fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Mołdawia Moldova Mołdawia MD
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Rumunia Romania Rumunia RO
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
2009
WYSPY OWCZE - ISLANDIA - GRENLANDIA
Faroe Islands - Iceland - Greenland

Galeria zdjęć - Wyspy Owcze / Gallery - Faroe Islands
Galeria zdjęć - Islandia / Gallery - Iceland
Galeria zdjęć - Grenlandia / Gallery - Greenland

Not avilable in English.

Termin: sierpień 2009r.

No i stało się. Bliżej niesprecyzowane, pozostające raczej wciąż w sferze marzeń, plany wyjazdu własną terenówką do Islandii z dnia na dzień się zrealizowały. Prawie jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
Zakup Honkera 2000 stał się początkiem naszej wielkiej tegorocznej przygody.

A sama Islandia to ziemia nie z tej Ziemi. I chociaż off-road jest tu prawnie zakazany, to jest to kraj mocnych, podwyższanych na zawieszeniu, wyposażanych w snorkele i gigantycznych rozmiarów opony samochodów terenowych. Łączy się to z relatywnie niedużą ilością asfaltu i z olbrzymią ilością dróg górskich, gruntowych, szutrowych, przeprowadzonych przez pola lawy, poprzecinanych rzekami, przez które jedyną możliwością przeprawy jest bród. Są to drogi dojazdowe do farm, wiosek, ale i do naturalnych atrakcji turystycznych, których na wyspie jest ogrom i grzechem byłoby ich nie zobaczyć, dotknąć, poczuć każdym zmysłem.
I nie jest to żadna metafora, gdyż ta zaczarowana wulkaniczna wyspa dostarcza wrażeń naprawdę dla każdego ze zmysłów. Jeżdżąc po niej przez trzy tygodnie - dokoła, w poprzek i wszerz, mogliśmy doświadczyć wielu z nich.

Dzień 1 i 2.

Początek drogi - to polskie, niemieckie i w końcu duńskie autostrady. Śmignęliśmy przez nie setką, co dla szafy na kołach wydaje nam się niezłym wynikiem, aż niecałą dobę od wyjazdu docieramy do Hanstholm, gdzie w małym porcie czeka już ogromny prom.
Ponieważ do zaokrętowania pozostało jeszcze trochę czasu, postanawiamy skorzystać z okazji i ładnej pogody i pozwiedzać okolicę.
Samo Hanstholm to niewielka miejscowość skupiona wokół portu, otoczona wydmami poznaczonymi betonowymi czapami olbrzymich bunkrów, stanowiących element niemieckich fortyfikacji zbudowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej.
Pakujemy się w końcu na pokład jedynej jednostki Smyril Line w doborowym towarzystwie. Pomijając autobusy i tiry z ładunkami, z pozostałych pojazdów połowę stanowią samochody terenowe. Z nich około połowa to defendery - w różnym wieku, stanie i wypasieniu. A pomiędzy nimi wszystkimi nasz skromny Potwór, który ściągał na siebie spojrzenia właścicieli wszelkich innych samochodów.
Na początku - zamieszanie czasowe. Na promie obowiązuje czas Wysp Owczych, a każdy z pasażerów wciąż miał na zegarkach nasz czas środkowoeuropejski. O której więc odpływamy? O której otwierają sklep, bufet i restauracje? O której to i tamto? Minęła ładna chwila zanim wszyscy się przystosowali i przestali pytać jeden drugiego o aktualną godzinę.
Gdy duńska ziemia pozostała już w dali za rufą, rozpoczął się okres lenistwa przeplatanego nudą, które próbowaliśmy zabić zwiedzając pokład po pokładzie.

Dzień 3.

Od rana dokoła tylko morze. No, przynajmniej do czasu pojawienia się na horyzoncie Szetlandów, pomiędzy których wyspami przepłynęliśmy. A potem znowu morze.
Siedzieliśmy na otwartym pokładzie czytając przewodnik po Islandii i broszurę o Wyspach Owczych (jakimś dziwnym trafem robiła tak znaczna większość pasażerów), czasem drzemiąc w promieniach słońca i chłodnych podmuchach wiatru.
Wieczorem zamiast do kabiny i do łóżka wędrujemy do samochodu. Wyładunek wymaga czasu, do tego kontrola graniczna i w końcu jakoś przed północą znajdujemy się w Tórshavn - stolicy Wysp Owczych. To pierwszy przystanek po drodze do Islandii.
Ze względu na późną porę szybko i trochę na łapu-capu znajdujemy miejsce na nocleg i już bez kolacji idziemy spać.

Dzień 4.

Po zebraniu kilku ciekawostek w punkcie informacji turystycznej kierujemy się do Vestmanna (fot.), po drodze robiąc liczne przystanki celem napawania się widokami w słoneczny dzień i zrobienia jak największej ilości zdjęć.
W Vestmanna tylko ze względu na spóźnienie jakiejś wycieczki załapujemy się od ręki na rejs wzdłuż wybrzeży wyspy. Jednym z celów morskiej wyprawy są skaliste klify, ostańce i mikrozatoczki (fot.). Innym maskonury - tak przez nas ulubione i wciąż jeszcze nie spotkane na żywo.
O ile skał i klifów mamy pod dostatkiem , to maskonury nie chciały dać się zobaczyć i chociaż przydybałam kilka sztuk na wodzie, to były za daleko, by mieć z tego jakąś konkretną satysfakcję.
Korzystając z łaskawości, humorzastej jakby nie było, pogody, gnamy w miejsce noszące tytuł najpiękniejszego widoku na całym archipelagu - do Saksun (fot.). Mała wioska na północy wyspy, leżąca ponad niebieską taflą wody, pomiędzy zielonymi szczytami gór. Siedzimy na ławce pod kamienną ścianą jednego z budynków skansenu, grzejąc się w słońcu i chłonąc wszystko, co nam wchodziło w oczy. Na wprost przed nami, blisko skraju zielonego klifu, samotna biała bryła kościoła na tle soczystych traw, a w dole w spokojnej tafli odbija się błękit nieba. Gdzieś za naszymi plecami pohukuje tocząc pianę wodospad. Raj i sielanka, która mogłaby trwać wieczność.
Jedziemy jednak dalej, chcąc maksymalnie wykorzystać te kilkadziesiąt godzin, jakie mieliśmy do spędzenia na Wyspach. Zaglądamy do prawie każdego miasteczka i wioski, a co drugie z nich znajduje się na końcu świata, gdzie kończy się droga i dalej jest już tylko ocean.
Tym sposobem jeszcze tego dnia oglądamy zbudowany na planie ośmiokąta kościół w Haldarsvik (fot.), po drodze zawieszając na chwilę wzrok na Foss, jednym z licznych wodospadów przecinających drogi.
Na innym końcu wyspy pniemy się przez góry, by dotrzeć do Gjórv (fot.). Poza pięknymi klifami i ich szczytem, którym wiodą szlaki spacerowe, jest tu niewielki fiord służący za przystań. Mógłby też służyć za aulę koncertową, bo ma wspaniałą akustykę. Mogliśmy ją docenić dzięki ćwiczeniom gry na dudach, które ktoś praktykował na dnie fiordu. Zasłuchani, usiedliśmy na betonowych schodach wiodących w dół i nie zważaliśmy na zapadający powoli zmrok, ani nadciągający chłód nocy.

Dzień 5.

Jak wspomniałam wcześniej - pogoda jest humorzasta i tego dnia poskąpiła nam słońca. Podzieliła się za to z nami deszczem. Jako szczęście w nieszczęściu siąpi, ale nie leje. I chociaż schowane w szarych, nisko wiszących chmurach szczyty w deszczu też mają swój niepowtarzalny urok, to jednak w taką pogodę ilość atrakcji znacznie się zmniejsza.
Na szczęście nie pieszo wędrujemy, ale samochodem, więc mijając uśpione (gdzie ci ludzie?) Klaksvik jedziemy do Muli (fot.). To kolejna wioska (naliczyliśmy na miejscu trzy domostwa) na końcu świata. Na dokładkę asfalt na drodze do wioski kończy się po kilku metrach od zjazdu z drogi głównej. Pozostaje wąska ścieżka szutrowa, wycięta w zboczu, kilkadziesiąt metrów ponad poziomem morskiej tafli.
Wciąż pada, cały czas wieje i jest raczej zimno. Zaglądamy do kolejnych miejscowości, ale Bordoy zaczyna nam się już nudzić. Postanawiamy przejechać na inną wyspę - Vagar. Tam, w informacji turystycznej w Miđvagur jedyne atrakcje, jakie miła pani jest nam w stanie zaproponować to piesze wędrówki w różnych miejscach wyspy. Wszystko odpada w taką pogodę, nawet pomimo przeciwdeszczowych strojów.
Gdy dojeżdżaliśmy do Bour (fot.) pogoda zaczęła się delikatnie uspakajać i chociaż niebo było wiąż zachmurzone, horyzont skrywał się we mgle, a wszystkim czym się dało szarpał silny i zimny wiatr, to przynajmniej przestało padać. Dało się wyjść na spacer.
Z braku lepszych pomysłów zajrzeliśmy też na międzynarodowe lotnisko, gdzie zapachy dolatujące z restauracji przypomniały nam, że pora obiadowa już dawno minęła, a jakimś dziwnym trafem ją ominęliśmy, co teraz pobudzone żołądki oznajmiły głośno i wyraźnie. Jakoś nie mogliśmy skojarzyć nigdzie w pobliżu żadnej innej knajpki, więc usiedliśmy przy stoliku pod oknem z widokiem na płytę lotniska i zjedliśmy pyszną obiado-kolację.

Dzień 6.

Całą noc znów lało bębniąc po dachu samochodu, ale rankiem się rozpogodziło i nawet na świat spojrzała jasna tarcza słońca. Po szybkim śniadaniu i ekspresowej toalecie pognaliśmy ponownie do Bour, by pstryknąć kilka fotek najsłynniejszych chyba skał tkwiących u brzegów Wysp Owczych (fot.). I zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo ponownie zaczęło się chmurzyć.
Daliśmy się skusić na dalszą jazdę na północ i tunelem do kolejnej wioski na końcu świata, w której spędziliśmy raptem kilka minut. Po czym powrót na południe wyspy nad brzeg jeziora Sorvágsvatn. Przebieramy się w przeciwdeszczowe ciuchy i zabezpieczywszy pokrowcami plecaki ruszamy na szlak wzdłuż brzegu jeziora. Kropi, czy nie, nie możemy przecież spędzić całego czasu w samochodzie. Jakoś tę mżawkę przeżyjemy - grunt, że nie leje.
Pogoda postanowiła nam zrobić psikusa i nawet mżawkę zabrała, w zamian dając błękitne, czyste niebo i słońce. W efekcie tego po drodze siadając na kępach wrzosów rozbieraliśmy się z wodoodpornych spodni i kurtek, a nawet z polarów, upychając wszystko do małych podręcznych plecaków, które zabraliśmy.
Szlak zawiódł nas do magicznego miejsca, w którym woda z jeziora przelewa się ponad kamienną krawędzią klifu spadając kilkadziesiąt metrów w otoczce białej piany do wód oceanu - Bossdalsfossur (fot.). Podejrzewamy, że z lotu ptaka lub może nawet z poziomu powierzchni wielkiego akwenu widok jest jeszcze wspanialszy. Kilka skoków z głazu na głaz i już się jest po drugiej stronie wody (przy wyższym stanie to chyba jednak nie jest takie proste), a tam tylko mała wspinaczka częściowo trawiastym zboczem, częściowo olbrzymimi kamiennymi schodami i przed naszymi oczami ukazał się jeden z piękniejszych widoków - olbrzymia skalna iglica tkwiąca kilka metrów od ściany klifu (fot.).
Kilka minut popasu wśród głazów rozrzuconych u brzegów jeziora i trzeba wracać. Popołudniu odpływamy i warto byłoby nie spóźnić się na prom. Dlatego pilnując czasu pozwalamy sobie na większy piknik i wymoczenie nóg w przyjemnie chłodnych wodach jeziora po powrocie na mini-parking, na którym czekał na nas nasz Potwór. Wleczemy się skąpani w promieniach słońca do Tórshavn chłonąc każdy dostępny spojrzeniom centymetr Wysp. Nie wiemy, czy jeszcze kiedyś tu wrócimy, chcemy więc zapamiętać jak najwięcej i przesiąknąć tym specyficznym odcieniem zieleni.
Ponieważ do portu w Tórshavn dotarliśmy z małym zapasem, zamiast ustawiać się w kolejce do promu zostawiamy samochód na parkingu obok i jeszcze na parę przysłowiowych minut ruszamy w miasto.
Co krok spotykamy naszych nowych znajomych. Czujemy się jak członkowie jednej, wielkiej rodziny. Nie jest ważne, że każdy z nas pochodzi z innego kraju i zakątka Europy - uśmiech i pozdrawiające kiwnięcie głową czy dłonią mają znaczenie międzynarodowe. Wymieniamy pozdrowienia i kilka słów na zasadzie "No i jak wam się podobają Wyspy? A widzieliście ...? A byliście w ...?". Za chwilę wszyscy znów znajdziemy się na pokładzie i wtedy będzie więcej czasu na bardziej szczegółowe rozmowy. O ile się na pokładzie w tej rzeszy ludzi znajdziemy.
Znowu wsiadamy na prom, a rano powinniśmy już zobaczyć brzegi Islandii.

Dzień 7.

Gdyby nie mgła i chmury to pewnie byśmy zobaczyli z daleka brzegi Islandii. A tak mogliśmy je dojrzeć dopiero, gdy zaczęliśmy wpływać już do fiordu, na którego końcu czekał na nas port Seydisfjördur (fot.).
Nie zjedliśmy na promie śniadania, bo chcieliśmy już posmakować Islandii. Załapaliśmy się na obiad, bo pół dnia spędziliśmy na terminalu. Zanim doczekaliśmy się naszej kolejki do wyjazdu, to minęło sporo czasu. A potem skierowano nas do kontroli. Czekaliśmy przed hangarem całą wieczność, nie mogąc pojąć według jakiego klucza wybierano samochody do kontroli, podczas gdy pozostałym pozwalano jechać bez zerknięcia w paszport. Aż do hangaru wjechał stojący przed nami wypasiony, nowiutki defender na austriackich numerach. Specjalnie zerknęłam na zegarek - tkwił tam ponad kwadrans. Gdy wreszcie nadeszła nasza pora cała procedura ograniczyła się do zerknięcia w paszporty, rzutu okiem na pakę samochodu i kilku pytań. Po niecałych pięciu minutach byliśmy wolni.
Pierwsze kroki to informacja turystyczna - trzeba kupić rozsądną mapę drogową, bo u nas przed wyjazdem była nie do zdobycia. No i odnowienie zapasów jedzenia, czyli na cel wzięliśmy najbliższy sklep. Niestety nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł i maleńki sklepik był nieziemsko zatłoczony. Machnęliśmy na niego ręką i wyruszamy do kolejnej miejscowości - Egilssadur, może tam zrobimy zakupy.
Znów nie my jedni na to wpadliśmy i na sklepowym parkingu spotykamy całą rzeszę znajomych z promu. Sklep jednak jest znacznie większy, a do tego pasażerowie i kierowcy tych samochodów rozeszli się też po okolicznych kawiarniach i restauracjach.
Ładujemy zakupy na pakę i ruszamy do naszej pierwszej zaplanowanej atrakcji w Islandii, czyli wodospadu Dettifoss (fot.). Ogłoszony jako najpotężniejszy, najmocniejszy w Europie. Gdy wreszcie dowlekliśmy się do niego kiepską szutrówką, zrozumieliśmy dlaczego. Szare wody rzeki Jökulsá á Fjöllum przelewając się przez skalny próg o może niezbyt imponującej wysokości 45 m huczą przelewając 193 m3 wody na sekundę, co w czasie powodzi potrafi się zwielokrotnić.
Wzdłuż rzeki (która płynąc dnem kanionu i tak była dla nas niewidoczna) przejeżdżamy na północ do Asbyrgi. Zgodnie z miejscowymi legendami ten olbrzymi, zielony kanion o kształcie końskiej podkowy, to odcisk pozostawiony kopytem rumaka Odyna. Zostawiamy Potwora na parkingu i ruszamy na szlak na szczyt pionowej ściany, by z góry rzucić okiem na pokrytą zielenią drzew podkowę.
Przed zachodem słońca przejeżdżamy ponownie do Dettifoss, tym razem jednak z drugiej strony rzeki i tym razem czymś, co drogą jest tylko z nazwy. Za to daje nam niezły przedsmak tego, co miało nas czekać w najbliższych tygodniach - slalom pomiędzy dziurami, wybojami, głazami, w krainie ziemi pokrytej lawą, mchem i porośniętej trawą i wrzosami. Kilkumetrowe podjazdy kończące się ślepym grzbietem, który od razu przechodzi w ostry zakręt. Droga niby dwukierunkowa, ale widać koleiny tylko od jednego pojazdu, więc jedzie się środkiem i nigdy nie wiadomo, co i w którym momencie może pojawić się z naprzeciwka. Więc chociaż dozwolona maksymalna prędkość na takiej drodze to 80 km/h, często jedzie się znacznie wolniej.
Najpierw terenowa wycieczka dla Potwora, potem dla nas. Zostawiamy samochód na parkingu i równie pokręconym jak droga szlakiem idziemy nad rzekę, gdzie w drodze do Dettifoss mijamy jeszcze jeden wodospad Selfoss (fot.).
Robi się późno i nie czas na dalszą jazdę (część drogi trzeba się zresztą cofnąć tą pokręconą trasą), rozkładamy więc z tyłu samochodu nasze spanie i po wieczornej toalecie oddajemy się w objęcia Morfeusza.

Dzień 8.

Następny dzień przynosi asfalt szosy i pewną zmianę krajobrazu - za sobą pozostawiamy szary świat z plamami zieleni, a przed naszymi oczyma pojawia się pomarańczowo-czerwony nagi stok, z lekka przesłaniany bielą pary wydobywającej się z ziemi. Docieramy do Hverir (fot.) - ziemi gorących źródeł, wrzącego błota i zapierających dech w piersiach aromatów siarki i jej związków. Z bliska kolorystyka gleby jest znacznie bardziej złożona, a opary cuchnące. To miejsce zdecydowanie dla osób o niewrażliwych żołądkach lub pozbawionych zmysłu węchu. W każdym razie nie dla mnie - szybko uciekam poza zasięg kłębów pary i obchodzę teren ziemnych wyziewów z wiatrem - byle oczyścić nos i płuca czystym, chłodnym powiewem.
Kilka kilometrów dalej, po drugiej stronie łańcucha nagich gór - błękitna tafla jeziora otoczona zielenią pastwisk i drzew. To Mývatn - oaza zieleni, dokoła której ciągną się wspomnienia erupcji - kratery wulkanów, pola lawy, parujące szczeliny. A pośród tego wszystkiego Czarne Zamki, czyli Dimmuborgir (fot.) - miejsce, w którym lawa zastygła w postaci wysokich, czasem dziwnych formacji. Spacer pomiędzy nimi, oznakowanymi szlakami po wygodnych ścieżkach, to czysta przyjemność, zwłaszcza w promieniach słońca, które od rana nas nie opuszczało.
Pozostałości działalności wulkanicznej można jednak znaleźć nie tylko na lądzie, ale i w wodach jeziora. Rozległa tafla upstrzona jest niezliczoną ilością wysp, wysepek i fikuśnych skał wystających z wody (fot.).
Po miło spędzonym dniu w okolicach Mývatn na noc wybieramy się do Akureyri, gdzie chcemy odnowić zapasy żywności zanim wjedziemy w Interior.
A po drodze jeszcze jeden nieprzewidziany mały przystanek przy wodospadzie Godafoss (fot.). Wodospad sam w sobie jest atrakcją, ale niemałą też okazuje się gigantycznych rozmiarów ford na olbrzymich kołach, z którym porównujemy naszego Potwora. Nasze auto jak stodoła nagle się skurczyło, zrobiło przeciętne, a nawet małe w porównaniu z tym co jeździ po Wyspie.

Dzień 9.

Pierwsza prawdziwie górska droga przez środek Wyspy to wycięty w powierzchni częściowo pustynnej ziemi, szeroki na dwa samochody szlak, oznakowany numerem, znakami drogowymi i żółtymi tyczkami wyznaczającymi kierunek jazdy. Pogoda postanowiła nieco nas pohamować w naszym optymistycznym entuzjazmie i przyniosła głęboki chłód, ołowiane chmury i nieco opadów.
Przy tego typu drogach parkingi, czy zajazdy, na których można zrobić postój to najczęściej marzenie ściętej głowy. Stąd gnaliśmy z maksymalną dopuszczalną osiemdziesiątką praktycznie bez przystanku, mijając się czasami z innymi turystami - w samochodach (terenowych rzecz jasna), na motorach (już niekoniecznie terenowych) i na rowerach. Aż wreszcie szlak doprowadził nas do Hveravellir - oazy ciepła w tej zimnej pustyni (fot.). Mały parking był zatłoczony samochodami i autobusami, pomiędzy którymi przycupnęło kilka motocykli.
Ciepło bijące od ziemi w kłębach białej pary (na szczęście już bez tak mocnych akcentów zapachowych) tylko nieco równoważyło zimne powiewy górskiego powietrza. Na początek spacer po terenie gorących źródeł, a potem szybko wyskoczyliśmy z ubrań i wskoczyliśmy w stroje kąpielowe. Otulając się szczelnie ręcznikami i szczękając z zimna zębami przebiegliśmy te kilka kroków dzielących nas od naturalnego kamiennego basenu wypełnionego gorącą wodą. Wodą uzupełnianą na bieżąco z gorących źródeł. Aby początkową temperaturę w wysokości ok. 90-100°C obniżyć do akceptowalnej przez ludzkie ciało, doprowadzono rurą nieco lodowatej wody z pobliskiego strumienia. Sześć osób w tym małym oczku wodnym to już był kłębiący się tłumek - ludzi zadowolonych z ciepełka rozgrzewającego całe ciała, gdy inni dokoła przechodzili skuleni, dopinając kurtki pod samą szyją.
Rozgrzani do szpiku kości czuliśmy, że moglibyśmy teraz, wyłącznie w strojach kąpielowych, przejść pieszo pół Islandii. Zamiast tego jednak dla przyzwoitości ubraliśmy się normalnie i w dalszą drogę ruszyliśmy Honkerem.
Zbyt wielkiego wyboru dróg nie mieliśmy, poza tym z Hveravellir blisko już było do Gulfoss i Złotego Trójkąta. Dlatego bez wahania podążyliśmy na południe.
Islandia to kraj wodospadów. To niesamowity widok, który w pewnych momentach przypominał nam północną Norwegię i czasem szkockie góry. To te miejsca, gdzie po zielonym stoku wije się biała wstążka, gdzie wąska siklawa z delikatnym szumem i mgiełką opada pionowym klifem ze skały na skałę.
Są jednak w Islandii wodospady wielkie - z ogłuszającym hukiem przewalające się masy wody na szerokich rzekach kaskadami podążających do oceanu. Do nich właśnie zalicza się Gulfoss, który uważany jest za największy w kraju (fot.).
Dotarliśmy do niego pod wieczór, ale wyjątkowo zamiast udać się pod grzmiącą kipiel najpierw skierowaliśmy się do restauracji na kilka łyżek gorącej islandzkiej zupy z jagnięciny. Dopiero tak rozgrzani wyszliśmy na wieczorny spacer.

Dzień 10.

Poranek zaczynamy znów od wodospadu Gullfoss, niestety nie w promieniach słońca, które wciąż kryło się za grubą warstwą chmur. Darowaliśmy sobie czekanie na nie i ruszyliśmy dalej.
Niedaleko usadowił się staruszek Geysir, który w naszych czasach, po stuleciach aktywności, zamarł i już nie eksploduje. Czasem, raz na kilka lat może jeszcze pokazać, że istnieje, ale szanse są podobno coraz mniejsze. Teraz uwagę turystów skupia na sobie Strokkur (fot.), usytuowany ledwie kilkanaście metrów od Geysira. W czasie naszej wizyty, którą postanowiło uświetnić swoją obecnością słońce, eksplodował słupem wrzącej wody i pary regularnie co 8 minut, dzięki czemu mogliśmy spokojnie poobserwować jakie są oznaki początku erupcji i złapać go obiektywem od rosnącego bąbla wody po rozwiewaną wiatrem mgiełkę.
Jako następny punkt programu wyznaczyliśmy sobie Park Narodowy Thingvellir łączący w sobie walory zarówno naturalne jak i historyczne (fot.). Pomijając fakt, że (tak jak przynajmniej 90% powierzchni kraju) to raj dla geologów oraz urocze miejsce na spacery dla lubiących miłe dla oka krajobrazy, jest to też miejsce niezwykle ważne dla Islandczyków. To tutaj zbierał się od początków zasiedlenia wyspy w X wieku demokratyczny sejm. To tutaj uchwalane były pierwsze prawa. O tym miejscu traktują najstarsze sagi. Z tym miejscem związane jest słowo niepodległość, tu świętowano ją po latach duńskiego zwierzchnictwa.
Tu jest też niełatwo się dostać od strony Geysira, bo ta droga to szutrówka, pełna dziur i nieprzyjemnej tarki, która na dokładkę potrafi być zakorkowana (!) wlokącymi się i bujającymi na boki na wybojach autobusami, których nie dało się wyprzedzić z powodu nadjeżdżającego z naprzeciwka podobnego sznurka autobusów. W strugach deszczu przebrnęliśmy tę męczącą trasę i w towarzystwie ponownie lekko przebijającego przez chmury słońca przespacerowaliśmy się wzdłuż uskoku nad brzegami jeziora Thingvallavatn.

Dzień 11.

Kraina spokoju, zalane słonecznym światłem zielone wybrzeża i błękitna woda - to fiord Hvammsfjördur (fot.). Co ciekawe nad głowami mieliśmy słoneczną tarczę na czystym niebie, a raptem kilka kilometrów w głąb lądu, nad szczytami, a w zasadzie to pomiędzy nimi, kłębiły się ponure chmury niosące groźbę burzy. Zwlekaliśmy więc z powrotem na górskie szlaki - szkoda nam było słońca i jego ciepła.
By odwlec powrót w głąb lądu najpierw zatrzymaliśmy się u stóp niewielkiego wzniesienia Helgafell - Świętej Góry. Istnieje przesąd, że w czasie swojej pierwszej obecności w tym miejscu trzeba wspiąć się na szczyt w milczeniu i bez odwracania się za siebie, następnie stanąć twarzą skierowaną na wschód i w myślach wypowiedzieć trzy życzenia. Jeszcze jeden warunek - życzenia nie mogą być dla nikogo krzywdzące. I tyle - potem trzeba tylko grzecznie czekać na ich spełnienie. (W tej chwili, gdy to piszę i zamieszczam na stronie mogę się przyznać, że jedno z moich życzeń już się spełniło - chyba magia więc działa).
Ze szczytu góry widać na krańcu cypla rozłożone miasteczko Stykkishólmur, którego domy błyszczały w promieniach słońca. Z drugiej strony szyty gór wciąż pokrywała ołowiana warstwa chmur. Pojechaliśmy do Stykkishólmur. Mały spacer po miasteczku i jego porcie, wspinaczka na klif do latarni morskiej.
Nie mogliśmy jednak tkwić tam w nieskończoność i nie mieliśmy jednak czasu, żeby przeczekać chmury i w końcu ruszyliśmy w głąb lądu. Koło Olafsvik wkroczyliśmy na górską drogę wiodącą skrajem lodowca Snafellsjökull na drugą stronę półwyspu. Powoli wjechaliśmy w siną mgłę, w której widać było ledwo kilka metrów drogi przed nami. Aż, tuż przed szczytem, zaczęło się przejaśniać, a słońce rozświetliło białą czapę powyżej nas. Płaty śniegu rozkładają się kilka metrów od drogi, są na wyciągnięcie ręki. O innej porze roku podobno czapa sięga drogi, która zamienia się w skraj lodowca. Staje się ona wtedy groźna, upstrzona niewidocznymi aż nie jest za późno szczelinami - tak przynajmniej ogłasza w kilku językach ustawiona przy wjeździe na trasę tablica ostrzegawcza. Jak dzieci bawimy się chwilę śnieżkami i wracamy do samochodu, by piąć się dalej - na szczyt. A po jego drugiej stronie - złocista plaża (fot.).
Mijamy ją na razie bokiem i kierujemy na wybrzeże do Arnarstapi. Z daleka wzrok przyciąga olbrzymi kamienny wiking postawiony zaledwie kilkanaście metrów od brzegu klifu. A klify to osobna atrakcja z wyróżniającym się imponującym łukiem skalnym. Spędzamy na spacerze w tej idyllicznej scenerii wieczór ciesząc się pomarańczowymi promieniami zachodzącego za szczytem lodowca słońca.

Dzień 12.

Wizytę w stolicy odwlekamy ile się da - jedziemy wzdłuż fiordów, zamiast tunelem, zbaczamy na lawowe pola, zaglądamy do lawowych jaskiń.
Z Borgarnes w stronę Rejkiawiku można przejechać szybko i mało ekscytująco tunelem poprowadzonym pod dnem fiordu. Można też przejechać naokoło brzegiem uroczego fiordu, nie spiesząc się i chłonąc widoki. Wydaje nam się, że jeśli podróżuje się po Islandii turystycznie, to skróty w postaci tuneli są nieporozumieniem.
Dodatkowo zbaczamy z drogi na jedno z licznych pól lawowych (fot.) i usiłujemy znaleźć Surtshellir, opisywaną jako największą lawową jaskinię na wyspie. Kierowani znakami pięliśmy się przez góry krętą drogą, aż znaleźliśmy się w szerokiej, płaskiej dolinie, pośrodku której pod naszymi stopami kryła się 1,5 kilometrowa jaskinia. Teoretycznie jaskinię można zwiedzać, jednak trzeba się do tego przygotować - światło, kask, rękawiczki. Jaskinia jest dzika, czyli ciemna i pełna skalnego gruzu. Zwłaszcza, że część jest zawalona.

Dzień 13. W końcu jednak lądujemy w Rejkiawiku, z którego - jako dużego miasta - chcemy jak najszybciej uciekać. Po paru godzinach plątania się uliczkami znajdujemy tu jedną atrakcję, która nas interesuje - morska wycieczka w celu spotkania twarzą w dziób z maskonurem, a właściwie to z ich kolonią na pobliskiej wysepce. Do tej pory jakoś nigdy nie mieliśmy szczęścia zobaczyć ich z bliska na żywo, a tu zapewniano nas, że wciąż są u wybrzeży, że jeszcze się nie wyniosły na ocean. Zostajemy więc na noc w wielkim mieście i pierwszym porannym rejsem wypływamy.
W oczy rzuca nam się jeszcze jedna reklama - linie lotnicze organizują wycieczki do Grenlandii. Nie możemy odpuścić takiej okazji - rezerwujemy miejsca na pokładzie samolotu.

Dzień 14. Maskonur atlantycki jest narodowym ptakiem Islandii i naszym ulubionym pierzastym stworem. Dzięki czarno-białej szacie, kolorowemu dziobowi i temu specyficznemu rysunkowi pod oczami wygląda jak żywa maskotka. I wreszcie mogliśmy je osobiście złapać w kadr - siedzące na wodzie, biegające po niej i startujące do lotu. W locie okazały się zbyt szybkie. Te siedzące przed gniazdami na wysepce były zbyt daleko - łódź nie mogła podobno ze względów technicznych podejść bliżej.
Na morzu jak to na morzu - zimno i mokro. A gdzie się najlepiej wygrzać? W jakimś ciepłym basenie oczywiście, a jeśli to jeszcze połączyć z relaksem i zdrowotnymi maseczkami wyjdzie nam słynna Błękitna Laguna (fot.), do której wiedzie szara wstążka szosy rozwinięta pomiędzy lawowymi polami, otaczającymi elektrownię termalną, klinikę i teren basenu. I nawet lejący się na głowę deszcz nie przeszkadza, gdy po szyję człowiek zanurzony jest w przyjemnie ciepłej wodzie. I chociaż byli tacy, co przy pierwszych kroplach uciekli, my za cierpliwość zostaliśmy nagrodzeni bezchmurnym niebem i powodzią słońca po kilkunastu minutach deszczu.

Dzień 15.

Przez pokryte jasnozielonym lub żółtawym mchem pola lawy skierowaliśmy się znów na wschód i tak droga zaprowadziła nas do Krýsuvik z jego samotnie stojącym poza wioską na wzgórzu zabytkowym kościółkiem (fot.) i bulgoczącymi błotami Seltún i Fúlipollur. Tu pary jest niewiele, woda nigdzie nie tryska (przynajmniej nie zauważyliśmy), za to są ziemne misy wypełnione szarą mazią, która sobie wrze w rytm pojawiających się na powierzchni i pękających bąbli błota (fot.).
Powoli i spokojnie, pławiąc się w słońcu toczyliśmy się wybrzeżem na wschód, aż odbijamy w głąb kraju, bo pora znowu opuścić asfalt i posmakować górskich dróg.
Pierwsza z nich wiedzie nas do doliny Landmannaaugar. Wleczemy się kilometrami krętą, wyznaczoną łychą maszyny i śladami opon szarą drogą pośród szarego krajobrazu. Przy wjeździe w granice parku Narodowego Fjallabak przypomnienie o zakazie off-roadu - tabliczka ogłasza: "Jeździmy drogami, chodzimy szlakami". Jedynie wszędobylskie owce nie muszą przestrzegać tych nakazów i w poszukiwaniu każdego źdźbła trawy wędrują nawet przez tę pustynię. Ta droga nie jest jeszcze taka zła - poruszają się nią nawet osobówki i nieliczne klasyczne kampy na niewielkich kółkach. Ale do czasu - do momentu, gdy tuż przed kampingiem drogę przecinają dwa nurty rzeczne. Przed pierwszym brodem tabliczka z pytaniem "Czy twój samochód jest w stanie pokonać bród?" i listą bardziej szczegółowych pytań, odpowiedzi na które dają tą najważniejszą. Dla nas rzeka nie stanowi przeszkody, więc po króciutkiej chwili przejeżdżamy przez wodę. Osobówki i kampy muszą pozostać na wciętym w zbocze góry parkingu przed rzeką, którą piesi mogą pokonać drewnianą kładką.
Zmiana drogi i krajobrazu w tym przypadku równała się zmianie aury - słońce zostało na wybrzeżu, a w górach powitały nas chmury i niższa temperatura. Mżawka zniechęciła nas do spacerów dalszych niż wokół kempingu, wieczór spędziliśmy więc przygotowując ciepłą kolację i rozkoszując się nią w przytulnym wnętrzu samochodu i ze współczuciem obserwując tych, którzy walczyli z rozbijaniem lub składaniem namiotu. Zasnęliśmy z nadzieją, że następnego dnia przynajmniej nie będzie padać.

Dzień 16.

Jeden z naszych najpiękniejszych dni w Islandii rozpoczął się pokapującym deszczykiem i chmurami spowijającymi niebo i szczyty gór. Trudno, nie będziemy przecież siedzieć na kampingu i czekać na zmiłowanie pogody. Skrywamy się pod nieprzemakalną odzieżą i rozpoczynamy wspinaczkę na coś, co można by nazwać wielkim wałem z szarej lawy.
A to, co najważniejsze i najpiękniejsze, skrywa się po jego drugiej stronie - góry malowane w fantazyjne wzory żywymi barwami, jakie tylko natura potrafi wymyślić. Słonce wyjrzało z powiększającej się z minuty na minutę szczeliny w chmurach i ożywiło kolory, na wodach strumieni pojawiły się srebrzyste odblaski. To widok, który potrafi zaprzeć dech w piersiach. Brakuje nam słów, żeby to opisać, do głowy przychodzi tylko jedno określenie - ziemia nie z tej Ziemi (fot.).
Zakreśliwszy szlakiem koło wracamy na kemping i po małej przekąsce idziemy wymoczyć się w rzece. Przebrani w stroje kąpielowe wchodzimy do płytkiej po kolana, parującej wody. Śladem innych pół-siadamy, pół-kładziemy się skrywając ciała w ciepłej wodzie, a twarze wystawiając w stronę grzejących promieni słońca. Można tak siedzieć długo, zawierając nowe znajomości, wymieniając plotki i wakacyjne opowieści.
Nieustająca loteria pogodowa wylosowała na popołudnie deszcz, który wygonił nas z rzeki i doliny. Dla nas zawsze jest on znakiem, że dość nasiedzieliśmy się w jednym miejscu i że czas ruszać dalej.
A dla nas dalej oznaczało kierunek wschód i południowy wschód, dokoła lodowca Mýrdalsjökull. Bez pośpiechu, pozostawiając deszcz gdzieś za rufą, podjechaliśmy na parking w dolinie Eldgjá i przy zachodzącym słońcu ruszyliśmy na spacer do schowanego w głębi doliny wodospadu Ófaerufoss.
Nie chcąc jechać nocą (chodzi oczywiście o niepowetowaną utratę możliwości podziwiania krajobrazów i robienia zdjęć) zostajemy na tym pustkowiu do rana. A może rano znów wyjrzy słońce i jeszcze raz przespacerujemy się, tym razem do oświetlonego porannym słońcem wodospadu?

Dzień 17.

Niestety, w nocy deszcz się tak rozochocił, że wcale nie zamierzał przestać. Więc po śniadaniu zbieramy się i ruszamy na południe, z nadzieją, że na wybrzeżu pożegnamy się z chmurami.
Docieramy do Vik i niestety wciąż leje na potęgę. Przytulna knajpka jest pełna, nawet nie ma gdzie stanąć, nie mówiąc już o miejscu siedzącym. Dlatego zadowalamy się własną kawą zaparzoną w samochodzie. Zmów zakładamy przeciwdeszczowe stroje i mimo deszczu idziemy na spacer zobaczyć na własne oczy czarną plażę i rozmazane kontury skał Reynisdrangar (fot.). Plaża Vik (fot.), dość typowa dla Islandii, znalazła się w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych plaż świata wg jednego z amerykańskich magazynów.
Reynisdrangar z daleka nas nie zadowala i szukamy innego miejsca, z którego będzie można podziwiać skalną koronę. W ten sposób lądujemy na Starej Drodze - wyżłobionym w stromym zboczu szlakiem przeznaczonym wyłącznie dla samochodów 4x4. Nikt nie postawił oznaczenia, ale wydaje nam się, że wzniesienie to ma co najmniej 15, miejscami nawet 20%. Dla nas, a właściwie dla samochodu, to pikuś. Wdrapaliśmy się na szczyt klifu, z którego mieliśmy widok i na cały Vik i na czarne plaże ciągnące się na wschód i na zachód. No i na Reynisdrangar, które okazało się nie kręgiem, ale rzędem skalnych, nieregularnych iglic (fot.). Z daleka, lekko zamglony, widzieliśmy też olbrzymi łuk i białą kropkę latarni morskiej w Dyrhólaey (fot.), który był następnym punktem w naszym programie.
Zanim tam dotarliśmy, deszcz postanowił dać nam wreszcie spokój i nawet zza chmur zaczęło wyglądać słońce. Nadało ono żywszych barw brązowym klifom i zielono-żółtym trawom. A na klifach Dyrhólaey - kolonia maskonurów. Można podjeść bardzo blisko, na kilka kroków wręcz, na wyciągnięcie ręki (fot.).
Znowu jedziemy na zachód szarą nitką obwodnicy, która pod wieczór doprowadza nas do Skógar, gdzie u stóp imponującego Skógafoss rozłożyła się niewielka osada. W ostatnich promieniach słońca wchodzimy na teren skansenu, dokąd ściągnęły nas zdjęcia na pocztówkach przedstawiające zabudowania tradycyjnej swego czasu torfowej farmy (fot.).

Dzień 18.

Zostawiliśmy skryty w cieniu zbocza wodospad i po umówieniu się na wycieczkę na lodowiec, ruszyliśmy na szlak w górę wodospadu i w górę rzeki (fot.). Pilnując czasu zarezerwowanej wycieczki nie mogliśmy sobie pozwolić na zbytnie oddalenie się od wioski. Dlatego też, biorąc pod uwagę czas poświęcony licznym przystankom na zdjęcia, daleko nie zaszliśmy, gdy już musieliśmy wracać.
Jęzory lodowców w Islandii najczęściej pokrywają warstwy czarnego pyłu wulkanicznego (fot.). Stąd zamiast białej lub połyskującej błękitem tafli lodu, przed naszymi oczami rozciągał się czarno-biały krajobraz, a raki wbijały się w mieszaninę lodu i piasku.
Grupka nasza była mała, składała się z czwórki Holendrów, jednego Rosjanina i nas, nie licząc przewodnika, który ciekawie opowiadał o islandzkich lodowcach i wyczerpująco odpowiadał na nasze dodatkowe pytania.
Wczesne popołudnie pozwoliło oświetlić i ukazać w pełnej krasie pionową ścianę wodospadu. Teraz, po wizycie na lodowcu, nadszedł czas na zdjęcia i ekstremalną kąpiel Jacka pod wodospadem.
Późnym popołudniem po uzupełnieniu zapasów zrobiliśmy podejście do doliny Thorsmörk (fot.), o której czytaliśmy, że jest wybitnie niedostępna - strzeżona z trzech stron przez góry i lodowce, z czwartej teoretycznie otwarta, ale jedynie dla mocnych samochodów terenowych. Pojechaliśmy północną stroną doliny. Droga, wyraźnie zaznaczona na mapie, z początku wyglądała dobrze. Kiedy jednak nagle się urwała w połowie zbocza, to nie było to zabawne. Szerokie, płaskie dno doliny poprzecinane siatką i labiryntem cieków wodnych nie zachęcało do przeprawy na przestrzał. Mętne wody rwały wartko i nie pozwalały dostrzec głębokości i innych pułapek skrywających się na dnie. Różnie można nas nazwać, ale szaleńcami nie jesteśmy i niepotrzebnego ryzyka unikamy. Wycofaliśmy się z doliny. Na razie. Następnego dnia postanowiliśmy znaleźć inną drogę.

Dzień 19.

Po stronie południowej ciągnie się zupełnie dobra droga (na mapie wygląda dokładnie tak samo jak ta wypróbowana przez nas poprzedniego dnia), która rozwidla się w jednym miejscu. Prosto leci dalej w głąb doliny, a jej odnoga skręca przez bród do położonego po drugiej stronie rzecznej siatki kampingu (fot.). W kilku miejscach w Islandii spotkaliśmy się z oznakowaniem brodów, ale tu takiego nie było. Przez chwilę staliśmy samotnie, zastanawiając się, którędy i jak jechać. W natłoku możliwości (prawa lub lewa strona po różnych łukach, środkiem itd.) i z braku lepszego pomysłu ruszyliśmy po prostu przed siebie. Po chwili woda zalała nam maskę i przednią szybę. Serca na ułamek sekundy nam się zatrzymały (nie mamy w aucie snorkela), ale samochód parł dalej naprzód. Gdy wreszcie znaleźliśmy się po drugiej stronie, na suchym lądzie, maska do góry - najważniejszy element, czyli filtr powietrza był suchy. Prawie ucałowałam naszego Potwora. Uspokojeni ruszamy na szlak. Jak przejechaliśmy w tę stronę to i damy przecież radę wrócić.
Powrót okazał się znacznie mniej ekscytujący i trzęsący, a woda nie sięgnęła nawet nadkoli. Tuż przed naszym odjazdem na kemping wjechała kawalkada islandzkich potworów z turystami. Skorzystaliśmy z ich przybycia i jadąc wyraźnym, bo świeżym, śladem olbrzymich kół bród pokonaliśmy szerokim łukiem w płytszej wodzie i po równym dnie.
Nie był to jeszcze jednak czas rozstania z samą Thorsmörk. Za rzeką skręciliśmy w lewo, w jej głąb. W miejscu, gdzie kończyła się droga, zostawiliśmy samochód i znów pieszo ruszyliśmy na szlak - zdobyć jeden z otaczających dolinę szczytów.
Zanim odjedziemy, postanowiliśmy zobaczyć jak najwięcej z tego co dolina i chociaż część otaczających ją szczytów, mają do zaoferowania.

Dzień 20.

Ponieważ (jak wspomniałam wcześniej) zachciało nam się wykonać mały skok przez Atlantyk i postawić stopy na grenlandzkiej ziemi, zarezerwowaliśmy lot z Rejkiawiku, a termin wycieczki się zbliżał, to i my zaczęliśmy się powoli zbliżać ponownie do stolicy, po drodze zahaczając o kilka miejsc w obrębie Złotego Trójkąta.
Jednym z nowych miejsc, które tego dnia odwiedziliśmy były: jedna elektrownia wodna i jedna elektrownia geotermalna. Na przystępnych schematach multimedialnych pokazano nam zasadę działania, obejrzeliśmy makiety i modele. I poczuliśmy się mądrzejsi mogąc zobaczyć na własne oczy to, o czym wcześniej tylko czytaliśmy.

Dzień 21.

Organizujemy sobie dzień w stolicy, ale tym razem porzucamy zwiedzanie turystyczne i wybieramy się na zwiedzanie sklepów, przerwane dla relaksu wizytą na basenie. Dzień marketów i salonów nie jest jednak czymś godnym większej uwagi w takim miejscu jak to, więc szybko przeskakujemy z relacją w kolejny dzień.

Dzień 22.

Nocujemy blisko lotniska, żeby w żadnym wypadku się nie spóźnić na samolot i już po ósmej rano siedzimy w poczekalni.
O dziesiątej z minutami startujemy. Mały samolocik bierze rozbieg i fruu! Lot trwa dwie godziny, ale nie ma czasu na nudę. Najpierw podziwiamy oddalające się brzegi Islandii. Gdy znikają nam już z oczu i widoki przesłania warstwa chmur, dostajemy paczki z drugim śniadaniem, a sympatyczna stewardesa roznosi gorącą herbatę i kawę. Śniadanie - zależy co kto lubi, ale na deser jest nasz batonik PrincePolo (które tu króluje w każdym sklepie). Ledwo kończymy jeść i dopijać dolewkę kawy pod nami pojawiają się pierwsze góry lodowe (fot.). W samolocie następuje poruszenie.
Po chwili zaczynamy obniżać lot i coraz wyraźniejsze stają się brązowe szczyty upstrzone białymi połaciami śniegu. Lądujemy na lotnisku, które powstało w latach czterdziestych XX wieku jako część bazy wojskowej amerykańskiej armii. Płytę pasa stanowi niezmiennie od tamtych czasów ubita, uklepana ziemia, ale samolotom i pilotom to jakoś nie przeszkadza (fot.).
Po przejściu przez kontrolę spotykamy naszego przewodnika, którym okazuje się mieszkający w Kulusuk autochton, zatrudniony przez linie lotnicze do obsługi wycieczek.
Przewodnik zabiera nas szlakiem na przełaj przez pokryte mchami i kwiatami wzgórza do wioski (fot.). Po drodze opowiada o Grenlandii ogólnie, o przyrodzie, o dawnych zwyczajach jej mieszkańców. Aż docieramy do szczytu wzgórza, z którego rozciąga się widok na wioskę. Kolorowe domki, rozsypane nad brzegami jeziora, w którego wodach odbijają się okoliczne góry, a po powierzchni snują się śnieżnobiałe kry.
Wchodzimy na drogę i zanurzamy się pomiędzy pierwsze zabudowania (fot.). Z bliska obrazek nie jest już taki sielski. Domki są małe, farba odpada od drewnianych ścian, dokoła walają się śmieci. Pomiędzy zabudowaniami stoją zardzewiałe wraki samochodów i jakichś maszyn (bardzo prawdopodobne, że jednak wciąż działające). Zwiedziliśmy miejscowy sklep i pocztę (z małymi zakupami włącznie - kartki z takiego krańca świata trzeba było obowiązkowo wysłać do kilku osób). I sklep z typowymi pamiątkami - rzeźby i ozdoby z kości wielorybów, wyroby z foczej skóry. I pracownię miejscowego rzeźbiarza, który te drobiazgi wykonuje. I kościół (fot.).
A potem czekał nas pokaz zakazanego przez długi czas przez miejscowego proboszcza tradycyjnego tańca bębna (fot.). Starszy już Eskimos wyszedł na naturalną scenę, jaką tworzył skrawek płaskiej przestrzeni na klifie nad brzegiem jeziora. Wykonał kilka pieśni i tańców, z których nie zrozumieliśmy nic. Na szczęście przewodnik streścił ich treść i wytłumaczył znaczenie. Po tańcach na błękitnej tafli wody pojawił się długi, wąski kajak z foczych skór (fot.). Łowca i jednocześnie sołtys wioski dał pokaz pływania i polowania przy pomocy harpuna na foki.
Nasza mała wizyta na grenlandzkiej ziemi zbliżała się już powoli do końca. Część wycieczki wróciła pieszo, tym razem nie na przełaj, lecz drogą na lotnisko. Część, w tym ja, wybrała inne rozwiązanie - łodziami pomiędzy górami lodowymi (fot.). Była nas na łodzi trójka turystów i wierciliśmy się nieziemsko robiąc zdjęcia na wszystkie możliwe strony.
Na lotnisku zostało nam już dosłownie kilka minut i wsiadaliśmy ponownie na pokład samolotu. Start, oddalające się brązowo-białe brzegi Grenlandii i już stewardesa roznosi obiad. Kończymy zmaganie z deserem w postaci PrincePolo i już pojawia się Islandia i zabudowania Reykiaviku.
I tak kończy się nasza jednodniowa wycieczka przez Atlantyk. Skubnęliśmy tylko z brzegu ten kraj, ale grzechem byłoby tego nie zrobić będąc już tak blisko. Zwłaszcza, że pogoda nam dopisała jak mało kiedy.
Po powrocie z Grenlandii robimy większy skok, aż do Vik, od którego następnego dnia rozpoczynamy kontynuację naszej wędrówki na wschód.

Dzień 23.

Wygodna szosa wiedzie nas do Núpsstadur - starej farmy, która przycupnęła u podnóża góry. Zanim przeprowadzono przez ten teren obwodnicę, jedyną możliwością podróży między wschodem i zachodem kraju była konna przeprawa przez zdradliwą równinę poprzecinaną rwącymi nurtami płynących spod lodowców strumieni i rzek i to pod opieką dobrego przewodnika. A najlepsi podobno pochodzili właśnie z tej farmy. To już jednak historia zapisana w opowieściach, a na terenie farmy jest też historia bardziej namacalna w postaci XVIII-wiecznej kapliczki skrytej pod murawą (fot.), zabudowań torfowych i żółto-czerwonego jeepa willysa, który samochód przypomina niestety tylko z większej odległości.
Trochę nam się pomieszało i z tego pośpiechu przegapiliśmy dwie inne zaplanowane atrakcje. Wróciliśmy się do Dverghamar, żeby zobaczyć bazaltowe kolumny (fot.). Do drugiego miejsca - "skalna posadzka" w Kirkjugólf - już nie wracaliśmy, bo z jego kierunku sunęły po niebie czarne chmury. My znajdowaliśmy się w świetle słońca i tak chcieliśmy pozostać. Zamiast więc wjeżdżać w strefę chmur uciekaliśmy od nich. I tak dotarliśmy do Parku Narodowego Skaftafell.
Zauważyliśmy, że wszystkie większe wodospady w Islandii są naj - najpotężniejszy (Dettifoss), największy (Gulfoss), najpiękniejszy (Skógarfoss), a najbardziej uroczy - Svartifoss dopiero na nas czekał. Skryty pośród wzgórz Parku, opada niewielką kurtyną przelatując obok bazaltowych kolumn tworzących ścianę klifu (fot.). Upalnego, bezwietrznego dnia nie jest w stanie nawet schłodzić pobliski lodowiec. Czegóż można się więc po Jacku spodziewać w takiej sytuacji? No tak - prysznica pod wodospadem, a potem schnięcia w promieniach słońca w czasie drogi powrotnej na parking (muszę przyznać, że z podziwem oglądały się w tej drodze za nim wszystkie przedstawicielki płci słabszej, bez względu na wiek, czyli od lat pięciu do stu pięciu).
Jakby czując przez skórę zmianę pogody i chcąc wykorzystać sprzyjającą aurę pognaliśmy prosto do Jörkulsárlón - lodowej laguny, lub jak inni ją nazywają - jeziora (fot.). To zaczarowane miejsce, gdzie lodowiec schodzi nad brzeg jeziora, gdzie tafle lodu odłamują się i dryfują w spokojnych wodach, aż docierają do rzeczki (najkrótsza w Islandii - ma raptem kilka metrów) i w porze odpływu uciekają na ocean. W szale zwiedzania zamieniliśmy naszego Potwora na miejscową amfibię i pojechaliśmy-popłynęliśmy na wycieczkę po lagunie pomiędzy górami lodowymi.
Ostatnia noc spędzona u stóp lodowca dała nam w kość wyjątkowo niską temperaturą, postanowiliśmy więc uciec z jego zasięgu. I zatrzymując się z tylko naprawdę ważnych powodów (np. stado łabędzi w lagunie, niezwykle piękny widok zamglonego klifu, stok góry schodzący wprost do morza i wiele innych, którym trzeba było koniecznie zrobić zdjęcia) gnaliśmy na wschód, by w pewnym momencie odkręcić na północ.

Dzień 24.

Zostało nam jeszcze sporo Islandii do przejechania i kilka dni do promu powrotnego. Ciężko się zdecydować, ale w tym wypadku nie mieliśmy większych wątpliwości - chcemy do Viti - niewielkiego krateru w sercu wyspy i niegościnnej kaldery (o czym w szczegółach później). Do Askja jednak spora odległość, a po drodze chcieliśmy zajrzeć jeszcze w kilka miejsc.
Jednym z takich miejsc była bodaj największa elektrownia wodna w Islandii, udostępniona dla zwiedzających. Niestety, na miejscu w centrum informacji okazało się, że elektrownia jest otwarta dla turystów tylko przez ograniczony czas w roku. Spóźniliśmy się jakieś trzy tygodnie.
Na pocieszenie i by napełnić burczące z głodu żołądki (jakoś nie potrafiliśmy się wcześniej zabrać za jakiś posiłek) zatrzymaliśmy się w Klausturkaffi - pięknej, czarno-białej kamiennej budowli. Niegdyś klasztor, obecnie mieści w sobie muzeum i knajpkę z przepysznym, robionym na miejscu jedzeniem (fot.). Tak się złożyło, że trafiliśmy na "cake buffet" - do wyboru do koloru ciast i łakoci, plus coś na pikantnie oraz napoje gorące wszelkiego asortymentu. Jedna stała opłata i można częstować się do woli i brać tyle dokładek ile da się radę zjeść. Dokładek nie braliśmy, bo żołądki jednak nie są aż tak elastyczne, a próbowaliśmy wszystkiego po troszku, z czego i tak wyszła wielka uczta.
Plątaliśmy się wokół jeziora Lagarfljót chyba jednak za długo. A może trzeba było nad nim zostać do rana? Tak czy inaczej ruszyliśmy w dalszą drogę do Viti zjeżdżając z asfaltu w górską drogę. Wjechaliśmy w nią za późno - a szkoda. Zanim dotarliśmy do schroniska zrobiło się zupełnie ciemno, a po drodze ominęło nas w tej ciemności sporo widoków. I o ile dla samych oczu światła było jeszcze dość, to jednak dla aparatu było go już zbyt mało, by wyszły idealne zdjęcia.
A szlak, który nas wiódł w głąb kraju jest istnym kalejdoskopem - widoki zmieniały się co chwila, czerń lawy (fot.) przechodziła w łagodne pagórki pokryte jasno-beżowym żwirkiem pumeksu, który z daleka wyglądał jak łachy piasku. Czasem pojawiały się niewielkie oazy zieleni w postaci kęp zielonej trawy. Po chwili znów księżycowy krajobraz z czarnej lawy. Tego się nie da opisać - to trzeba zobaczyć. I nie dziwimy się Armstrongowi, że przed wylotem w kosmos w tym rejonie przygotowywał się do spacerów po księżycu.

Dzień 25.

. Poszarpane skały spowite były z rana mgłą (fot.). Niebo zasnute szarymi chmurami. Mimo to ruszyliśmy spod majaczących w białym oparze zabudowań schroniska do Viti (fot.).
Mijaliśmy wiele kraterów, podziwialiśmy Heksę, na inne nawet się wspinaliśmy. Cóż więc jest takiego w tym jednym małym, niepozornym kraterku? Otóż jest to możliwość kąpieli w ciepłych wodach skrytego na jego dnie jeziorka.
Zostawiamy więc samochód na niewielkim placu, noszącym szumną nazwę parkingu i ostatnie dwa kilometry pokonujemy piechotą. Pomimo niesamowicie silnego wiatru, niosącego cały chłód pobliskiego lodowca, chętnych do kąpieli nie brakuje. Akcja przebierania się (w obie strony) za każdym razem i w każdym przypadku była przeprowadzana ekspresowo - nie tylko ze względu na panującą temperaturę. Trzeba było po prostu ścigać się z wiatrem, kto pierwszy chwyci poszczególne części garderoby.
Droga do i z Askja, gdzie znajduje się Viti, to przygoda sama w sobie. I nie mówię tu tylko o brodach do pokonania, o górkach do wspinania. Te krajobrazy! (fot.) Ktoś określił to miejsce "surową pustynią". Pod względem fauny i flory - może i tak, chociaż są i miejsca, na których przedstawiciele obu światów wbrew wszystkiemu się pojawiają. Za to pod względem widoków, zmieniających się jak w kalejdoskopie, to kraina niezwykle bogata. I tylko jednego nam zabrakło - odrobiny słońca, które uparcie skrywało się za chmurami.

Dzień 26.

Jakimś cudem znów znaleźliśmy się na jedynce. Po króciutkim wahaniu skierowaliśmy się na północ, gdzie pławiliśmy się w promieniach słońca spacerując czarnymi plażami zapełnionymi wyrzuconym przez morze drewnem (fot.), a później pławiliśmy się we mgle spacerując czarnymi plażami zapełnionymi wyrzuconym przez morze drewnem. W takiej mgle zawędrowaliśmy na najbardziej na północ wysunięty skrawek Islandii (nie licząc mniejszych wysepek). Stąd już tylko są trzy kilometry do linii Koła Polarnego - niestety wodą. Na cypelku, kilka metrów od latarni morskiej znaleźliśmy dwa, w połowie rozsypane szałasy, porośnięte gęstwą zieleni.
Od latarni pozostał już tylko mały kawałek drogi wybrzeżem do klifów Raudanes, gdzie natura w parze z czasem wyrzeźbiła w pionowych ścianach groty i jaskinie, łuki, iglice i inne fantazyjne skalne kształty (fot.). Nieźle oznakowana trasa zatacza koło najpierw brzegiem, potem przez owcze pastwiska ponownie na parking. W szczególnie interesujących punktach ustawione są tabliczki z numerami kolejnych atrakcji szlaku. Pogoda się nad nami ulitowała i pozwoliła wyjrzeć słońcu.

Dzień 27.

Bardzo powoli zjeżdżaliśmy wzdłuż brzegów wschodnich fiordów na południe. Rano było OK., ale nad głowami zawisły nam kłęby chmur, które z każdą minutą schodziły niżej. Wspinamy się więc na grzbiety gór, tonąc jednocześnie w szarych oparach, które ograniczają widoczność do kilku metrów. Na szczycie znajdujemy się ponad chmurami i pod błękitnym, rozświetlonym słońcem niebem. Nie na długo, bo musimy jechać dalej, a w dole znów chmury i mgła.
Około południa docieramy do Egilssadur, gdzie odwiedzamy basen, idziemy na obiad, robimy ostatnie zakupy na drogę. Plączemy się jednym słowem po okolicy, powoli przyzwyczajając się do myśli, że następnego dnia wsiadamy na prom i to już koniec wyprawy.
Przy wyjeździe z miasta zauważamy coś w rodzaju szrotu. W oczy rzucają nam się stare willisy i gazy. Zatrzymujemy się przy tym swoistym mauzoleum motoryzacji i na wielkim placu pośród zwykłego złomu odkrywamy kilka perełek, które rdzewieją powoli. A szkoda, bo niektórych ze znajdujących się tu modeli nie spotkaliśmy w żadnym odwiedzonym przez nas muzeum.
W końcu wyruszamy powoli do nieodległego Seydisfjördur, ale wleczemy się krętą drogą 20 - 30 km/h we mgle za autobusem. Ani my, ani nikt za nami w takich warunkach nie zamierza wyprzedzać. Zresztą, prom mamy dopiero rano, nigdzie nam się już dziś nie spieszy.

Dzień 28.

Od rana siąpi. Mówimy sobie, że to Islandia płacze z powodu naszego rozstania. Jesteśmy spakowani i naszykowani na prom. Tym razem zabieramy ze sobą śpiwory, bo miejsca mamy w kuszetce, gdzie zostawiamy bagaże. Promu już nie zwiedzamy, bo go znamy. Patrzymy więc tylko, jak na pokład wjeżdżają ostatnie samochody i jak islandzkie brzegi pozostają powoli za rufą.
Teraz czeka nas dwie doby na pokładzie zanim dobijemy do duńskiego portu w Esbjerg.

Dzień 29 i 30.

Na promie spędzamy nieco więcej czasu niż to było planowane - zamiast przed południem na ląd zjeżdżamy wieczorem. Złe warunki pogodowe na Atlantyku i na Morzu Północnym zmuszają nas (to znaczy prom) do zwolnienia tempa i mamy opóźnienie.
Próbujemy robić różne rzeczy, by nie zanudzić się na śmierć - spotykamy kilku znajomych z trasy do Islandii i trochę czasu upływa na pogawędkach, gramy w karty (kupiliśmy w Islandii) wymyślając nowe wersje starych gier, idziemy do kina, na siłownię, śpimy, plączemy się po pokładach.
I gdy opuszczamy prom, gdy koła dotykają asfaltu, czujemy wyraźniej niż jeszcze dzień wcześniej, że to już - KONIEC.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
     Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo