor kajakowy, poniżej i powyżej którego oba brzegi oblegają tłumy plażowiczów i miłośników kąpieli w lodowatej wodzie.
Od zapory zaczyna się pieszy szlak wzdłuż kanionu Treski. Ponieważ trochę zmarudziliśmy w kąpieli i na obiedzie, zrobiło się już za późno na wędrówkę 9 kilometrowym szlakiem i ostatecznie lądujemy na przystani. Gdy rozmawiamy z przewoźnikiem wcale nie jestem pewna, czy w plecaku mam faktycznie wystarczającą ilość gotówki na opłacenie rejsu, ale jakoś tak miło płynie rozmowa i nikt od nas nie wymaga zapłaty, że nawet o tym nie pomyślałam. Załapaliśmy się na ostatni rejs, który rozpoczynamy w piątkę - sternik, my i jeszcze jedna para, która jednak zostaje odtransportowana tylko na drugi brzeg. Tam ze swymi gigantycznymi plecakami mają zamiar ruszyć na szlak przez góry. My płyniemy sami i w spokoju w górę kanionu. Z wody doskonale widać wijącą się, wykutą w skale ścieżkę. Przez chwilę się nawet zastanawiamy, czy nie wrócić tu rano, by przejść ten szlak.
Dopływamy do jednej z licznych jaskiń, wysiadamy z łodzi i schodzimy do podziemia. I znów cieszymy się, że nie zwiedzamy w tłumie, bo dzięki temu słyszymy każde uderzenie spływającej po stalaktytach kropli wody, czujemy atmosferę tej niewielkiej, ale urokliwej jaskini. I jeszcze ciekawostka, z którą wcześniej się nie spotkaliśmy - koncert na pustych w środku naciekach. Jakimś sposobem twarda skorupa kryła za sobą pustkę i uderzana delikatnie dłońmi zamieniała się w bębenek.

Dzień 5.
Rano jednak nie chce nam się już wracać na szlak - o ile inne będą widoki z brzegu niż ze środka wody? Zwłaszcza, że część szlaku wiedzie zarośniętymi gęstą roślinnością fragmentami wybrzeża. Zamiast tego jedziemy w góry - naszym celem jest Park Narodowy Mavrovo Jakoś tak się dzieje, że zaaferowani widokami, zapominamy o przyziemnych sprawach takich jak zakupy czy tankowanie : I o ile burczące brzuchy są w stanie nam przypomnieć, że trzeba zrobić jakieś zapasy i coś zjeść, to zapominamy zerknąć na wskaźnik paliwa i musimy się z początku szlaku wracać kilka kilometrów do najbliżej stacji paliw. Bo niestety Potwór bez paliwa jeździć nie chce, a utknąć z tak prozaicznej przyczyny pośrodku pustkowia byłoby głupio. W końcu jednak robimy niezbędne zakupy i ruszamy na trasę do najwyżej położonej wioski w kraju.
Droga do Galicznika nie jest żadnym wyzwaniem, całość jest asfaltowa. Przynajmniej mijane widoki są w stanie wynagrodzić tę drobną niedogodność. Wioska jak wioska, zabawiliśmy w niej tylko chwilę, zahaczając o jakąś knajpkę, by spróbować osławionych miejscowych serów.
Na tablicy informacyjnej znajdujemy rozrysowany 44-kilometrowy szlak do Lazarova. Jeśli okaże się przejezdny dla samochodu (chodzi o szerokość - czy w którymś momencie nie zamienia się w ścieżkę dla piechurów), to nie musielibyśmy wracać do Mavrova, tylko przejechalibyśmy przez góry na przestrzał.
Droga to szlak wysypany tłuczniem, po którym jedzie się fatalnie. Nic więc dziwnego, że często-gęsto równolegle lub skrótami idzie inny ślad kolein, wyjeżdżonych bezpośrednio w ziemi. Odległość w naszym przypadku i w takich warunkach nie określa prędkości przejazdu - my się w takich sytuacjach nigdy nie spieszymy i robimy częste przystanki na podziwianie krajobrazów i robienie zdjęć. Co jakiś czas mijamy stada owiec. Raz owce przelewają się przez drogę i wysiadam, żeby zrobić kilka zdjęć. I serce zamiera mi, bo w moim kierunku zbliża się warcząc groźnie olbrzymi pies pasterski. Moje ruchy są powolne i spokojne. Pies, widząc, że nie próbuję podchodzić do stada, tylko idę spokojnie równolegle do niego, umilkł i szedł między mną a owcami.
Przy innym stadzie nie odważyłam się wysiąść od razu, bo ten owczarek nie wyglądał na tak ugodowego jak poprzedni. Wściekle ujadającego przegonił kamieniami jeden z pasterzy, który na nasz widok wstał z ziemi i wyszedł na drogę. Uśmiechnięty sam się ustawiał z nami i z samochodem do zdjęć.
Gdzieś po drodze przez cały dzień napotykamy dwa gospodarstwa i mijamy się z jednym samochodem. Ciekawe jak im się tu żyje na takim odludziu, gdzie najbliższa cywilizacja to pół dnia jazdy samochodem.
Mijamy połoninę za połoniną, wspinamy się i zjeżdżamy. Szlak zmienia się co jakiś czas z tłucznia na dziurawą jak szwajcarski ser ziemię. Dokoła wysuszony letni krajobraz, ale naraz pojawia się na naszej drodze strumień i skrząca się srebrzyście w słońcu nitka wody otoczona soczystą zielenią, poprzetykaną jaskrawymi kwiatami. A nad nimi roje kolorowych motyli. Po prostu rajski obrazek.
Ostatni etap tej drogi prowadzi w cień lasu. Nagle zrobiło się jakoś inaczej, czujemy się przytłoczeni w tym ograniczającym nas tunelu drzew, wyraźnie odczuwamy brak przestrzeni.
W końcu ponownie wita nas cywilizacja - docieramy do Lazarovo, skąd udajemy się do Monastyru Sv. Jovan Bigorski. Zdążamy tuż przed zachodem i wieczorną mszą, więc udaje nam się jeszcze zajrzeć spokojnie i nikomu nie przeszkadzając do bogato zdobionego wnętrza kościoła.

Dzień 6.
Jezioro Debreńskie, nad którym spędziliśmy noc, nie zachęca do plażowania ani kąpieli, więc bez oporów ruszamy w dalszą drogę i spokojnie docieramy do Strugi, gdzie robimy małe zakupy z przewagą miejscowych słodkich wypieków i przekąsek. Szybko też udaje nam się znaleźć w miarę spokojne miejsce nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego, z dala od oficjalnych zatłoczonych plaż, a nasz Potwór spokojnie zaparkowany w cieniu nie nagrzewa się niepotrzebnie.
Gdy już nacieszyliśmy się kąpielą wracamy do cywilizacji i na podbój Ochrydu.
- Piękna panorama! - ktoś do nas krzyczy z nabrzeża. - Mam łódź, popłyniemy, z wody piękne widoki na miasto!
Patrzymy na siebie.
- A ile to kosztuje?
- 400 denarów.
- Nie mamy tyle przy sobie, musielibyśmy najpierw pójść do bankomatu. Wie pan, gdzie jest jakiś najbliżej?
- A po co do bankomatu? Popłyniemy, piękna panorama miasta będzie, wrócimy i wtedy pójdziecie po pieniądze i wrócicie zapłacić.
Zaniemówiliśmy. Taka wiara w uczciwość ludzką? Chyba już się od niej odzwyczailiśmy.

Nie korzystamy z wycieczki statkiem, bo najpierw chcemy coś zjeść. Zaczynamy więc spacer po mieście zaglądając do napotkanych knajpek, ale ciągle nie jest to coś, na co mielibyśmy smak. I tak w końcu, wciąż z pustymi brzuchami, udaje nam się zawędrować na skalisty cypelek, na szczycie którego stoi Cerkiew św. Jana Teologa z Kaneo. I tu przy bramie zaczepia nas "wodny taksiarz", ale zanim zastanowimy się nad jego propozycją wolimy najpierw zwiedzić kolorowy od kwiatów dziedziniec i ponapawać się widokiem na jezioro. Efekt końcowy jest taki, że opuszczamy teren monastyr inną drogą i kontynuujemy wspinaczkę. Na szczęście znaczna część drogi wiedzie przez sosnowy zagajnik, bo już mi język przysycha do podniebienia, a gdyby jeszcze słońce prażyło bezpośrednio, to nie wiem, jakbym to przeżyła.
Docieramy na szczyt wzgórza, którego zwieńczenie stanowią pozostałości średniowiecznej twierdzy. Na szczęście przed bramą stoi mała knajpka i najważniejsze, że ma lodówkę pełną zimnych napojów. Teraz możemy spokojnie wspinać się na kamienne mury i z wysokości podziwiać Ochryd.
Przed nami już tylko popołudniowy spacer w dół miasta, późny obiad i dopełnienie tradycji wysłania kilku pocztówek.

Dzień 7.
W nocy gdzieś obok przechodziła burza, bo grzmoty i błyski nas obudziły, ale ani kropla deszczu nie spadła na nas.
Po porannej kąpieli w jeziorze zbieramy się w dalszą drogę wzdłuż brzegów jeziora. Jakieś pół godziny przed planowanym otwarciem znaleźliśmy się na parkingu przy zejściu do Muzeum na wodzie - Bay of the bones. Oczywiście na pracowników musimy czekać znacznie dłużej, jakoś im się do pracy nie spieszyło. W każdym razie jesteśmy pierwszymi i chwilowo jedynymi zwiedzającymi.
Muzeum to rekonstrukcja jednej z kilku osad, jakie budowane były na palach w przybrzeżnych wodach Jeziora Ochrydzkiego. Z przyjemnością i w spokoju obeszliśmy całą wioskę - praktycznie każde zbudowane z patyków, słomy i gliny domostwo. Z platformy otwiera się widok na lazurowe wody jeziora, pod nogami nagrzane słońcem deski platformy zawieszonej na palach, a w krytych strzechą izbach przyjemny chłód i cień. Idealne letnie rezydencje na upalne i bezdeszczowe dni.
Serpentynami wspinamy się na przełęcz w paśmie Galicy. Wszechobecne zadymienie i przymglenie przesłania widok na jezioro, z góry prawie nie widać brzegu. Z tego też względu w punkcie widokowym zatrzymujemy się na dosłownie sekundę i ruszamy dalej. Nasz cel to Konjsko, a jeszcze dokładniej to wyspa Golem Grad. Do Stenje droga jest jak najbardziej cywilizowana i asfaltowa. W miasteczku jemy obiad i wydajemy ostatnie denary na ostatnie zakupy w Macedonii (tak nam się przynajmniej wydaje). Za Stenje zaczyna się szuter i wspinaczka, by po ok. 7 km skończyć się zjazdem na brzeg Jeziora Preszpańskiego.
Zachmurzyło się jakoś znienacka i nawet zaczyna padać. Jacek struty chyba rybami, które zjadł na obiad, zasypia, ja siadam z notesem i trochę też obserwuję okolicę. Patrzę przez zalewane deszczem szyby jak do brzegu parę metrów d nas przybija łódź, z której wysiada przemoknięta i zmarznięta rodzinka turystów. Musieli wypłynąć około południa, gdy było słonecznie, ale powrotu im nie zazdroszczę.
Wioska jest chicha, spokojna, kilka domów wzdłuż brzegu, poza nami i tą rodziną (notabene z Polski - samochód na gliwickich numerach) turystów brak. Narzeka na to odrobinę miejscowy hotelarz*, który też wozi chętnych łodzią na Grad. Złaknieni czegoś gorącego wchodzimy do hotelowej restauracji i udaje nam się bez problemu dogadać z właścicielem, że zapłacimy w euro, a on nam wyda resztę w denarach. I nawet nie próbował kombinować z przelicznikiem.
Dziś na rejs po jeziorze jest już za późno i zbyt niekorzystna jest pogoda. W zamian wybieramy się na pieszą wędrówkę. Teoretycznie do monastyru, praktycznie - jak to często z nami bywa - dokąd nogi poniosą, bo nie za bardzo zwracamy uwagę na szlak i zdarza nam się pobłądzić. Nie narzekamy jednak z tego powodu, bo dzięki temu zazwyczaj spotyka nas coś ciekawego i niespodziewanego. Docieramy na koniec kamienistego cypla, przy którym rozbijają się o siebie szare masy wody. Na nasz widok stado ptactwa podrywa się do lotu, a my znajdujemy między kamieniami tylko kilka piór.
Idziemy mniej więcej wzdłuż brzegu, klucząc trochę między gęstszymi zaroślami i omijając kolczaste kłębowiska jeżyn. Chcąc nie chcąc w marszu trącamy i łamiemy łodyżki wszechobecnej szałwii i jej aromat rozchodzi się w powietrzu.
W pewnej chwili słyszę jakieś dziwne popiskiwanie.
- Ciii, słyszałeś to? - pytam Jacka, oboje zatrzymujemy się i nasłuchujemy. Pisk się powtarza. Idziemy za tym dźwiękiem aż odnajdujemy jego źródło.
Żółwie były tak zaaferowane sobą, że w ogóle nie zwracały na nas uwagi. Oczywiście nie chcieliśmy przeszkadzać im w zalotach i nawet nie zamierzaliśmy ich dotykać, ale kilku fotek sobie nie odmawiamy.
W końcu zarośla zrobiły się tak gęste, że nie ma sensu dalej się przez nie przedzierać. Robimy skrót i wspinamy się na strome zbocze, a tam droga i wyraźnie oznakowany szlak do monastyru.
W drodze powrotnej do Konjsko napotkaliśmy jeszcze dwa żółwie, z czego jeden szybko uciekał w krzaki, a drugi … No cóż, wiemy już, że rozjechany kolami żółw przypomina roztrzaskanego arbuza.
*ma na imię Goce i jest architektem ze Skopje. Kilka lat temu podupadł na zdrowiu i przyjechał do Konjsko w celach leczniczych - by odpocząć z dala od miasta. I tak mu się spodobało, że wybudował tu hotel i usiłuje rozwijać turystykę w regionie. Tego i następnego dnia spędziliśmy razem kilka godzin na pogaduchach i dyskusjach na wiele, wiele tematów.

Dzień 8.
Jakoś nie mogliśmy się we trójkę dogadać, o której wypływamy. Jacek chciał o 7, ja nie wcześniej niż o 8, a Goce o 9. Teoretycznie ósma to sam środek, ale Jacek jakimś cudem wynegocjował start o 7:30. Rejs łodzią silnikową nie jest może tak przyjemny (hałas) jak własnym pontonem, ale na tych nieprzewidywalnych wodach i przy czekającym nas dystansie jednak praktyczniejszy. Poza tym na jej pokład nie boję się zabrać aparatu, który na naszej mikro-jednostce z całą pewnością byłby zalany wodą.
Do wyspy dopływamy w miarę szybko i zaczynamy ją okrążać. Kormorany i czaple siedzące wysoko na gałęziach drzew nie zwracają na nas specjalnej uwagi. Za to pelikany zrywają się z przybrzeżnych głazów do lotu, przebiegając wcześniej kilka kroków po powierzchni wody, machając jednocześnie wielkimi skrzydłami. Gdy mijamy kolejne fragmenty wybrzeża wysepki, zostaje na nich co najwyżej kilka mew.
Na wyspie nie lądujemy (a miałam taką ochotę na spotkanie z miejscowymi żółwiami i może nawet jakimś wężem) ze względu na obowiązujący zakaz. Golem Grad jest rezerwatem i latem, w okresie suszy, wstęp na wyspę jest zabroniony. Miejscowi nie chcą narażać się na sankcje i wożąc turystów przestrzegają tych zasad.
W drodze powrotnej Jacek prosi o chwilę ciszy, by nie przepłoszyć rykiem silnika ptaków. Silnik więc gaśnie, ale za to za chwilę już nie chce odpalić. Wiatr i fale zaczynają nas znosić w stronę Grecji, momentami zbaczamy w kierunku albańskiego brzegu. Naszemu gospodarzowi strach maluje się na twarzy:
- Tylko nie to! Nie może nas znieść do Albanii! - gorączkowo zaczyna grzebać przy silniku.
Jacek zauważa wielkie drewniane wiosła i od razu czuje się jak w raju. Goce zaczyna protestować - przecież wiosłowanie to nie robota dla turysty. Jacka nic jednak nie jest w stanie przekonać, że ma tylko siedzieć biernie na ławeczce i się opalać. Z zapałem wiosłuje do wskazanego skrawka bezpiecznego brzegu. Ja na chwilę wysiadam sprawdzić, czy rosnące tu jeżyny są równie smaczne, co te jedzone wczoraj (wszędzie są tak samo smaczne), a panowie razem siadają na spokojnie przy silniku. I już po kilku minutach odbijamy i w akompaniamencie ryku silnika wracamy do wioski.
Nie możemy tak po prostu się rozliczyć i odjechać. Najpierw zostajemy zaproszeni na pożegnalną kawę i pogaduchy. I koniecznie musimy zwiedzić i obejrzeć hotel. Takiemu zaproszeniu nie można odmówić.
Zostało nam z rozliczenia jeszcze kilka denarów, z którymi - jeśli pojedziemy najkrótszą drogą - nie będziemy mieli co zrobić. Wracamy więc nad Jezioro Ochrydzkie, by tam jeszcze przed albańską granicą wydać je na jakieś drobne zapasy i łakocie. Po drodze przez góry zbaczamy z trasy w jakiś szuterek prowadzący do punktu widokowego, z którego podobno widać oba jeziora. Może i tak, ale przy innej pogodzie, gdy mgła (a może jednak dymy z licznych tlących się mini-pożarów?) nie przesłania widoku.
Przejście graniczne z Albanią to czysta i szybka formalność, zresztą nie ma też praktycznie żadnej kolejki. Za to na granicy resztki słońca przykrywają coraz ciemniejsze chmury. Coraz silniej też wieje wiatr. Jaki jest chłodny przekonujemy się na stacji benzynowej, gdy wysiadamy zatankować. Co zresztą okazuje się nie takie proste.
- Można zapłacić kartą? - Jacek pyta jak zawsze, ale mężczyzna patrzy z kompletnym brakiem zrozumienia w oczach. - Visa? Kredit kard? - sięga po kartę do portfela, bo wyraźnie i powoli wymawiane słowa chyba nie trafiają.
W końcu mężczyzna potwierdza "OK." No to lejemy. Gdy wlew paliwa jest już zamknięty, a pistolet odłożony na dystrybutor, Jacek podaje kartę, ale właściciel stacji kręci dla odmiany głową i powtarza "lek".
Okazuje się, że nie mają nawet terminala. I zaczyna się cyrk, bo my jeszcze nie zdążyliśmy odwiedzić żadnego banku i leków nie mamy. On nas nie wypuści ze stacji i nie chce powiedzieć, gdzie jest najbliższy bankomat. Może jedno z nas zostanie, a drugie pojedzie, a może on pojedzie z nami, skoro się tak boi, że uciekniemy bez zapłaty. Nie i nie.
Różnica w stosunku do Macedonii jest olbrzymia - w podejściu, w możliwościach, czy raczej ich braku w porozumieniu się.
Mamy przy sobie trochę euro i w końcu, by nie spędzić na tej stacji całej wieczności, dogadujemy się. Rzecz jasna kurs jest lichwiarski, ale traktujemy tę przygodę jako przestrogę i przede wszystkim postanawiamy zaopatrzyć się w zapas gotówki.
Nigdzie nie ma drogowskazów, jedziemy więc na chybił-trafił. Tym razem chybił, ale w końcu udaje nam się wydostać z miasta we właściwym kierunku. Później jeszcze wiele razy będziemy w trakcie podróży narzekać na oznakowania dróg - o ile poza miejscowościami jest nawet nie najgorzej, to jak już się wjedzie gdzieś, to wyjechać ciężko, bo w centrach najczęściej znaków nie ma. Trzeba wtedy przywołać do życia starą mądrość: "koniec języka za przewodnika".
Za nami zostaje gwar i miejski ruch. Droga jest dość uczęszczana, więc mijamy sporo samochodów, ale jedzie się bez problemu. Zmierzamy w stronę jednej z licznych przełęczy, droga wije się serpentynami. A na zakrętach stoją jakieś takie szałasy, a przy nich dzieciaki sprzedające coś. Okazuje się, że część z asortymentu to chyba orzechy. Nikt się przy nich nie zatrzymuje, nikt nie kupuje.
Droga w pewnym momencie pustoszeje. I się kończy. Rozszarpany asfalt stanowi granicę wielkiej wyrwy, zarośniętej już od dawna bujną roślinnością. Po drugiej stronie gigantycznej dziury ponownie pojawia się szara nitka szosy, a jej oba brzegi połączone są wyciętą w stoku szutrówką, omijającą kilkumetrową wyrwę.
Wprawdzie przestało padać, ale popołudniowe niebo zasnute chmurami sprawia, jakby już zapadał mrok. W takiej ponurej atmosferze wjeżdżamy do jakiegoś miasteczka. Oczywiście do centrum prowadzi jedna droga, a z niego kilka nie oznakowanych i znów nie wiadomo, którędy jechać. Sama nie wiem skąd, ale ogarnął mnie jakiś dziwny strach. Przez moment zawahałam się, czy otwierać okno i pytać o drogę, czy po prostu szybko uciekać pierwszą z brzegu drogą. Na głównej ulicy było mnóstwo ludzi, większość to mężczyźni chodzący w grupkach, przypominający z wyglądu naszych terroryzujących okolicę blokersów. Dokoła stare, zaniedbane i sypiące się komunistyczne bloki. I to nie takie eleganckie jak nasze własne osiedle, ale takie z filmów grozy i thrillerów. Przez myśl przemknęła mi wizja zapuszczonych slumsów, pełnych zbrodni i społecznego marginesu.
Opamiętałam się jednak szybko i otworzyłam okno. Zapytałam jednego z przechodzących mężczyzn o kierunek. Z uśmiechem wskazał właściwy wyjazd i poszedł dalej swoją drogą. A my spokojnie pojechaliśmy swoją. Później pomyślałam, że gdybyśmy wjechali do tej miejscowości w świetle słonecznego dnia, pewnie to nasze pierwsze wrażenie byłoby inne. Oto co potrafi stworzyć wybujała wyobraźnia w parze z odpowiednią aurą.
Wciąż jesteśmy bez miejscowej waluty, bez zapasów i do tego już głodni. Korce mijamy obwodnicą i próbujemy zjeść coś po drodze. Już w pierwszej knajpce uświadamiają nas, że kartą to my tu nigdzie nie zapłacimy, a najbliższy bankomat w centrum miasta.
Decydujemy się jeszcze trochę ścisłej diety - nie chce nam się wracać, bankomat powinniśmy też znaleźć w kolejnym miasteczku. Niestety, przez jakiś mijamy tylko małe wioski po kilka domów, w końcu docieramy do Erseke, gdzie zatrzymujemy się pod bankiem. Po wybraniu gotówki ruszamy na poszukiwanie restauracji. Znajdujemy tylko jedną i jest w niej wesele - czyli z obiadu nici. Musimy zadowolić się sklepem spożywczym i własnoręcznie przygotowanym posiłkiem.
Noc spędzamy w romantycznej górskiej scenerii.

Dzień 9.
Bez śniadania ruszamy dalej w drogę. Widoki są wspaniałe, a uroku całości dodaje nisko wisząca, przecinająca w połowie wysokości góry chmura. Rzecz jasna, zmieniamy zdanie, gdy zjeżdżamy w dół, w mokry, zimny opar.
Kilka kilometrów przed Permet skręcamy w stronę Frasher. Niedaleko za zjazdem asfalt się kończy i szutrówka się rozwidla - główna droga prowadzi w góry, boczna finiszuje nad brzegiem rzeki przy gorących źródłach, rozmieszczonych przez naturę na obu brzegach rzeki. Jednak nie tylko źródła są atrakcją w tym miejscu. Swoistą przygodą jest spacer w górę rzeki w cieniu wysokich, pionowych ścian wąskiego kanionu. Jedynym problemem może być bardzo grząskie dno, w którym nogi zatapiały nam się do połowy łydek.
Górska droga do Frasher wycięta jest w zboczach kolejnych gór. Pełno na niej wybojów i dziur, kolein i kamieni. Miejscami jest znośnie szeroko, miejscami tak wąsko, że aż strach patrzeć.
Przejeżdżamy przez jakąś wioskę i na drogę wybiega zgraja dzieciaków, a za nimi człapie starszy człowiek. Coś tam do nas mówi, ale nie rozumiemy ani słowa. Z pomocą przychodzą chłopcy, którzy całkiem dobrze władają angielskim i pomagają w tłumaczeniu. Jak przekonujemy się także i później, dzieci na potęgę uczą się angielskiego, dorośli za to najczęściej mówią po włosku.
Droga nam schodzi na przedzieraniu się przez góry raz po szutrze, raz w głębokich koleinach, nierzadko wypełnionych wodą. Słońce świeci, ale wysokość powoduje obniżenie temperatury i nie odczuwamy takiego gorąca. Do Frasher docieramy przed zmrokiem i rozlokowujemy się nad brzegiem uroczego jeziorka.

Dzień 10.
Za gapiostwo trzeba płacić - to nic nowego, nawet dla nas, bo już kiedyś zdarzały nam się takie wpadki - nie zatankowaliśmy odpowiednio i nie dojedziemy do pierwotnie wytyczonego celu. Musimy więc zjechać do Permet. A co dalej - czy wracamy na górski szlak, czy jedziemy gdzieś indziej - to zobaczymy później.
Poza tankowaniem załatwiamy w miasteczku jeszcze i inne sprawunki - małe zapasy i do tego mycie auta. Z tym nie ma żadnego problemu, bo myjni samochodowych w Albanii jest więcej niż stacji benzynowych. Za to mamy problem, bo nie możemy sobie znaleźć jakiejś fajnej knajpki, no bo skoro już jesteśmy w mieście, to można by zaszaleć i jakiś obiad skonsumować.
Jakoś tak wychodzi, że lądujemy w gorących źródłach. Po raz kolejny i nie ostatni zaczepiają mnie miejscowi - ale nie, nie mężczyźni. Oni tylko spoglądają. Jakieś dziewczyny pytają skąd jestem. Z moją białą cerą (Śnieżka by się nie powstydziła) i blond włosami nie mam szans wtopić się w tłum i udawać autochtonki - rzucam się w oczy i wzbudzam ciekawość. "A jak ci się podoba Albania?" - to kolejne obowiązkowe pytanie. Nastolatka moje odpowiedzi tłumaczy na albański i cały basenik kiwa głowami. I tak trwa sobie nasza mała międzynarodowa pogawędka.
Ruszamy w górę kanionu - ja z aparatem w dłoni, zawsze gotowym do strzału, Jacek po prostu idzie przed siebie nie zważając na głębokość przekraczanej wody. No i zdarzył się wypadek - zapomniał, że ma w kieszeni kompakta, wszedł w głębinę i utopił biedny aparat. I tak oto wciąż przecież jeszcze na początku wyprawy zostajemy z jednym tylko aparatem i to takim, którego absolutnie nie zabiorę na wodę.
Zmęczeni trochę wrażeniami i wygłodniali nie mamy ochoty na robienie posiłku ani na długie poszukiwania miasteczka z fajną knajpką. Na szczęście przy samych źródłach jest mała knajpeczka. Wyboru potraw za dużego nie ma, ale to nie ma też znaczenia - grunt, że jest smaczny byrek.
Dość już byczenia się w jednym miejscu - czas ruszać dalej.

Dzień 11.
Jedziemy czymś, co w teorii jest ekspresówką. W praktyce to fragmenty szerokiego, równego nowego asfaltu, fragmenty starej, wąskiej i zniszczonej drogi i fragmenty tłucznia na odcinkach będących w budowie.
Z pewnymi wątpliwościami skręcamy w boczną drogę - na początku nie mamy pewności, czy to ten szlak, którym chcieliśmy jechać. Szybko okazuje się, że skrót, który tak ładnie wyglądał na mapie, raczej będzie się wlókł w nieskończoność. Kolory i grubości kresek na mapie zwłaszcza w tym kraju nie odzwierciedlają faktycznego stanu dróg, bo oznakowanie klasy drogi niewiele ma wspólnego z jej jakością. A dziurawy szuter nie pozwala na rozwinięcie jakichś rozsądnych prędkości.
Za to mamy czas na podziwianie mijanych widoków i nawet polujące na gryzonie drapieżniki nie umkną naszej uwadze. Mijamy byłą bazę wojskową, po której obecnie pozostało kilka pomalowanych we wzór moro murowanych baraków. Jedyne życie między nimi to pasące się spokojnie owce.
W ogóle mamy wrażenie, że jesteśmy tu tylko my i co najwyżej skrzydlaci przedstawiciele natury. Dokoła pełno kolorowego ptactwa, czasem w oczy rzuci nam się brązowo upierzone ciało drapieżcy. Niestety są za daleko, by się im lepiej przyjrzeć i jeszcze szybciej odlatują nawet poza zasięg lornetki, niż barwni śpiewacy.
Powoli przecinamy kolejne pasma niekończących się gór i wzgórz, gdy przed maską pojawia się pełznący w poprzek drogi żółw. Zatrzymujemy się i zgarniam malucha ze środka drogi. Chcę go przenieść na pobocze, do którego zmierzał. Jacek w tym czasie sięga po aparat. Do tej pory napotkane przez nas żółwie chowały się do skorupy. Ten jednak zaczął machać łapami i swoją maleńką główką szaleńczo i bardzo szybko. Bałam się, że od tych szamotów wypadnie mi z ręki, więc chwyciłam go od spodu. I po chwili bardzo wyraźnie poczułam cały jego strach i stres - w postaci ciepłej strużki, która spryskała moje palce. Szybko więc, by go już dłużej nie męczyć, odstawiłam żółwika parę metrów od brzegu drogi. Idź sobie dalej w spokoju.
Jedziemy, jedziemy, a tu coś nam zaczyna śmierdzieć ropa. Zastanawiamy się nawet, czy nie mamy jakiegoś wycieku, ale po chwili objawia nam się źródło tego niezwykłego aromatu. Po pokonaniu kolejnego zakrętu naszym oczom ukazuje się niezwykły widok - zbocza usiane są starymi, klasycznymi, ale wciąż pracującymi wieżami wiertniczymi. Jesteśmy na polu naftowym.
Bez skrupułów podjeżdżamy pod jedną z wież. I bez żadnego problemu, bo prowadzi do niej od szosy szutrowa dróżka niczym nie zagrodzona. Stajemy w bezpiecznej odległości i podchodzimy z zainteresowaniem przyglądając się obracającemu się powoli ramieniu. Machina, wyglądająca na przedpotopową, miarowo i rytmicznie robiła swoje pompując z głębi ziemi czarną maź. Ochłonęliśmy już z pierwszego szoku i spokojniej rozglądamy się po okolicy. Jednak nie wszystkie wieże pracują, część z nich to po prostu pozbawione mechanicznego serca stalowe szkielety.
Kilkaset metrów dalej zatrzymujemy się ponownie, tym razem przy jakichś zabudowaniach. Obok stoją (chyba już od dawna - tak przynajmniej wyglądają) jakieś zabytkowe ciągniki i maszyny. Napotkany człowiek potwierdza, że jesteśmy pośrodku eksploatowanego pola naftowego. Rozmawiamy przez chwilę i ruszamy w dalszą drogę w kierunku Vlare.
Dojeżdżamy do miasta i od razu przeżywamy szok - czuje się jak w godzinach szczytu w Katowicach. Ruch, gwar, korki - makabra. Dobrze, że nie musimy się tu zatrzymywać. Wybrzeże wygląda inaczej niż się podziewałam - plaża za plażą, człowiek na człowieku. Fakt, że droga biegnie tuż przy brzegu zatoki i plaże są wąziutkie i często kamieniste. Nieco inaczej jest w Orik, ale i tak jest tłoczno.
Droga na półwysep jest zamknięta - ostatni fragment plaży sąsiaduje z zasiekami jednostki wojskowej. Za to tu jest najmniej ludzi. Resztę dnia spędzamy na pluskaniu się w spokojnej wodzie zatoki. I nie bardzo jak mamy odpłynąć trochę dalej od brzegu naszym pontonem, bo zaraz po kilku minutach złamało nam się wiosło. Straszna tandeta. Musimy kupić coś lepszego. Tylko gdzie???

Dzień 12.
Kolejny dzień zaczynamy od próby wyprawy pontonem, którym operujemy połówkami złamanego wiosła. Nie jest lekko, ale pobawić się jakoś można, zwłaszcza na początku, gdy nie ma wiatru i fali. Po około dwóch godzinach poddajemy się i wracamy do brzegu.
Ruszamy na północ. Zatrzymujemy się we Vlare pod jakimś sporym supermarketem po zakupy spożywcze. Jednak w oko wpada nam też aluminiowe składane wiosło. Kosztuje grosze, a wygląda na znacznie porządniejsze od naszego poprzedniego. Bez zbędnego zastanawiania się zabieramy je ze sobą do kasy. Powinno się jeszcze przydać na tym wyjeździe.
Usiłujemy się dostać do laguny, nad którą żyją pelikany. Problem w tym, że nie wiemy, od której strony się tam dostać. Zaczynamy się więc plątać po polnych drogach, aż pytamy jakiegoś gospodarza przy polu. Pokazuje nam prosto nad wodą. No to wio - jedziemy, ale droga kończy się daleko od brzegu, a po czyichś polach jeździć nie będziemy. Stoimy skonsternowani, a tu podchodzi do nas inny gospodarz. I zaczynamy od nowa rozmowę na migi. My mówimy swoje, on gada po swojemu. Ostatecznie dochodzimy do następującego porozumienia - on jedzie z nami i pokaże nam drogę. OK., to jedziemy.
Najpierw była polna droga, potem skręcamy na to pole obok tej kępy trawy.
- Przez pole?
- Spokojnie, to moje pole. - jakimś cudem rozumiemy.
Potem koło tego krzaczka, omijamy ten niewidoczny dołek i tak jeszcze kawałek, aż docieramy nad brzeg wody. Ale pelikanów nie widać.
- A pelikany?
- To tam - rozbrajająco mówi gospodarz wskazując dłonią drugi brzeg.
Acha, no cóż - kierunek od samego początku się zgadzał, ale Honker to nie amfibia i musimy się wrócić do drogi i okrążyć lagunę. Żegnamy się więc z naszym przewodnikiem, który wyprowadził z cienia drzew swoje małe stadko krów i pognał gdzieś brzegiem wody.
Wybrzeże okupuje gigantyczna plaża pełna ludzi. Kierujemy się w stronę wskazaną nam przez jakiegoś człowieka i mijamy te tłumy. Im bardziej dzikie robi się wybrzeże, tym mniej jest ludzi. Za to w płytkiej wodzie brodzą ptaki - niestety, nie pelikany. Dla nich chyba jest tu wciąż za dużo ludzi. Dla nas zresztą też. Zapuszczamy się więc wąską polną drogą coraz dalej w dzicz, aż docieramy do łowiska. O tej porze (słońce chyli się już ku zachodowi) jest tu pusto i spokojnie. Z wody wystają drewniane konstrukcje służące do połowów ryb. Pozbawione sieci pałąki wiszą smętnie w powietrzu na końcu olbrzymiego drąga. Zacumowane przy brzegu łodzie odbijają się w spokojnej wodzie.

Dzień 13.
O świcie, zanim pojawią się ludzie wracamy nad dziki brzeg laguny. Nie jesteśmy tam jednak pierwsi. Już dwie osoby brodzą w płyciźnie i coś zbierają w wodzie. Chyba czyjś późniejszy obiad.
Z daleka widzimy stado, ale ptaki są jednak za daleko, by zrobić im jakiekolwiek zdjęcie. Jedynym wyjściem jest piesza wyprawa przez płytką wodę (za płytko na ponton). Woda faktycznie jest płytka, ale muł na dnie dość głęboki i męczący. Momentami zapadam się ponad kolana. Jednak najgorsze w tym wszystkim są muszle ukryte w mule. Z obawy przed zgubieniem butów, zdecydowałam się pójść boso i teraz wyraźnie czuję, jak ostre brzegi rozcinają mi skórę na stopach i łydkach. Jacek jako prawdziwy twardziel, nie zwraca na takie drobiazgi uwagi, ale ja cierpię.
Udaje nam się jednak podejść całkiem blisko, a przynajmniej w tym momencie tak nam się wydaje. Zbliżamy się powoli, więc pelikany dość długo wytrzymują, zanim w końcu czują się na tyle zaniepokojone, że podrywają się do lotu. Nie pozostaje nam nic innego, tylko zawrócić.
Moje biedne, pokaleczone nogi nie są w stanie znieść sandałów i zmuszona jestem przez najbliższych kilka dni kuleć w klapkach-japonkach.
Wyjeżdżamy z Divjake i kierujemy się ponownie w góry. Do zimnych strumieni pędzących w kamienistych korytach, pełnych słodkiej wody i bez kaleczących skórę muszli. Póki co czeka nas autostrada (!). Na początku tego tak szumnie nazwanego szlaku transportowego jest postój busów, a na prawie całej ok. 10 km długości autostrady, na pasie awaryjnym stoją czekający na te busy ludzie. Ciekawe zjawisko i dla nas jednak obce.
Zjeżdżamy do Kruji i postanawiamy się tak znienacka zatrzymać w mieście. Z jednej strony chcemy wstąpić na pocztę, żeby kupić znaczki i wysłać kartki, z drugiej z daleka nasz wzrok przyciągają mury zamku. Miło będzie trochę rozprostować kości i nieco się przespacerować.
Przy początku wąskiego deptaku prowadzącego na starówkę i do zamku stoi … wielki autokar turystyczny na polskich numerach. I wysypuje się z niego rzeka turystów. Tu? W Albanii? Przez chwilę nie mogłam wyjść z szoku. Jakimi drogami jeździ ten nowoczesny autokar? Przecież w miarę przyzwoitych asfaltowych dróg to tu jak na lekarstwo.
Parkujemy nieopodal i po chwili ponownie napotykamy polską wycieczkę, która właśnie bezpośrednio po zameldowaniu się w hotelu rusza na podbój zamku. Pozwoliliśmy przejść największej fali i też zanurzamy się w wąskiej uliczce, którą tworzą dwa rzędy drewnianych zabudowań, które tworzą ponoć największe w Albanii targowisko z pamiątkami. Są tu najprzeróżniejsze rzeczy - od wyrobów ludowych, regionalnych, współczesnych tandetnych gadżetów, biżuterii aż po pamiątki wojenne z czasów I i II wojny światowej.
Uliczka ciągnie się aż do bram zamku. Z bliska widać, że większość murów i zabudowań jest w ruinie. Jednak pośrodku stoi pięknie wymurowana budowla - obecnie mieszcząca muzeum największego albańskiego bohatera narodowego - Skanderbega. Bez żalu wydajemy kilka leków na wejście i zagłębiamy się między kamiennie ściany pełne wspomnień chwalebnej, ale i krwawej przeszłości. Za to cały dziedziniec zasłany jest stoiskami z biżuterią i koronkami.
Jak to już bywało, w mieście nie ma drogowskazów i znów nie wiemy, jak wyjechać w interesującym nas kierunku. Zapytany o drogę człowiek zamiast nam tłumaczyć wsiadł do samochodu jako nasz pilot. Wyprowadził nas do wylotu z miasta, wysiadł, a my możemy jechać dalej przez góry w kierunku Burrel.
Od razu widać, że główną drogę zostawiliśmy gdzieś za nami. W asfalcie pojawiają się coraz częściej wyrwy, ruch zamiera. Za to zaczynają się górskie bunkry. Co chwila widzimy w zboczu ziejący czernią wlot do wydrążonego w skale korytarza, czasem niektóre z nich zablokowane są betonowymi ścianami z niewielkimi szparami.
Droga jest kamienista, na początku w miarę równa, ale są fragmenty, gdy dziura goni dziurę. Nie da się za szybko jechać. Są tu też rozjazdy i nie ma przy nich żadnych oznakowań. Na nosa jechać, to duże ryzyko. Na jednym z rozjazdów pojechałabym w dół, ale przezornie pytamy o drogę kierowcę, który naprawiał swoje auto. Innym razem możemy nie mieć tyle szczęścia, bo zazwyczaj na takich drogach nie ma żywego ducha przez całe godziny.
Jedziemy i jedziemy, a końca drogi nie widać. Za to widać wyraźnie zbliżający się zmierzch. To oznacza, że szybko musimy znaleźć kawałek płaskiego ternu poza drogą na nocleg. Nie uśmiecha nam się jazda nocą nad tutejszymi przepaściami. Udaje nam się znaleźć odpowiedni skrawek ziemi i szykujemy się do spania, gdy z góry słychać nadjeżdżający samochód. Auto zatrzymuje się przy nas i ktoś przez okno pyta skąd my. Jacek na to, że z Polski.
- Aaa, Polonija, ok. - i pojechali dalej.
Cały czas się zastanawiam, co to "OK." miało znaczyć. A jak z Francji, to co? Nigdy się już nie dowiem.

Dzień 14.
Okazuje się, że do Burrel nie zostało aż tak dużo drogi. W miasteczku robimy zakupy - zapas owoców, chleb, trochę warzyw. Mieliśmy dalej jechać przez góry, ale pokierowano nas inną drogą i jedziemy asfaltem. To daje dodatkową możliwość częstszego przejazdu przez cywilizację i szybsze znalezienie knajpki. Stajemy przy pierwszej restauracji, jaką napotykamy. Jest tu trochę ludzi i widać, że mają na talerzach fajne jedzenie.
Niestety, menu mają tylko po albańsku, nikt nie mówi po angielsku - wybieramy więc na chybił-trafił. I nawet trafił - ja omlecik z serem, Jacek jakieś grillowane mięso i tylko sałatkę szopską zamawiamy świadomie.
Tradycyjnie już pobłądziliśmy przy wyjeździe z miasteczka, ale ostatecznie trafiliśmy na właściwy szlak. A szlak ten przecina rzeka, a nad rzeką mostek. Aż się zatrzymaliśmy na jego widok przed wjazdem (przechodzące przez niego stado owiec, to zupełnie osobna sprawa). Kilka stojących w dnie rzeki betonowych filarów, połączonych starą stalową kratownicą, zakrytą rozlatującymi się deskami. Idę z przodu robiąc zdjęcia, a pode mną uginają się deski, w dziurach prześwituje daleko w dole szara woda. Jednak jeżdżą po tym moście ponad 3tonowe samochody!
Jedziemy na razie przez wioski. Droga jest kiepska - dziury, kamienie, czyli tutejszy standard. Jackowi zaczyna się marzyć spływ pontonem zamiast jazdy samochodem, zwłaszcza, że jedziemy wzdłuż rzeki i jej nurt po prostu kusi bardzo. W końcu wypatrujemy zjazd nad rzekę. Korzystamy z niego bez wahania z kilku powodów - jest już późne popołudnie, więc już można stanąć na noc i jeszcze odpocząć. No i będzie można przetestować ponton na rzece.
Marzył mi się nocleg tuż nad samym skrajem wody, na kamienistym brzegu, jednak gęsty pas drzew nie pozwolił na zjazd nad wodę. Zostajemy na łące.

Dzień 15.
Chyba ktoś nad nami czuwał, że nie pozwolił nam zjechać nad samą rzekę, bo w nocy gdzieś na jakieś tamie spuszczono wodę i rzeka przywędrowała do nas. Rankiem woda sięgała pierwszych drzew - gdybyśmy zjechali na kamienie, znaleźlibyśmy się w środku nurtu. Jest jeszcze jeden skutek podniesienia poziomu wody - niosąc jakiś muł zrobiła się ona bardzo mętna i nieprzyjemna.
Wspinamy się ponownie na drogę i ruszamy dalej. W pewnym momencie mijamy się z Austriakami, którzy na nasz widok z uśmiechem machają nam, a my machamy im. Takie miłe pozdrowienie na szlaku.
Droga wzdłuż rzeki kończy się kolejnym dziurawym mostem. Przekraczamy rzekę i zaczynamy się od niej oddalać. Jednak po kilku zakrętach znów mamy widok na rzekę. Niezwykły i piękny. Wkrótce też znów wyjeżdżamy na asfalt.
W Kukes głód już wyraźnie nam daje znać o sobie. Zatrzymujemy się pod lokalem z napisem BAR i ledwo wysiadamy z auta, gdy podchodzi do nas jakiś człowiek, pytając, czy jesteśmy Polakami. Gdy potwierdzamy, przemawia do nas całkiem znośną polszczyzną:
- Jak się masz?
Okazuje się, że pracował kiedyś z Polakami i zapamiętał kilka słów. Resztę konwersacji jednak prowadzimy po angielsku, który zna znacznie lepiej niż polski. Pokazał nam knajpę, gdzie można dogadać się po angielsku i jednocześnie dobrze zjeść. Zaprowadził nas do niej i przedstawił właścicielowi. I poszedł sobie. Po udanym obiedzie Jacek tym razem rezygnuje z kawy, bo chce zaprosić na nią tamtego miłego Albańczyka. Po powrocie do samochodu okazuje się, że siedzi on przy nim i pilnuje - bo zostawiliśmy otwarte okna z tyłu. Kawy jednak wspólnie nie wypijamy, bo kończy się pora targowa i bar już zamykają. Albańczyk tylko się uśmiechnął, docenił nieudane zaproszenie i pomachał nam na pożegnanie.
Wyjeżdżamy na asfaltową drogę wijącą się serpentynami wyciętymi wysoko na zboczach gór. Daleko w dole ciągną się zalewy, jeden za drugim. Z góry widzimy stromo ścięte brzegi i nie znajdujemy żadnego zjazdu nad wodę. Mimo, że ta jest niby tak blisko, jednak nie jest nam pisany nocleg nad jej brzegiem.

Dzień 16.
Jedziemy dalej bez śniadania i sprzątania, znajdziemy ciekawszą okolicę na te czynności. Przejeżdżamy skajem Fierze, docieramy do Buriam Curri i nic ciekawego nie znajdujemy. Bierzemy więc tylko pieniądze z bankomatu i tankujemy przed dalszą jazdą.
Wjeżdżamy z w dolinę Valbony. Rzeczka jest śliczna, woda ma cudny kolor, z szumem i rozbryzgami białej piany przelewa się po kamieniach zalegających koryto. Nie ma jej dużo, ale jest połowa sierpnia. Po brzegach widać, że wiosną, to nie jest rzeczka, ale potężna i groźna rzeka.
Głód nas w końcu pokonuje i zatrzymujemy się po prostu przy drodze. Nie wiadomo skąd przyplątuje się psiak. Widać, że zadbany i nie głodujący. Szybko się do nas adaptuje i już po chwili chyba uważa, że należy nas chronić, bo obszczekuje przejeżdżającego drogą konno człowieka. Staje między nami i nim i oznajmia, że tu pilnuje.
Kilka kilometrów przed Valbone bierzemy autostopowicza. Po chwili jazdy szturcha mnie z tyłu w ramię. Odwracam się i widzę garść pełną śliwek.
W Valbone miało być centrum informacji turystycznej na temat Parku Narodowego. No i jest, tyle, że zamknięte na głucho. Nie mając nic lepszego do roboty, ani pomysłu co dalej, jedziemy po prostu przed siebie w głąb doliny.
Tam, gdzie kończy się droga, zaczyna się szlak przez białą kamienną pustynię. No dobrze, może przesadziłam z pustynią, ale znaczna większość dna doliny przypomina wyschnięte koryto rzeki wysypane wielkimi, białymi kamieniami.
Przemierzanie dzikich uroczysk pobudza apetyt, a i czas zrobił już swoje. Zaczynamy więc szukać miejsca, gdzie można by coś zjeść. Przypomniała nam się chata, przy furtce której była tabliczka: "Traditional food". Niestety, z powodu braku prądu nic nam nie mogą przyrządzić i musimy się obejść smakiem i poszukać normalnej restauracji.
Mimo głodu nie zapominamy o przystankach na zdjęcia. Jednym z interesujących miejsc było małe jeziorko ukryte w lesie, między skałami. Podobno można w nim popływać, ale chyba o innej porze roku - gdy poziom wody przekracza wysokość połowy łydki .
Coraz bardziej głodni wyjeżdżamy z doliny, zatrzymując się w każdej napotkanej knajpie. Jest jednak za każdym razem jeden poważny problem - menu tylko po albańsku, nikt nie mówi po angielsku. Nie chcemy znów się nadziać na coś dziwnego, tylko zjeść normalny obiad, więc jedziemy dalej. W końcu w jednej z restauracji gdzieś po drodze znajduje się gość, który właśnie kończy swój posiłek i zgadza się nam pomóc. Dziękujemy za taką pomoc! Jego angielski teoretycznie był całkiem dobry i wydawało nam się, że dobrze wytłumaczył, które danie jest czym. Zamawiamy więc dwa razy mięsko z grilla z frytkami i sałatką i zadowoleni siadamy przy stole. Po chwili kelner przynosi nam łyżki. Łyżki? Do drugiego dania? A gdzie noże i widelce? Po chwili przed nami pojawiają się kamionkowe miski pełne parującej kaszki kuskus z wciąż wrzącym masłem i kawałkami sera.
Upewniamy się, czy na pewno to jest zamówione przez nas danie. Tak, to jest to. A gościa, który nam tłumaczył, już nie ma. Trudno, spróbujemy to zjeść.
Kawałek drogi przed przystanią promową w Fierze mijamy trójkę pieszych wędrowców, taszczących olbrzymie plecaki. Robi nam się ich żal, więc zatrzymujemy się, żeby ich podwieźć i okazuje się, że to nasi krajanie. Docieramy do portu, w którym stoją dwa promy. Żaden jednak nie pływa. Wszelkie rozmowy z obsługą kończą się informacją, że prom samochodowy w tym roku nie pływa wcale. Nasi polscy przygodni towarzysze i tak tu zostają do rana, bo chcą przepłynąć do Koman. My się zastanawiamy co zrobić, a wybór mamy następujący - odpuszczamy całkiem i ruszamy dalej, albo płyniemy rano osobowym tam i z powrotem, dla samej wycieczki.
Jacek wpada na pomysł przepłynięcia jeziora pontonem. Gratuluję pomysłu, ale robimy próbę generalną. Odjeżdżamy kilka kilometrów i spuszczamy ponton na wodę. Jacek płynie, ja wracam do portu samochodem. Tam się spotkamy.
Tymczasem na jednym z zakrętów zaczaiłam się z aparatem na Jacka. Czekając, aż dopłynie do mnie rozglądałam się po okolicy, aż wypatrzyłam na skałce pośrodku nurtu czaplę. Wyciągnęłam więc swoją armatę z chęcią zapolowania, ale zatopiona zostałam w wielkiej chmurze kurzu. Oto obok mnie zatrzymał się wielki klasyczny kamper na włoskich numerach, a mocno zarysowana męska twarz, częściowo przesłonięta ciemnymi okularami, wyjrzała przez okno i coś do mnie mówiła. Początek mi umknął, bo byłam w stanie myśleć tylko o jednym - o rany, Jeremy Clarkson! Po chwili jednak przyszło opamiętanie - co by robił Clarkson w Albanii, w kamperze z włoskimi blachami? Zaczęłam słuchać, o co chodzi.
Państwo zmierzali właśnie na prom i postanowili mnie po drodze spytać, czy ten kursuje i czy mają po co jechać na przystań. Powiedziałam, czego sama się chwilę wcześniej dowiedziałam.
- A może pojedziemy razem i spytamy jeszcze raz? W końcu dwa samochody, to nie jeden - zaproponował włoski sobowtór brytyjskiego dziennikarza.
- OK., to jedziemy. - wsiadłam do samochodu i nie czekając już na Jacka pojechałam za kamperem.
Niestety, pojawienie się nowego chętnego do przeprawy nie zmieniło sytuacji. Czyli wciąż jedyną opcją na kurs po jeziorze to poranny prom osobowy tam i z powrotem. Włoch z żoną i dwiema nastoletnimi córkami ustawili samochód z boku szykując się do kolacji i snu. Do portu przybił też w międzyczasie Jacek, więc poskładaliśmy ponton i też zaczęli się szykować na noc. Aby nie zaspać, bo prom odbija o 6ej rano, wyjątkowo jak na wakacyjne warunki nastawiłam budzik.

Dzień 17.
Gdy poderwał mnie dźwięk melodyjki budzika, za oknami było jeszcze ciemno. Szybkie śniadanie, mycie (ha, tym razem do dyspozycji mieliśmy łazienkę przy barze) i problem - w co się ubrać. Poranek był zimny, więc przydałyby się długie nogawki i coś cieplejszego na górę. Jednak później zrobi się gorąco i trzeba by się było rozbierać i gdzieś trzymać ciuchy, a nie planowałam zabierać za dużo bagażu. W końcu zwyciężyło lenistwo - odrobina chłodu nam nie zaszkodzi, a nie będziemy targać ze sobą dodatkowych ubrań.
Promik osobowy to postawiona na barce buda autobusu. Szybko weszliśmy na pokład po wąskim metalowym trapie. Plecaki naszych nowych znajomych wędrowców wylądowały na dziobie przed samą kabiną. A my na początek wpakowaliśmy się do środka, żeby uciec przed zimnem.
Najpierw wypłynięcie się opóźniało, bo czekaliśmy na jakąś starszą panią. Potem, już po kilku ładnych minutach rejsu nasz kierowca odebrał telefon i zawrócił. Okazało się, że do przystani dotarli spóźnieni (godziny im się pomyliły) dwaj amerykańscy turyści. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy coś takiego byłoby możliwe u nas. Chyba raczej nie, bo często nawet kierowcy autobusów nie chcą sekundy czy dwóch zaczekać i zamykają ludziom drzwi przed samym nosem.
Zza szczytów zaczęło się wyłaniać słońce, oświetlając zbocza i gładką taflę wody, której jeszcze nie burzył żaden powiew. Tylko za nami pozostawał na wodzie szlak kilwateru i rozchodzące się na boki niewielkie fale. Nie było ważne, że to jeszcze nie ta najpiękniejsza część szlaku, po prostu musiałam wyjąć aparat, bo w każdej chwili ten spokój i lustro mogły zniknąć.
To nie prom, ale wodny autobus. Co ciekawe, zabiera ludzi i towary z bardzo dziwnych miejsc. Patrząc z pokładu na wciąż jednakowo dzikie brzegi, nigdy bym nie przypuszczała, że gdzieś tam może być przystanek. Łódź po prostu przybijała do brzegu, opierając trap o kamienie. Kolejni pasażerowie wsiadają witając się z załogą jak z krewnymi (może nimi są?), a ich bagaże lądują na stosie na dziobie. Nikt się nimi dalej nie przejmuje.
Przewodniki porównują rejs Koman do rejsu norweskimi fiordami. I coś w tym jest. Po obu stronach wody wznoszą się albo strome wzgórza, albo kamienne białe ściany. Jezioro meandruje i ma liczne odnogi. Nie znając szlaku można by się zgubić. Co prawda odnogi są ślepe, ale można stracić na błądzenie masę czasu. Płynie się i wydaje się, że przed dziobem jest brzeg i koniec trasy. Po kilku metrach jednak otwiera się z boku droga, wzgórza oddalają się od siebie, robiąc przejście i odsłaniając zakręt. A potem kolejny i kolejny i kolejny.
Słońce jest coraz wyżej i coraz ostrzej świeci.
Do Koman dopływamy ze sporym opóźnieniem. Na nikim to jednak nie robi żadnego wrażenia.
Port to mała przystań z barem i hotelem przy tamie. Droga do miasteczka prowadzi przez tunel. A na brzegu stoi gromada ludzi i kilka samochodów.
Przybijamy i robi się małe zamieszanie. Bagaże są wyrzucane na brzeg i każdy szuka swojego. Żegnamy się z rodakami, którzy po chwili wsiadają do jakiegoś samochodu. Ludzie ładują się do busów. Na pustym pokładzie znów lądują nowe manatki, wsiadają nowi pasażerowie. Tylko my i Włosi wracamy.
Tym razem robię mniej zdjęć, a więcej obserwacji. Zauważam więcej niż rano. Wspomniałam o uściskach i pocałunkach na powitanie, gdy prom zatrzymywał się przy skalistych brzegach po nowych pasażerów? Tak samo się żegnali, gdy ktoś wysiadał. Ludzie wzajemnie sobie pomagają w odszukaniu właściwej torby, czy worka, podają ręce dzieciom i starszym pomagając im bezpiecznie przejść po trapie. Mężczyźni zanoszą na brzeg rzeczy i maleńkie dzieci, by kobiety mogły same spokojnie opuścić pokład.
Widać, że ci wszyscy ludzie są tu sobie bliscy, widać, że tworzą prawdziwą wspólnotę.
Dobijamy do portu i jeszcze zamieniamy kilka słów przy kawie z Włochami. Zastanawiają się, którędy jechać so Szkodry. Miejscowi polecają drogę przez Kosowo i autostradę. My, nie namawiamy, ale informujemy, jak wygląda droga przez góry - kręto, ale normalny asfalt, czyli zwykła droga. W końcu oni ruszają, a my jeszcze zostajemy na małą przekąskę.
W miejscowej restauracji brak miejsc, a nam się nie chce czekać nie wiadomo jak długo. Ruszamy więc z niecierpliwością wypatrując zauważonego wcześniej po drodze hotelu z restauracją. Gdy do niego docieramy, nasi znajomi Włosi już siedzą nad talerzami.
A potem każdy z nas w swoim tempie zmierza nad brzegi Jeziora Szkoderskiego, by znaleźć sobie miejsce na nocleg.

Dzień 18.
Zbieramy się szybko, bo przed nami emocjonująca trasa - jedziemy do Teth, a jeszcze trzeba wcześniej zrobić jakieś małe zakupy. Do wioski Boga prowadzi wąska nitka asfaltu. I jak wszystkie drogi tutaj jest bardzo kręta. Nie da się nią jechać szybko, bo ciężko się minąć, trzeba to robić powoli, nierzadko zjeżdżając na pobocze.
W Boga kończy się asfalt i zaczyna kamienista droga, wspinająca się na przełęcz. Na razie nie ma jakich widoków podziwiać, bo wszystko zasłaniają rosnące przy drodze drzewa. Jednak tam, gdzie tworzy się naturalne okno, otwiera się widok na piękny świat. I groźny.
Jak zwykle jadąc swoim tempem, zatrzymujemy się co chwilę na jakieś zdjęcie, czy piknik. I tak te niecałe 30 km do Theth schodzi baaardzo powoli.
Po drodze mijamy się z busami wiozącymi ludzi. I są to zwykłe stare mercedesy, wcale nie terenowe. Raz mija nas osobówka. I to ma być ta straszna droga tylko dla terenowych twardzieli?
Gdy zjeżdżamy do wioski z daleka widzimy kilka terenówek zaparkowanych obok siebie. Oklejone są przeróżnymi naklejkami. Z tej odległości nie widać rejestracji, ale ja stawiam na Polaków. Nie spotkałam innych offroadowych turystów z tak oklejonymi samochodami.
I mam rację. To ekipa z Polski. Parkujemy między nimi i idziemy się przywitać. Przyjechali tu przed chwilą, właśnie zabierają się za obiadokolację i ruszają w dalszą drogę. Trochę nas to dziwi, bo zaraz zacznie się ściemniać, a oni wyglądali na zmęczonych. Jednak ich trasa, ich wybór. My idziemy na spacer poszukać wodny młyn. I znaleźć sobie jakiś przytulny kącik na nocleg.
Młyn znajdujemy trochę przez przypadek, bo różni się znacznie od naszego wyobrażenia. Koło napędzane wodą, nie sterczy pionowo jak to sobie wyobrażaliśmy, ale ma schowane pod budynkiem, spod którego wypływa strumień lodowatej wody. Kamienna budowla jest zamknięta, a koło zablokowane. Wiele więc nie obejrzeliśmy, ale znaleźliśmy to, co chcieliśmy.

Dzień 19.
Długo leżymy w śpiworach, bo nie chce nam się stać. Patrzymy tylko przez okna na szczyty obserwując wschodzące słońce, oświetlające coraz więcej powierzchni gór. W końcu wstajemy, ale śniadanie planujemy zjeść później, nad wodą, w miejscu, gdzie można się wykąpać (słyszeliśmy o takim miejscu pod mostem).
Zanim jednak opuścimy z Teth jedziemy w dół wioski, do kościoła. Też jest zbudowany w północno-albańskim stylu i na szczęście nikt jeszcze w nim nie zamienił drewnianych klepek na blachę dachową.
Wyjazd z wioski prowadzi przez strumień. Ciekawe miejsce na zdjęcie i może jakiś krótki filmik. Zabieram więc sprzęt i przechodzę przez lodowatą wodę. Łupie w nogi, aż w szpiku w kościach czuję ziąb.
Otwieram kamerę, żeby się ustawić do kadru - i co? I nici z filmowania, bo padła bateria. Zapasowa jest w samochodzie, czyli muszę przez tę lodowatą wodę przejść jeszcze dwa razy. Jeszcze jeden taki spacer, a odpadłyby mi chyba odmrożone nogi.
Droga jest wrednie kamienista. Nie ma szans jechać szybciej niż 20 km/h, a czasem i to jest szczytem marzeń, chyba, że ktoś zupełnie nie szanuje swojego pojazdu. Po jakimś czasie docieramy do drugiego mostu - z daleka już widać, że jest głębina i nawet już ktoś się tam kąpie. Jak się okazuje, to znów nasi rodacy. Zamieniamy kilka słów , wspominają nasze artykuły o Islandii i od razu nam się robi cieplej koło serca, że ludzie wciąż je pamiętają.
Przebieramy się szybko i sami schodzimy nad brzeg. W tym żarze lejącym się z nieba nie przeszkadza mi, że woda jest tak samo lodowata jak ta rano. Zanurzyć się w tej orzeźwiającej kąpieli to jak wkroczyć do raju. Jednak ochłoda działa krótko - zaraz po wyjściu na brzeg słońce robi swoje i znów jest gorąco. I znów człowiek marzy o zanurzeniu się w lodowaty nurt. Niestety, nie da się jednak siedzieć w tym jednym miejscu za długo. Czeka nas dalsza droga.
Droga robi się bardziej kręta. I dalej jest wrednie kamienista i tak samo wąska. W takich warunkach kilka razy przychodzi nam się mijać z ciężarówkami wyładowanymi drewnem.
Po około 50 km od Teth pojawił się asfalt. Jacek jest zachwycony. Stwierdza, że już więcej go nie opuści, tak bardzo ma dość tej kamienistej trzęsawki.
Teoretycznie można przyspieszyć. Jednak czasem tempo jazdy dyktuje wlokąca się przed nami kolejna IFA. I jeszcze jeden spowalniacz podróży - kąpielisko, które znów kusi ochłodą. Woda nie jest już tak zimna, jak wyżej w górach, więc pławimy się dłuższą chwilę.
Jakoś wcześniej nic nie zjedliśmy, więc w Szkodrze szukamy knajpki, by spożyć obiadokolację. Po zaspokojeniu jednej z podstawowych potrzeb, zaspokajamy też tę związaną z poczuciem estetyki - oddajemy Potwora w ręce pracownika myjni.
Jacek, jak to zwykle on, usilnie pomaga w myciu samochodu, czym wzbudza sensację, bo coś takiego nie jest tu praktykowane. Nie należy odbierać ludziom ich pracy. Zostawia więc w spokoju ścierkę i za to wdaje się w rozmowę z Albańczykiem. Jak zwykle były standardowe pytania, jak nam się w Albanii podoba.
- Albania jest piękna. I ludzie są bardzo mili i przyjaźni. - zadeklarował Jacek, zupełnie zresztą szczerze.
- Chyba tylko dla turystów! - usłyszał w odpowiedzi śmiech.

Dzień 20.
Noc była straszna. Ani od jeziora, ani od gór nie szedł żaden chłód. Lekki wiaterek był gorący, było duszno i do tego cięły komary. Po czymś takim nawet poranna kąpiel w jeziorze była marnym pocieszeniem.
Tuż po ósmej stajemy w kolejce do granicy. I tak jak nas uprzedzano, wzdłuż sznura samochodów snuje się grupka Cyganów, którzy żebrzą. Przejechaliśmy bez takich "atrakcji" cały kraj, a tu na zakończenie pukanie w szybę i wyciąganie rąk.
Uff, wystaliśmy się godzinę, ale za to na samym przejściu poszło szybko - paszporty odebrał od nas Albańczyk, a oddał nam Czarnogórzanin. I już - jesteśmy w Czarnogórze.
Zjeżdżamy z głównej drogi na trasę z widokami na Jezioro Szkoderskie. Widoki mogłyby być wspaniałe, gdyby powietrze było przejrzystsze. Pogoda niby wspaniała, ale w powietrzu unosi się dym, rozprowadzany lekkim wiatrem z licznych mini-pożarów tlących się na wielu zboczach.
Jedziemy do Baru i Jacek pyta ze śmiechem, czy dają tam piwo. Tak, pewnie w każdej knajpie.
Samo miasto Bar nas nie interesuje. Chcemy zobaczyć Stary Bar, czyli pozostałości średniowiecznego miasta. Zupełnie nietypowo miasto zamiast się zmieniać i rozwijać, zostało opuszczone. Rzecz jasna z czasem popadło w ruinę i teraz to już naprawdę tylko pozostałości.
Spacerując w plątaninie wąziutkich uliczek między porośniętymi murami i mając w pamięci różne starówki cały czas tętniące życiem, można sobie wyobrazić jak Stary Bar kiedyś wyglądał.
Po zejściu z miasta duchów do żywej cywilizacji i podtrzymaniu naszego życia przy pomocy sutego obiadu, ruszamy na poszukiwania najstarszego drzewa w Europie - około 2-tysiącletniej oliwki. Do pewnego miejsca są jasne drogowskazy, które jednak w pewnym momencie znikają. Chcąc zapytać o drogę zatrzymujemy się na jakimś małym parkingu. I okazuje się, że przez przypadek stoimy praktycznie pod naszym celem.
Rzeczywiście stara oliwka wygląda jak zlepek kilku rosnących razem drzewek. Jednak zgodnie ze standardami dotyczącymi oliwek, to jest to jedno drzewo. Łączna długość obwodu to 10 m. I drzewo wciąż żyje i wciąż owocuje.
Upał nas zaczyna dobijać, jedziemy więc na Wielką Plażę, żeby trochę odpocząć w cieniu sosen i chłodnych falach. Po drodze jednak mijamy ciekawe miejsce. Zatrzymujemy się, żeby zerknąć z bliska co to za dziwne konstrukcje na kanale.
Na skleconych z desek pomostach stoją budy, a z nich wyrastają drewniane ramiona, na których zawieszane są sieci. Wszystko wygląda tak, jakby ktoś wziął patyki i deski, jakie znalazł przy drodze, powiązał je sznurkiem, kablem, łańcuchem - czyli znów tym, co miał akurat pod ręką. Na konstrukcję składają się zarówno drewniane słupy, jak i nieokorowane i nie pozbawione gałęzi pniaki młodych drzewek.
Nie wiem, czy ktoś jeszcze tego używa do połowu ryb i czy sieci pracują. Tych kilka stojących w kanale konstrukcji było pustych i bez sieci. Ale może to akurat tylko taka pora?
Znaleźć dziki kawałek plaży to zadanie nie do zrealizowana w tej okolicy. Dlatego decydujemy się po prostu na jedną z plaż. Samochód staje w przyjemnym cieniu sosen, a my do dyspozycji poza morzem dla ochłody, mamy też toaletę i prysznic. Szkoda tylko, że nie ma tu złotego piasku, tylko szary pył.

Dzień 21.
Pół dnia plażowania.
Około 13ej ruszamy dalej. Głodni i bez zapasów. W Ulcinj nie ma gdzie stanąć, przez Bar tylko przemykamy. Po drodze mijamy Czerwoną Plażę, jednak nie wygląda ona jakoś specjalnie. Mała, zatłoczona, kamienista. Skały wcale nie są czerwone, tylko normalnie szare. Tylko kamienie na plaży mają nieco czerwieni. Jednym słowem (do dobrze, dwoma) - żadna rewelacja.
Zgodnie z przewodnikiem można zwiedzić hotelową wyspę Sv. Stefan, która opiewana jest najbardziej fotogenicznym miejscem w Czarnogórze.
Fotogeniczne z całą pewnością jest z góry, z drogi, ale też i o innej porze dnia. Teraz pod słońce wszystko jest przymglone i poszarzałe. I do tego wyspa od 2005r. jest zamknięta dla turystów, z wyjątkiem tych, którzy mają zarezerwowane noclegi w jednym z jej hoteli. Finito. Strażnicy przy wejściu na mierzeję nie przepuszczą nikogo.
Po raz kolejny przekonujemy się, że data wydania przewodnika nie jest absolutnie żadną gwarancją aktualności zawartych w nim informacji. Po prostu przedrukowuje się bez sprawdzania stare dane i nikt tego w żaden sposób nie weryfikuje.
Trudno, po kilku minutach postoju płacimy za parking i wspinamy się ponownie na drogę i odjeżdżamy od morza w kierunku Parku Narodowego Lovcen. Ze szczytu Jezierny Vierch podobno widać z jednej strony Jezioro Szkoderskie, a z drugiej Zatokę Kotorską. Sprawdzimy to rano.

Dzień 22.
Prawie całą noc czuliśmy się bombardowani. Jakieś stworzenia urządziły sobie nocną imprezę na gałęziach drzewa nad Potworem i zrzucały nam na dach łupiny. Łup. Stuk. W końcu Jacek otworzył drzwi i wyjrzał na zewnątrz płosząc nadrzewnych imprezowiczów. W końcu bombardowanie ucichło.
Wjeżdżamy na szczyt Jeziernego Vierchu, to znaczy na ostatni parking pod szczytem. Na punkt widokowy trzeba się wdrapać po znikających w tunelu schodach. Wiodą one najpierw do może nieco dziwnego, ale w swojej prostocie nawet ładnego Mauzoleum Piotra II Petrowicia Niegosza.
Za wstęp oczywiście trzeba zapłacić. Powstał jednak drobny problem - my nie mamy odpowiedniej kwoty drobnych, pan kasjer nie ma wydać. Jednak znajduje proste rozwiązanie: - Dwa studenckie, tak? - i wydaje nam bilety ulgowe, mimo, że studia pokończyliśmy już dawno temu.
Aby dostać się na punkt widokowy, z którego widać jednocześnie i Bokę Kotorską i Jezioro Szkoderskie, trzeba przejść przez Mauzoleum. Po jego drugiej stronie wychodzimy z cienia w rozświetlony słońcem, ale i przymglony krajobraz. Przez to niemijające zadymienie obietnica krajobrazu pozostaje niespełniona. Szary opar spowija horyzont z każdej strony i nie jesteśmy w stanie dostrzec ani jeziora, ani zatoki.
Zjeżdżamy w stronę Kotoru i dopiero po drodze otwiera się widok na Zatokę. Zjeżdżamy poniżej poziomu dymu i widoczność się od razu poprawia.
Siedzimy w kafejce, jednej z niezliczonych na starym mieście Kotoru. Jacek sączy kawę, za moimi plecami siedzą grajkowie i grają. Sielsko, anielsko. Starówka jest bardzo ładna, jest gdzie pospacerować. Jest też jednak typowo turystyczno-wakacyjnie. Przez wąskie uliczki przelewa się wycieczka za wycieczką, a między nimi tłum indywidualnych turystów.
Z Kotoru jedziemy do małej wioski Gornja Lastwa. Według przewodnika w tej kamiennej osadzie wciąż tłoczy się olej z oliwek w tradycyjny sposób, w drewnianym młynie. Tak mówi przewodnik. A jaka jest rzeczywistość? Zaraz się przekonamy.
Na wjeździe do wioski stoi kilka małych busów. Gdzieś z oddali dochodzi nas muzyka i gwar. Ewidentnie jest tu gdzieś impreza. Poza tym raczej nikogo nie widać, a pierwszy dom z brzegu to kompletna ruina bez dachu.
Za głosem muzyki idziemy do gospody, gdzie trwa impreza. Przy stołach siedzą i jedzą i piją włoscy turyści (jak się później okazało). Trzech muzyków gra, ktoś tańczy, na stoiskach z pamiątkami stoją różne drobiazgi, wszystkie wykonanie ręcznie w Czarnogórze. Dzięki koszulkom z logo szybko odnajdujemy pracowników tej gospody. Na cel bierzemy młodą dziewczynę, zakładając, że będzie mówić po angielsku. I nie mylimy się, chociaż ona sama twierdzi, że mówi słabo.
Pytamy ją o ten młyn do oliwy, bo sami jakoś go nie widzimy. Okazuje się, że młyn faktycznie nadal jest, ale od lat 9poza wyjątkami) nie pracuje. Nie ma za to problemu z obejrzeniem go. Nasza nowa znajoma o imieniu Matea wciela się w rolę przewodnika i prowadzi nas przez kościelny plac do niepozornego budynku na tyłach świątyni.
Wewnątrz stoi drewniana konstrukcja prasy do wyciskania oliwy z oliwek i kołowrót napędzający olbrzymie kamienne koło do miażdżenia oliwek, pochodzące z ok. XVw. Matea pokazuje nam jak prasa działała. Dziewczyna, choć młoda i chyba jeszcze się uczy, mówi, że jak była mała, to obie maszyny pracowały, co sama widziała. Od lat jednak młyn wprawiany jest w ruch raz w roku przy okazji wielkiego festynu, na który się już w tym roku nie załapaliśmy.
Matea pochodzi z Gonej Lastwii, jednak po trzęsieniu ziemi lata wstecz, większość zabudowań uległa znacznemu uszkodzeniu. Koszty odbudowy w połączeniu z kosztem doprowadzenia elektryczności i bieżącej wody, okazały się za duże. Mieszkańcy wyprowadzili się na dół, na wybrzeże. Teraz Gornja Lastwa ma tylko jednego stałego mieszkańca. Część domów jest odremontowana i służą swoim właścicielom jako domki letniskowe.
Prąd doprowadzony jest do gospody, będącej w rzeczywistości także domem kultury i muzeum w jednym i kościoła, w którym co niedzielę odbywają się msze. Przybywają na nie prawie wszyscy dawni mieszkańcy wioski, w tym Matea. Na co dzień studiuje, a do tego pracuje w domu kultury Gornej Lastwii.
Gdy nasza przewodniczka opowiada nam to wszystko, turyści odjeżdżają. W wiosce robi się cicho, trwa tylko krzątanina przy sprzątaniu. Jeszcze rzutem na taśmę zamawiamy kawę i sok, a do tego dostajemy gratis miseczkę mini-pączków z rodzynkami, taki lokalny przysmak.
Turystów już nie ma, ale jeszcze zostali grajkowie. Jacek łapie za gitarę (oczywiście pytając o pozwolenie jej właściciela) i znów okolicę wypełnia muzyka. Ludzie przyklaskują, a jeden ze starszych muzyków wyciąga swój instrument i już grają w duecie. Długo to nie trwa, bo i muzycy zbierają się do wyjazdu.
Okazuje się, że generalnie wioska jest opustoszała, a gospoda - dom kultury ożywa tylko wtedy, gdy odbywa się tu doroczny festiwal lub gdy do Kotoru zawinie włoski wycieczkowiec i część turystów skorzysta z oferty poznania lokalnego folkloru. A taka okazja zdarza się 2 do 3 razy w miesiącu!
W wiosce zrobiło się cicho i pusto, gdy tylko zniknęło za zakrętem ostatnie auto. Zostaliśmy tylko my i zarastające ruiny domów. Lecz i my zebraliśmy się do dalszej drogi.
Wracamy na dół i szukamy sobie przyjaznej plaży, czyli takiej, przy której znajdzie się jakiś parking, żebyśmy mogli zatrzymać się na chwilę i zażyć popołudniowej morskiej kąpieli. Półwysep jest górzysty, a zbocza schodzą do samego brzegu, wybrzeże zabudowane jest wioskami i miasteczkami aż po skraj wody. Rolę plaży najczęściej spełniają betonowe mini-mola. Trudno w takich warunkach o normalną plażę.

Dzień 23.
Rano kilka minut nad mapą i zapada decyzja, że jedziemy w głąb lądu. Wracamy więc do Kotoru. Tym razem jednak nie wjeżdżamy do miasteczka, ale ruszamy na dawny szlak z Centije, obecnie opisywany przez przewodnik jako jedna z najpiękniejszych tras Europy. Cóż, nie wiem kto pisał ten przewodnik, ale gust ma dość dziwny, albo poza Czarnogórą nie widział innego kraju europejskiego na oczy.
Szybko docieramy do Podgoricy, trochę nas dziwią aż tak puste ulice stolicy, ale w końcu jest niedziela, do tego ścisłe centrum mijamy bokiem. Dla nas nawet to lepiej, bo nie tkwimy w korkach, ale sprawnie przejeżdżamy przez miasto.
Kanion rzeki Moraca chyba jest ładny. Chyba, bo z drogi niewiele widać. Wprawdzie są dość liczne miejsca postoju, ale z nich tym bardziej nic nie widać. Wszystko zasłaniają olbrzymie i gęste krzaczory, które zbitą ścianą odgradzają podróżnych od krajobrazów. I znów z opisem trasy zgadzają się tylko przebite w skałach tunele.
Nic więc dziwnego, że szybko pokonujemy przełom rzeki i zaczynamy rozglądać się nie za widokami, ale za obiadem.
Kontynuujemy jazdę na zachód krętymi drogami (a są tu w ogóle jakieś inne???). Chcemy od zachodniej strony wjechać w Durmitor. Po drodze okazuje się, że kierowca, czyli ja i pilot, czyli Jacek chcieliśmy jechać zupełnie różnymi trasami i ostatecznie sami nie wiemy, gdzie jesteśmy, bo chyba nam się drogi poplątały. Sytuacja klaruje się wieczorem, gdy udaje nam się zjechać nad brzeg zalewu, co nie jest proste, bo zazwyczaj do zalewów nie ma dostępu.
Na pierwszy rzut idzie kąpiel w błękitnej wodzie przy zachodzącym słońcu. Aby nie było zbyt romantycznie, kilka pierwszych metrów musimy przebić się przez unoszącą się w wodzie glinę. Dopiero dalej woda się klaruje.

Dzień 24.
Pobudka dziś wyjątkowo późno, bo o ósmej. Tak dobrze nam się spało, że aż wstać było ciężko. Śniadanie próbowaliśmy zjeść na kocu - taki piknik na dzień dobry. Jednak wiatr porywał nam jedzenie i znów zamiast romantycznego posiłku, była walka o przetrwanie, by nie umrzeć z głodu.
Zrobiło się chłodno i wieje silny wiatr. Słońca praktycznie nie widać z za chmur. A my się wybieramy w góry.
W miarę wspinania się, chmurzy się coraz bardziej i nawet zaczyna kropić drobny deszczyk. W chmurach, w które wjechaliśmy, niewiele widać, robi się coraz zimniej. Ja już rano ubrałam się cieplej, Jacek dopiero teraz zamienia szorty na długie spodnie. A to już coś znaczy - że jest naprawdę zimno.
Los nam jednak odrobinę sprzyja, bo coraz częściej pojawiają się w chmurach dziury, przez które wygląda słońce. Jego plamy na zboczach same zdają się świecić. W okolicach przełęczy (1907 m n.p.m.) warunki do zdjęć robią się praktycznie idealne. Górski krajobraz łagodnych pagórków, poprzetykanych stromymi, olbrzymimi ścianami skalnych szczytów urozmaicają drewniane chaty pasterzy i stada owiec, koni i bydła.
Za przełęczą droga się wypłaszcza i już szybko docieramy do Żabljaka. Na wjeździe zatrzymuje nas jakiś człowiek i dopytuje o Honkera. Mówi, że się w nim zakochał i chce go kupić.
- Jaka cena? Ile euro?
- My też go kochamy i nie jest na sprzedaż. - po naszej odpowiedzi wydaje się być niepocieszony.
Po obiedzie, na który zjedliśmy cicvarę, jedziemy szukać Czarnego Jeziora. Okazuje się, że znaleźć je nie jest trudno, bo stanowi jedną z atrakcji parku narodowego. I oczywiście trzeba zapłacić za bilety wstępu, a dla Potwora bilet parkingowy. Trochę pokręciliśmy nosami na takie rozwiązanie - raczej myśleliśmy o jakimś dzikim zakątku. Jednak ostatecznie, skoro już tu dotarliśmy, to postanowiliśmy się przespacerować.
Na pocieszenie słońce już całkiem wyszło zza chmur i przygrzewa. Z uporem maniaka wypatruję jakichś dzikich stworzeń (żółw mi się zwłaszcza zamarzył), jednak wkoło tylko przedstawiciele homo sapiens, a niektórzy z nich nawet kąpią się w chłodnych wodach jeziora.
Nie do końca wiem, czemu Czarne Jezioro zostało nazwane Czarne (owszem czytałam o tym), skoro woda odbijająca błękit nieba jest jak ono niebieska.
Rozglądamy się za możliwością raftingu (czy raczej o tej porze roku - łagodnego spływu Tarą). W Żabljaku jest kilka firm oferujących swoje usługi w tym zakresie. My raczej jednak chcemy się zorientować, gdzie i jak możemy popłynąć swoim pontonem. Nie jest to jednak taka prosta sprawa. Bo o ile miejsce startu jest łatwe (leży przy głównej drodze), to nie bardzo wiemy jak znaleźć miejsce lądowania, w które możemy podjechać samochodem. Zresztą taki spływ w naszym przypadku możliwy by był jedynie dla jednej osoby - druga osoba musi te kilka kilometrów od startu do mety przejechać samochodem, żeby zgarnąć pontoniarza i ponton.
Postanowiliśmy przespać się z tym tematem i póki co ruszyliśmy w góry, żeby znaleźć sobie jakiś spokojny zakątek na noc.
Jedziemy, jedziemy, aż kończy się asfalt, więc jedziemy dalej. Mijamy jedną wioskę i drugą. W pewnym momencie mijamy jakąś kobietę, a droga przed nami się kończy zabudowaniami. Zawracamy, a kobiecina pnie się powoli już w naszym kierunku. Zabieramy ją więc ze sobą.
Mówię jej, żeby powiedziała, gdzie chce wysiąść. Ona tylko się śmieje.
- Jak pani nie powie, to my nie będziemy wiedzieć i zabierzemy ze sobą. Do Polski.
- Oj nie nie! - znów śmiech. - Aż taka daleko nie chę!
Podwozimy ją kawał drogi, aż w końcu postukała mnie w ramię i wskazała - to tu.
Zatrzymujemy się pod furtką, a siedzący na podwórku ludzie ze zdziwieniem patrzą na Potwora i na mnie, jak wyskakuję z kabiny i pędzę na tył, żeby wypuścić naszą pasażerkę. Żegnamy się i wsiadam ponownie do samochodu, gdy gospodarz woła mnie i Jacka.
- Chodźcie na kawę!
Tylko sekunda zawahania i wysiadamy. Jeszcze tylko minuta zamieszania z przestawianiem i dostawianiem krzeseł i już siedzimy w sporym gronie przy niewielkim stoliku. Gospodarz z sąsiadem zadają masę pytań i sięgają po kieliszki. Gospodyni wyczarowuje mocną kawę. Ja wymawiam się od alkoholu, ale Jacek daje się namówić na skosztowanie "domaćnej rakii". Jacek w końcu odważnie wypija kieliszek , po chwili na twarzy ma uśmiech wymieszany z kwaśną miną. Kwaśna mina była pierwsza, na wspomnienie bimbru, ale uśmiech wykwitł po zasmakowaniu. Zachęcony i komplementowany gospodarz nalewa kolejny kieliszek.
Na stole ląduje talerz z kawałkami sera - też"domaćnyj". I pajdy świeżo upieczonego chleba. I zsiadłe mleko - też własne, od własnej krowy (właśnie w tej chwili córka zagania kilka sztuk bydła z pastwiska do obory). Jednym słowem same pyszności. Już nawet nie pamiętam, kiedy takie dobre rzeczy jadłam. W naszej "rozwiniętej cywilizacji zachodu" naturę zastąpiła chemia, która tak smaczna nie jest.
Sporo rozmawiamy - my po polsku, oni po czarnogórsku, czasem ktoś wtrąci jakieś rosyjskie słowo i się całkiem dobrze rozumiemy. My interesujemy się ich życiem, oni naszym i naszym samochodem. Panowie z uznaniem kiwają głowami nad reduktorem i blokadami. Panie z zachwytem oglądają wnętrze i rozkładane ławki.
Siedzimy, jemy, pijemy, rozmawiamy. W końcu biorę aparat i pstrykam kilka pamiątkowych zdjęć. Proszę gospodarza o adres, żebym mogła później przesłać odbitki. Zapraszają nas, byśmy zostali na noc. Ale jakoś nam tak dziwnie - dwie jednoizbowe chaty i trzy rodziny. I jeszcze my na dokładkę? Jakoś tego nie widzimy. Wymawiamy się rzecznie i zbieramy do odjazdu. Bo krówki już z pola wróciły, ale oporządzić ich nie ma kto, bo wszyscy z nami siedzą. I nikt przez nas nie myśli o wieczornych obowiązkach.
Na drogę zostajemy obdarowani wielką siatą śliwek i gruszek. Chyba już do końca wyjazdu nam ich wystarczy.

Dzień 25.
Od rana jesteśmy rozdarci - co robić z tym nieszczęsnym spływem? Póki co jedziemy wzdłuż rzeki, aż docieramy do miejsca startu. A tam siedzi sobie w mundurze strażnik parkowy i kasuje za zwodowanie kajaka, czy pontonu. Pytamy o ceny i po chwili zastanowienia i przeliczenia wszystkich za i przeciw, wychodzi nam, że jednak opłaca się zapłacić firmie i mieć z Glowy problem logistyki. Wracamy pod most nad Tarą, gdzie jest biuro i miejsce zbiórki.
Po chwili przebrani i uzbrojeni przez siebie w aparat, a przez pracowników firmy w kaski ładujemy się do wnętrz kilku starych defów. Na ich dachach już są przymocowane nasze pontony. Jeszcze kilka minut i wsiadamy na pokład. Nasza ośmioosobowa załoga jest międzynarodowa - jesteśmy my z Polski, są Włosi i Francuzi. I rzecz jasna nasz czarnogórski sternik i przewodnik w jednym.
Jak to latem bywa, stan wody jest niski, więc trudno tak naprawdę ten spływ nazwać raftingiem. Toczymy się leniwie razem z nurtem, a kilka miejsc, gdzie woda bystrzej przelewa się przez kamienie, wywołuje śmiech i żartobliwe okrzyki:
- Och! Uwaga, będzie ostro!
Troszkę zakołysało, odrobinę chlupnęło, ciut prysnęło. I znów spokojny nurt, któremu trzeba pomóc wiosłami.
Doganiamy jakiś inny ponton. A że na pokładzie same bojowe dusze, nie zważając na czyhające niebezpieczeństwa uderzamy burta o burtę z międzynarodowym okrzykiem, różniącym się tylko nieco akcentem:
- Abordaż!
Ktoś pochwycił linkę na ich burcie i już się holujemy. Na szczęście zaatakowani jakoś nie pomyśleli o możliwości użycia wioseł w obronie i wszystko kończy się jedynie salwą śmiechu.
Mały przystanek na podziwianie wodospadu. Niestety - wodospad w cieniu. Ale to nic w porównaniu z tłumem ludzi. Co chwila do mini-plaży przybija i odbija kolejny ponton.
Po dotarciu do mety wszyscy (poza mną, bo wzięłam na siebie niezwykle odpowiedzialne i ciężkie zadanie fotografa) pomogli wynieść ponton z wody i załadować na dach "naszego" defendera. Po tak ciężkim zadaniu i po rejsie każdy z nas otrzymał obiecaną kanapkę i napój. Po tym małym lanczyku wsiadamy do samochodu i wracamy do bazy przy moście.
Kontynuujemy naszą podróż jadąc na wschód wzdłuż Tary. Nasz kolejny cel to Biogradski Park Narodowy. Do wjazdu na teren Parku prowadzi wąski mostek nad Tarą, potem jeszcze jeden zakręt i … szlaban. Przy szlabanie pani strażniczka. Zapytałam ją głupio, czy mówi po angielsku, na co usłyszałam:
- Tu jest Montenegro, więc żaden angielski, tylko montenegro.
- Ok., może być Montenegro, a ja w takim razie po polsku! - na szczęście da się nam nawzajem zrozumieć.
Pani strażnik pobiera opłaty za wjazd na teren Parku - 2 EUR za osobę. O samochodzie nie ma ani słowa. I jest to opłata tak naprawdę za dojazd asfaltem do jeziora.
- A dalej? - pytam. - Żeby przejechać samochodem na drugą stronę parku?
- Można dżipem jechać. Opłata 20 EUR za dżipa. Dać bilet?
20 EUR?! Za możliwość katowania własnego samochodu po górskich drogach? Na razie dziękujemy. Dojedziemy do jeziora, a tam się rozejrzymy i zastanowimy co dalej.
Gwar kampingu nad jeziorem świdruje nam w uszach, a umcy-umcy z jakiegoś odtwarzacza wibruje między drzewami. Oj, nie posiedzimy tu długo. Zabieramy mapę i idziemy do siedzących na skraju mola kilku strażników parkowych.
- Przepraszamy, mamy pytanie. Czy możemy przejechać tą drogą przez park? - pytam pokazując na mapie szary szlak.
Jeden ze strażników uśmiecha się szeroko i odpowiada:
- Waszym samochodem wszędzie możecie przejechać!
- Nawet na księżyc moglibyście pojechać! - koledzy podejmują temat rechocząc wesolutko. Uśmiechamy się i my i drążymy temat.
- Ale czy możemy tam pojechać? W sensie, czy wolno nam tam pojechać?
Nie naprowadzamy w żaden sposób na kwestię dodatkowej opłaty, czekając na jakiś ruch z ich strony.
- Spokojnie. Szlak zaczyna się tam - wskazanie dłonią kierunku - między drzewami. Jest oznakowany, więc nie powinniście zabłądzić. Zresztą droga się nie rozwidla.
Jeszcze kilka słów na temat samochodu i żegnamy się uśmiechami. Nikt nic nie każe nam płacić, więc spokojnie wsiadamy do samochodu i ruszamy między drzewa.
Uf, za nami zostają okropne dźwięki i wielobarwny tłumek. Nad nami zielony tunel, przed nami ostro wspinająca się na zbocze wąska droga. Tak wąska i z tak ostrymi zakrętami, że prawie wszystkie musimy brać na dwa razy, bo Potwór nie mieści się w zakręcie na raz. Kilka pozostałych bierzemy na trzy. Aż wyjeżdżamy z lasu i droga też nam się nieco prostuje. Do tego robi się widniej. Późno-popołudniowe słońce oświetla szczyty łagodnym światłem, a bliski pełni księżyc srebrzy się nad skałami. Wygląda nieco widmowo na tle bladoniebieskiego nieba. Tarczę przecina uskrzydlony punkt - sięgamy od razu po lornetkę i teleobiektyw.
Krajobraz się nam nieco poszerza i wywłaszcza - przed nami otwiera się schowana między szczytami niby-dolina. Pośrodku stoi chata, kilkaset metrów dalej w głąb kolejna. Kątem oka widzimy, jak w oddali znika kilku jeźdźców, ale za to tuż przy samej drodze pasą się dwa konie. Jeden w miarę spokojnie skubie trawę (później okazało się, że to uwiązana klaczka), drugi hasa wkoło jak źrebak, pięknymi susami przeskakując niewidoczne dla nas przeszkody. Na nasz widok jednak zaprzestaje harców i spogląda na samochód.
My też się zatrzymujemy. Wszyscy jesteśmy siebie ciekawi, chociaż ogier okazuje się na początku nieco nieufny. Wyciągamy podarowane nam wcześniej gruszki i pierwsze lody zostają przełamane. Ogierek okazuje się takim łasuchem, że bez wstydu upomina się o kolejne smakołyki. Gdy owoce się kończą, ten brązowy drań skubie Jacka nogawki i sięga do rąk. Niestety, nic więcej już dla niego nie mamy. Do mnie się nie zbliża, bo na niego tupię - wolę nie zaliczyć bliskiego spotkania z jego zębami, więc od razu go odstraszam.
Słońce zaczyna powoli chować się za szczytami, robi się coraz chłodniej. Nie wiemy, jak daleka jeszcze nas czeka droga, więc postanawiamy spędzić noc na polanie.
Najbliższa chata okazuje się być kawiarnią prowadzoną przez młodą dziewczynę o imieniu Miloš i jej brata. Grzecznie pytamy, czy możemy zaparkować obok na noc. Gdy otrzymujemy pozwolenie, zasiadamy na ławie na niewielkim tarasie i zamawiamy po gorącej herbacie. Na szczęście mamy tu nawet spory wybór - zielona, ziołowa i owocowa. Zanim ją dopijamy robi się całkiem zimna, temperatura spada bardzo szybko. Nic dziwnego - jesteśmy gdzieś w okolicy 1800 m n.p.m.
Póki widno szykujemy nasz apartament i krzątamy się każde przy swoich zajęciach. W końcu ja siadam przy stole z notesem i laptopem, a Jacek bawi się z koniem. Ogier krąży nieustannie od klaczy do Jacka. Gdy tylko zbiera mu się na amory za bardzo, dostaje mocnego kopa (niekoniecznie w zad) i obrażony idzie zaczepiać Jacka. A to łasi się jak pies, chodzi za nim krok w krok, a to próbuje podszczypywać po rękach i nogach. Gdy Jacek ma go dość, to odgania go od siebie. Wtedy ogier przypomina sobie o klaczy i znów uderza w amory. I tak w kółeczko.
Miloš zaprasza nas do środka, żebyśmy nie marźli. Sądząc, że zaprasza nas do wnętrza kawiarni zabieramy graty (notes, aparat, laptopa - zabierałam się za zgrywanie zdjęć z aparatu) i wchodzimy. Stanęłam na chwilę w progu zaskoczona, bo okazało się, że to wnętrze domu, nie kawiarni, ale popchnięta delikatnie przez gospodynię weszłam do wnętrza.
Rozsiedliśmy się na kanapie i fotelach i zaczęła się pogawędka. W językach mieszanych - trochę po polsku, trochę po czarnogórsku, trochę po angielsku, bo Milos, chociaż angielski trochę zna, to nie za dobrze się z nim czuje. Okazało się, że znacznie lepiej idzie jej z francuskim, który bardzo lubi i bardzo dobrze zna. Nawet wybiera się na studia do francuskojęzycznego kantonu Szwajcarii na studia. To jednak od jesieni, na razie siedzi w górach i prowadzi małą knajpkę dla turystów, mieszkając całe lato w dawnym domu swoich rodziców, którzy już dawno wyprowadzili się do miasta.
Widać było, że dziewczyna czuje się nieco osamotniona i tęskni za towarzystwem, bo chociaż nam się oczy już zaczynały kleić, to nie chciała nas wypuścić i wyglądało na to, że może z nami siedzieć i gadać chociażby do rana.

Dzień 26.
O ile sobie przypominam, tak zimną noc przeżyliśmy wcześniej tylko w Islandii. Okutałam się wieczorem jak tylko mogłam, a i tak ziąb nie dał mi się wyspać. A gdy już udało mi się jakoś zasnąć, to obudziło nas dziwne kołysanie samochodu.
- Co robisz? - spytał mnie rozespany Jacek.
- Ja? - byłam zdziwiona i przez chwilę nie umiałam otworzyć oczu. - Nic, śpię.
Kołysanie się powtórzyło, więc unieśliśmy głowy, żeby wyjrzeć przez okno. I okazało się, że sprawcą bujania był znudzony ogier, który podszedł do samochodu i pocierał bokiem o kangurzycę. Nie wiem, czy aż tak się nudził, czy tak bardzo go skóra swędziała. Bo chyba nie uznał Potwora za obiekt swych końskich zalotów - przynajmniej mamy taką nadzieję.
Po takiej nocy zafundowaliśmy sobie ciepłe śniadanie. Miloš jeszcze spała, ale jej brat już był na nogach i ruszał gdzieś w góry.
Zanim się pozbieraliśmy, wciąż w asyście konia, który łaził za Jackiem jak pies, trochę się ociepliło. Słońce wstało i świeciło już w całej dolince. Miloš też już wstała i mogliśmy się pożegnać.
Zaczyna się jazda połoninami. Dokoła widoki na sąsiednie zbocza, szczyty, doliny, ciemne plamki jeziorek. Nad głowami latają nam drapieżniki. Chyba sokoły, ale specami nie jesteśmy i ciężko nam z daleka rozpoznać.
Droga jest różna - raz gładka, raz koleiny i wyrwy, trochę kamieni. Jednak Jackowi podoba się bardziej niż albańskie trasy, którymi jeździliśmy.
Na jednym z punktów widokowych napotykamy kawalkadę samochodów wiozących rosyjską wycieczkę. Gdy podjeżdżamy wszyscy panowie zostawiają Czarnogórca z jego koniem i otaczają Potwora. Uważam, że nieco bezczelnie, bo zupełnie bez pytania otwierają sobie sami wszystkie drzwi i zaglądają do środka. Przynajmniej im się podoba.
Rozjeżdżamy się każdy w swoją stronę, ale jak się okazuje nie na długo. Znów się spotykamy pod wojskową stacją bazową. Rozciąga się stamtąd piękny widok, nic więc dziwnego, że każdy tam zagląda. Pod wieżą napotykamy także długą nivę w matowym zielonym lakierze. Najpierw pomyśleliśmy, że to straż parkowa, ale gdy byliśmy bliżej okazało się, ze to wojskowi. Na nasz widok pomachali nam z uśmiechem, czym i my się odwdzięczyliśmy.
Przejechaliśmy Park. Pora go opuścić. Wyjeżdżamy w kierunku Kolasina. Z tej strony nie ma żadnego szlabanu, żadnej straży. Nie ma też więc opłat za wstęp do parku.
W Kolasinie znów spotykamy znajomych Rosjan. Jednym słowem daleko do Parku nie wjechali i wiele nie zjechali. My z kolei po obiedzie i zakupach robimy naradę - co dalej. Praktycznie objechaliśmy już wszystko, co mieliśmy w planach, a tu jeszcze została nam odrobina czasu. Patrząc na mapę i zerkając do przewodnika decydujemy się jechać już do Serbii, ale nieco okrężną drogą. Nasza trasa wiedzie wzdłuż biegu rzeki Ibar. I podobno jest malownicza.

Dzień 27.
Z drogi oczywiście nie da się zrobić żadnego sensownego zdjęcia kanionu. Musimy zostawić samochód na stacji benzynowej i pieszo przejść się kawałek wzdłuż szosy. I musimy przyznać - Ibar pięknie się wije wokół skał. Jednak wody w rzece tyle, co kot napłakał.
Nawet nie wiem kiedy i jak, ale jakoś tak z Nienacka znaleźliśmy się na granicy. Myk- myk i już jesteśmy w Serbii.
W Raška skręcamy do Parku Narodowego Gulje. I tu figa z makiem - poza jedną tablicą "Welcome" nie ma nic. A że paliwa mamy resztki, to wracamy, bo szkoda błądzić na darmo i na oparach.
Po zatankowaniu jedziemy spróbować sił w innym Parku Narodowym - Kopaonik. Jest nawet drogowskaz do centrum turystycznego. Pełni nadziei wspinamy się więc krętą drogą po zboczu, aż docieramy do tego centrum. Składają się na niego hotele, Spa, restauracje, wille i apartamenty. I ani jednej informacji. Nic.
Rozczarowani, postanawiamy po prostu przez Park przejechać. Od szosy prowadzi w las masa dróg. Nie wiemy jednak, czy można w nie wjechać i dokąd prowadzą. Widoków nie ma żadnych, dokoła las. I wciąż ani jednej chociażby tabliczki informacyjnej.
Hura! Napotykamy drogowskaz! A kawałek dalej jest przy drodze miejsce, gdzie możemy zostawić samochód. Idziemy więc na spacer. Na początku szlak jest sympatyczny i ładny - ścieżka w lesie wzdłuż i czasem po kładkach w poprzek strumienia. Słońce przeświecające przez gałęzie. Aż mijamy łąkę, na której stoi kamer. Jak on tu wjechał???
W końcu ścieżka wychodzi na leśną drogę. Szlak prowadzi zgodnie ze znalami właśnie tą drogą, więc idziemy dalej, chociaż nie jest już tak miło. Każdy krok wzbudza tumany kurzu i pyłu. Po kilku krokach nogi mamy pokryte szarą warstwą. Jednak jest i dobry akcent - napotykamy ławkę ze stolikiem. A obok źródło z podpisem na tabliczce: "Źródło młodości". Bomba.
Wracamy do samochodu i wjeżdżamy w tę drogę. Przy stoliku robimy postój i szykujemy obiad. Dziś w menu gotowe dania zakupione jeszcze w Kolasinie.
Po posiłku wsiadamy do samochodu i zagłębiamy się w las. Daleko jednak udaje nam się zajechać, bo drogę zagradza pień. Położony w poprzek drogi specjalnie, bo za nim cały szlak zawalony jest ściętymi drzewami. Trudno, zawracamy i kończymy tę leśną przygodę.
Przy wyjeździe z Parku stoi samotny budynek knajpki, za to otoczony ciekawym ogrodem. Pełno w nim niesamowitych rzeczy. Jest stolik postawiony na wozie zaprzężonym do dwóch wykonanych z pniaków wołów. Jest przedziwna fontanna, są stworzenia z pniaków, konarów, korzeni i gałęzi.
Jacek ma ochotę na kawę, wiec idziemy zapytać, czy można zapłacić kartą (nie mamy gotówki, bo uznaliśmy, że nie opłaca się na ten jeden, czy dwa dni robić wymianę).
Niestety, kartą zapłacić się nie da. Mówi się trudno, więc odwracamy się i zmierzamy do wyjścia, kiedy gospodarz łapie Jacka za ramię i mówi:
- A co tam jedna kawa. Siadajcie.
Ponieważ ja kawy nie pijam, gospodyni przynosi trzy kawy i lemoniadę dla mnie. Siadamy na zewnątrz przy stole i zaczynamy dyskusję. Okazało się, że wszystko - łącznie z samym budynkiem, całym umeblowaniem i tymi oryginalnymi ozdobami w ogrodzie zrobił własnoręcznie nasz gospodarz. Trzeba przyznać, że doskonały z niego stolarz. I nie tylko, bo i śliwowicę jak każdy porządny bałkańczyk potrafi zrobić. Ponieważ ja prowadzę, zaproponowali Jackowi kieliszek na spróbowanie. Jacek tym razem się nie waha.
Mimo braku znajomości jednego wspólnego języka bardzo dobrze nam się rozmawiało. Jakoś tak wszystko rozumieliśmy, a i oni nie mieli większych problemów ze zrozumieniem nas.
Miło nam się rozmawiało, ale nie można siedzieć w nieskończoność na jednym miejscu. Żegnamy się spisaniem adresu, na jaki znów po zrobieniu odbitek prześlemy zdjęcia.
Gdzieś po drodze do Krajlowa widzimy tor kajakowy. Od razu zjeżdżamy nad rzekę. Jest już po szóstej i na kajakowe wycieczki raczej za późno. Znajdujemy sobie ustronne miejsce i zostajemy już na noc.

Dzień 28.
W górach najwyraźniej bez względu na wysokość nocą jest zimno, zresztą jest już prawie wrzesień. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień.
Dzień jednak wstał pogodny i ciepły. Idziemy więc na spacer nad tor, by zobaczyć jak on wygląda. Może się jeszcze trochę pobawimy na zakończenie wakacji.
Wpadamy jednak na jeszcze jeden pomysł - dłuższego spływu. Wsiadamy więc w samochód i jedziemy szukać dogodnego do lądowania miejsca, na które także może wjechać Potwór. Znajdujemy takie ok. 5,5 km od toru. Wszystko więc ustalone. Wracamy nad tor, skąd bez problemu ponton wystartuje. Pozostaje jeszcze ustalić, kto płynie, a kto jedzie. I wyszło tak, że ponton przypadł w udziale Jackowi. Żeby jednak nikomu nie było żal, to najpierw kilka rundek na torze dla rozrywki i rozgrzewki. A potem się rozstajemy.
Ponieważ samochód porusza się zdecydowanie szybciej niż ponton, czeka mnie dłuższa chwila lenistwa w czasie oczekiwania na Jacka. Czas mi się już dłużył, a ponieważ pogoda fajna i woda kusi, postanowiłam się wykąpać w rzece. Przezornie wzięłam aparat - gdyby Jacek już dopływał, chciałam mu zrobić zdjęcie. Miałam go zostawić w krzakach nad brzegiem, by był pod ręką.
Gdy tylko stanęłam na brzegu, w wodzie coś się poruszyło. Jakiś jasny kształt mignął na kamieniu. Pochyliłam się, żeby zobaczyć co to i od razu przeszła mi ochota na kąpiel. Cudem sama nie odskoczyłam w tył. Zamiast tego włączyłam aparat i łapałam wodnego węża, który już po chwili dał dyla i schował się gdzieś w chaszczach. Wiem, że nie był jadowity i bal się mnie tak samo, jak ja jego, jednak sama świadomość jego obecności gdzieś obok - brrr.
Jacek dopływa do mety po około godzinie rejsu. Pakujemy się i zmierzamy już do autostrady.
Około północy docieramy do ostatniej stacji paliw w Serbii, około 1 km od granicy węgierskiej. I od stacji jest czteropasmowa kolejka do granicy. Pracownicy stacji mówią, że to jakieś 5 godzin stania. Miny nam rzedną.
Póki co tankujemy się do pełna i idziemy spać, co i tak mieliśmy zrobić. O świcie zastanowimy się co dalej.

Dzień 29.
Rano sytuacja była bez najdrobniejszej zmiany. Samochody w żółwim tempie posuwały się naprzód, a na ich miejsce bez przerwy nadjeżdżały kolejne. Za to wypatrzyliśmy otwartą bramę, prowadzącą na polną drogę. Postanawiamy w nią wjechać i dotrzeć jakoś do Suboticy. Kilka kilometrów od tej miejscowości jest inne przejście graniczne.
Objazd okazuje się strzałem w 10. Na granicy nie spędzamy nawet 5 minut i już jedziemy przez Węgry. Pozostaje nam już tylko wrócić na autostradę. I koniec wakacyjnych przygód na ten rok.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
     Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo