fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Mołdawia Moldova Mołdawia MD
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Rumunia Romania Rumunia RO
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
2013
GRECJA
GRECE

Galeria zdjęć 2013 / Gallery - 2013

Not avilable in English.

Tam między innymi byliśmy:

Dzień 1.
I w tym roku obsuwa ze startem, bo trzeba jeszcze przed wyjazdem pozamykać kilka spraw, a zawsze coś jeszcze wyskoczy w ostatniej chwili. W końcu o 16:00 - startujemy.
Po raz kolejny jedziemy tą samą trasą na południe, już nie używamy mapy, drogę prawie na pamięć znamy. I nie dzieje się nic ciekawego aż do granicy słowacko-węgierskiej. Każdy samochód jest zatrzymywany przez słowackiego policjanta, który świecąc latarką po oczach sprawdza winiety.

Dzień 2.
Ok 6:30 budzimy się przy autostradzie gdzieś za Budapesztem, a przed 9 dojeżdżamy do granicy. Jak zwykle jest kolejka, ale nie ma jeszcze tragedii.
Dalej tniemy autostradą, z której zjeżdżamy dopiero w Serbii, by dotrzeć do granicy macedońskiej. Mały kraj, więc powinniśmy w miarę szybko przejechać.
Jednak zatrzymujemy się przy autostradzie obok kapliczek i maleńkiego klasztoru. Chcemy rozprostować kości i zrobić jakieś zdjęcie. Wpadamy w oko pracownikowi sklepiku z pamiątkami. Nudzi mu się najwyraźniej, bo nikogo poza nami nie ma, więc do nas zagaduje. Chyba przy okazji chce potrenować angielski, bo chętnie rozmawia w tym języku. Swoimi ojczystymi mowami posiłkujemy się jedynie, gdy braknie mu lub gdy nie rozumie jakiegoś słowa. Po kilku słowach zaprasza nas na kawę. Zastrzegł też od razu, że nie chce żadnych pieniędzy, po prostu jest gościnny.
Po małym wahaniu przyjmujemy zaproszenie. Popijając kawę i herbatę (macedońską, czyli parzony rumianek) rozmawiamy o przeróżnych sprawach. Nasz gospodarz jest bardzo ciekawy świata i zadaje masę pytań.
Jedno z nich sprawiło nam szczególny problem
- Czy, gdybym przyjechał do Polski, to dostałbym przy drodze kawę tak po prostu?
No i jak mu odpowiedzieć, że nie? Po ubiegłorocznej i dzisiejszej gościnności aż nam było głupio przyznać, że u nas ludzie już nie są tacy gościnni.
Gdzieś na początku rozmowy wspomnieliśmy wyraźnie, że rok temu zwiedziliśmy praktycznie całą Macedonię. Dlatego bez wyrzutów sumienia, na pytanie o cel podróży, odpowiedzieliśmy, że jedziemy do Grecji. To jednak i tak wywołało falę.
- Ci Grecy nie są dobrzy.
- Dlaczego?
- Was, czyli Polaków, Niemców, Francuzów, Anglików i innych z Unii, okradli z dinków, nas Macedończyków okradają z historii. Aleksander był naszym królem, nie ich. Był Macedończykiem. A oni nam jeszcze zabrali ziemię. A to przecież TU jest prawdziwa Macedonia. Ale my jesteśmy spokojni ludzie, my się nie obrażamy i nie wojujemy. Nasz kraj jest piękny i się z tego cieszymy. A ci Grecy to źli są. Nie podoba im się, że mamy swój kraj, nie lubią nas i mają do nas pretensje.
Cóż, dyskusja zaczęła zbaczać na niebezpieczne tematy polityczno-historyczne, na które nie mieliśmy ochoty rozmawiać. Nie nam rozstrzygać zaszłości sprzed paru tysięcy lat, a i nie chcemy oceniać ludzi, których sami nie znamy. Ponieważ też już zaczęło się ściemniać, pożegnaliśmy się serdecznie, bo przed nami jeszcze kawał drogi.
Nie daliśmy jednak rady dotrzeć do Grecji. Zjechaliśmy, jak to było zaplanowane, koło Veles z autostrady i od razu poszukaliśmy jakiegoś ustronnego zakątka na nocleg. Po tylu godzinach jazdy i raptem drzemaniu poprzedniej nocy, kręciło nam się już w głowach i dalsza jazda na siłę nie miała sensu.

Dzień 3.
Do greckiej granicy dojeżdżamy bez problemu i bez kolejki. Przed nami raptem trzy samochody, a dokoła atmosfera sjesty - pusto, cicho (tylko ptaki świergotają). Tylko w jednej budce ktoś jest i przegląda dokumenty podróżnych. Kilka minut, potem strona grecka i już. To są właśnie uroki małych, bocznych przejść granicznych.
Teraz czeka nas już tylko kilkadziesiąt kilometrów, głównie górskimi serpentynami, do jezior - Preszpańskiego i Małej Preszpy.
W końcu stajemy na rozjeździe i musimy zdecydować, od którego jeziora zaczynamy. Pada na Małą Preszpę.
Bez problemu znajdujemy zjazd do wejścia na most pontonowy prowadzący na wysepkę Agios Achilleos. Na wyspie jest kilka historycznych obiektów - kościołów, najstarszy pochodzi z Xw. Większość jednak to już tylko ruiny.
Przed ruinami bazyliki natykamy się na drzewo morwowe. Jest pełne owoców, a część z nich jest bardzo dojrzała. Są niesamowicie słodkie i pyszne, ale też bardzo delikatne i ledwo dotknięcie powoduje, że sok leje się strumieniami. Ja kończę więc na jednym owocu, ale Jacek nie odpuszcza. Profilaktycznie, po wcześniejszych doświadczeniach, ściągnął koszulkę i oddał mi ją razem z kamerą i swoim aparatem. Tym sposobem zamieniłam się w tragarza, a on już po chwili miała całe ręce czerwone, jak skąpane we krwi. Na razie musi tak chodzić, bo nie ma zejścia do wody i nie ma jak się umyć.
- Jeszcze ktoś cię weźmie za mordercę - pozwalam sobie na żart.
I już po chwili okazuje się, że te słowa były prorocze. Przed wejściem do bazyliki napotykamy grupkę turystów. Na widok Jacka kobiety zakrzyknęły po angielsku:
- Kogo zabiłeś? Nie rób nam krzywdy! Błagamy o litość!
Widzimy, że się śmieją, ale i tak usiłujemy wyjaśnić sytuację.
- Ja tylko jadłem owoce … To sok.
- Tak, tak! My też ich próbowaliśmy - i pokazują swoje ręce ze śladami soku na palcach.
Po kilku dalszych słowach i żarcikach rozstajemy się i każdy idzie w swoją stronę.
Jest gorąco i nie chce nam się obchodzić całej wyspy. Skręcamy więc na ścieżkę powrotną.
Na wyspie jest kilka zabudowań, są więc i zwierzęta gospodarskie. Przy niewielkim molo wypatrujemy moczące się w wodzie trzy czarne woły. Nie wiem dokładnie, co to za rasa bydła, ale do popularnej u nas mućki im daleko. Podchodzimy bliżej, żeby zrobić kilka zdjęć, a one stoją w tej wodzie i przeżuwają. Nad powierzchnię wystają im tylko czubki głów i pyski. Po chwili ze zdziwieniem obserwujemy, jak jedno ze zwierząt zamyka oczy i nozdrza i nurkuje. Między nimi a powierzchnią wody pojawia się mała ławica ryb. Po chwili łeb się wynurza i nurkowanie zaczyna drugi zwierz.
Decydujemy się jeszcze na obiad w jedynej na wyspie knajpie. Z braku kurczaka (a przecież jakieś biegają po podwórzu), muszę zadowolić się stekiem wieprzowym. Jacek postanawia spróbować preszpańskiego karpia. A do tego sałatka grecka, która okazuje się dla mnie koszmarkiem. Jej składniki są po prostu utopione w oliwie i w ogóle nie czuję smaku ani pomidora, ani ogórka, ani nawet sera. Sam smak oliwy. Straszne.
Na poprawę humoru po takim nie do końca udanym obiedzie fundujemy sobie lody na deser. I tak sobie idziemy spacerowym krokiem przez most i rozglądamy się dokoła. I wypatrujemy w wodzie, miedzy łodygami sitowia, węża. Jakby tego było mało, złapał on żabę, z którą się teraz siłował. I nagle lody stały się problemem, bo zajmują ręce, a obie by się przydały do trzymania aparatu i robienia zdjęć.
Przejechaliśmy się do Psarades i - rozczarowanie. Nie ma obiecanej plaży. Same szuwary, a dla turystów jedynie deptak i łodzie do wynajęcia. Zawracamy więc i jedziemy nad Preszpę, gdzie wcześniej wypatrzyliśmy jakieś zejście do wody.
Plaży oczywiście nie ma, ale jest jakieś wycięcie w szuwarach z kawałkiem piasku na brzegu. Naszym Potworem bez problemu i wahania przejeżdżamy przez przecinkę w nieużytku prowadzącą do wypatrzonego wycięcia. Nie polecamy tej drogi samochodom osobowym.
Usiłujemy zrobić pontonową wyprawę do molo, na którym przesiadują pelikany. Te jednak dość szybko się płoszą i ze zdjęć nici. Pozostaje nam sama zabawa w wodzie i kąpiel na koniec dnia.

Dzień 4.
Chcieliśmy być cwani i przenocować nad Jeziorem Kastoriańskim, by już nie zatrzymywać się nad Preszpą, ale pojechać już w głąb kraju. Ostatecznie przenocowaliśmy, ale nie tak jakbyśmy chcieli. Dokoła brzegu same szuwary i zero dojścia do wody, by móc się wykąpać. Chyba tylko na pocieszenie zobaczyliśmy y kolejnego węża wodnego, a kilkanaście metrów od nas nocowały pelikany.
Jedziemy do Zagorii. Widzieliśmy na mapie dwie drogi - krótszą "główną" i dłuższą przez góry. Zaryzykowaliśmy jazdę przez góry, wyobrażając sobie offroad. A tu kicha i to podwójna. Nie dość, ze droga to nowy asfalt, to jeszcze nam się drogowskazy i mapa elektroniczna nie chcą zgodzić. Zjeżdżamy gdzieś w las mając nadzieję na skrót. Efekt jednak jest taki, że robimy koło po lesie i wyjeżdżamy ponownie w punkcie wyjścia. Dajemy sobie spokój i wracamy na główną drogę.
W Konitsa robimy małą przerwę na zakupy - pieczywo i owoce. Żołądki też się o swoje upominają, więc za nosem trafiamy do małej knajpki z grosami. Obsłużył nas szalenie uprzejmy pan (jak widzieliśmy po innych klientach, był uprzejmy nie tylko w stosunku do nas) i zaserwował przepyszne grosy. Jackowi tak zasmakował, że od razu zamówił drugiego.
Po drodze do Papingo przejeżdżamy przez kamienny most nad jakąś rzeką. Pod nim jest coś w rodzaju plaży i wygląda to kusząco. Póki co jednak jedziemy do wioski, a nad rzeką zatrzymamy się może w drodze powrotnej.
Zagórska, kamienna wioska jest bardzo urocza. Spójna. I pełna turystów. Podejrzewam, że o innych porach roku, gdy warunki pogodowe (temperatury) są bardziej sprzyjające pieszym wędrówkom, to ludzi jest tu jeszcze więcej.
Z przyjemnością przespacerowaliśmy się przez wioskę, ale ciągnie nas rzeka w dole.
Optymistycznie wskakuję w kostium , a tu woda okazuje się tak lodowata, że nie da się do niej wejść. Ochlapuję się więc tylko z grubsza. Jacek zupełnie rezygnuje z kąpieli i rozkłada się na kocu. Fundujemy sobie chwilę lenistwa.
Najpierw myśleliśmy, że zostaniemy tu na noc, ale jest jeszcze wcześnie, robić nie ma co, wykąpać się nie da. Ruszamy więc dalej w kierunku naszego następnego celu - Vitsa.

Dzień 5.
Dzięki wczesnemu wstawaniu i noclegowi blisko wioski możemy dość wcześnie ruszyć na szlak. Zanim jeszcze zrobi się zbyt gorąco.
Tuż za wioską dobiega nas przedziwna muzyka. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy, aż pojawia się źródło tej symfonii - stado owiec i kóz. A co jedno zwierzę, to inny dzwonek, który przy każdym ruchu dzwoni. Innym tonem. Coś przepięknego.
Początek schodów pokonujemy razem ze stadem, ale później się rozdzielamy.
Wyłożona kamieniami ścieżka, lekko przypominająca schody, zawiodła nas na dno wyschniętego wąwozu. Ani kropli wody w rzece. Dno zaścielają tylko wyschnięte, białe kamienie. Za to kamienny most z połowy XVIIIw. Robi wrażenie.
Przechodzimy nim na drugą stronami wędrujemy dalej wzdłuż pustego koryta.
Na szczęście trasa prowadzi częściowo w cieniu drzew, po w miarę płaskim terenie. Da się iść i nie umiera się z gorąca. I tak doszliśmy do kolejnego kamiennego mostu, z jakich słynie okolica. Kilka fotek i wracamy.
Do początku schodów jest znośnie, ale potem robi się dla mnie ciężko. Nie dość, że wspinaczka, to w pełnym, południowym słońcu. Jakoś udaje nam się doczołgać na górę i od razu rzucam się do kranu z wodą.
W wiosce otwarta jest tylko jedna restauracja, a ceny ma z kosmosu. Wrzucamy więc na ząb owoce z naszych zapasów i jedziemy dalej.
Zmierzamy do jaskini Perama. Do miasteczka docieramy bez problemu, ale gorzej jest z jaskinią. W poszukiwaniu tejże dajemy się po drodze namówić na obiad. Danie dnia okazuje się być szaszłykiem z ziemniakami i świeżymi warzywami. Porcja jak dla mnie ok., jak dla Jacka trochę za mała. Skro tak, to decydujemy się na lody na deser. I w międzyczasie wciąż szukamy wejścia do jaskini. A okazuje się, że znajduje się ono w samym centrum miasteczka, pośrodku głównego deptaku. A kieruje do niej gigantyczny napis. Może gdyby był mniejszy, łatwiej by mi się rzucił w oczy. Czasem tak bywa.
Po kwadransie od zakupu biletów wchodzimy do chłodnego podziemia wraz z przewodnikiem, który na początku objaśnia kilka spraw organizacyjnych. Jedna z nich mnie cieszy - można robić zdjęcia do woli, pod warunkiem, że bez użycia flesza. Ja go nigdy w jaskiniach nie używam, więc nie ma problemu.
Jaskinia jest piękna. Niezwykłe bogactwo nacieków różnych typów i rodzajów, a do tego chodzi się dosłownie między nimi, jak w słowackiej Jaskini Swobody. Nie umiem zdecydować, która z nich jest piękniejsza.
Z chłodnej jaskini wychodzimy ponownie w upał i ukrop. Mamy nadzieję, że ochłodę da nam widoczne z góry Jezioro Joannińskie, nad którym leży Perama.
Jednak i tym razem nici z kąpieli, bo brzeg w całości zarośnięty jest trzcinami. Próbujemy zjeżdżać gdzieś, ale jeśli nawet jest jakiś prześwit, to syf w wodzie zniechęca do wejścia do niej.
Trudno, pakujemy się do auta i ruszamy w kierunku Meteorów. Po drodze znajdziemy sobie jakieś fajne miejsce.
Spory kawałek drogi jedziemy wzdłuż autostrady. Gdy wjeżdża ona do tunelu, my podziwiamy widoki i pokonujemy kolejne serpentyny. Wspinamy się na jakieś przełęcze, a tam nawet pojawiają się ośrodki narciarskie. Za to w kranach pojawia się woda, której na nizinie często brak. Korzystamy z pierwszej okazji i napełniamy puste butelki zimną wodą. I lejemy do pełna do prysznica. Na wszelki wypadek, gdybyśmy znów nie znaleźli miejsca na nocleg z wodą.
Zaopatrzenie owoców się kurczy, a przy drodze stoją stragany, które kuszą kolorami i kształtami. Rzecz jasna nie mają wystawionych cen.
Jak dla nas - wszystko po 2 EUR. Ja chcę odejść bez słowa, ale Jacek zaczyna negocjacje. Chce zapłacić 2 EUR, ale nie za kilogram, ale za 2 kg brzoskwiń. Ostatecznie jakoś tak wyszło, że mamy 2 kg brzoskwiń, 1 kg winogron, trochę śliwek i kilka fig za 3,5 EUR. I wszyscy są zadowoleni.
Wypatruję kamienistą drogę w bok prowadzącą przez lasek nad rzekę. Słaby, ale w miarę przyzwoity nurt płynie lewą stroną szerokiego koryta. Przejeżdżamy więc na drugą stronę, która w rzeczywistości jest środkiem rzeki i tu zatrzymujemy się na noc. Odgrodzeni od cywilizacji ścianami drzew.

Dzień 6.
Nocowaliśmy o rzut kamieniem od Meteor, więc już po chwili jazdy jesteśmy w Kalampaka. I zamiast, jak normalni turyści (w końcu my tak do końca normalni nie jesteśmy), podjechać pod klasztory, wdrapujemy się na szczyt skały z miasteczka, czyli z samego dołu. Na szczęście jeszcze nie zrobiło się bardzo gorąco, a do tego większość drogi, tej najtrudniejszej, jest w cieniu drzew.
Doczłapujemy się jak prawdziwi pielgrzymi do Klasztoru Św. Trójcy i jak już tam docieramy, to wchodzimy też do środka.
Jest to jeden z mniejszych klasztorów, więc do zwiedzania nie ma zbyt wiele. Szybko więc wychodzimy i wracamy tą samą ścieżką na dół.
Teraz już samochodem wjeżdżamy na szlak monastyrów zawieszonych na skałach. Nie wiemy, czy to codzienność tutaj, czy może fakt, że akurat jest niedziela, ale na parkingach prawie nie ma gdzie stanąć, gigantyczne autokary manewrują na wąskich szosach usiłując zawrócić, a do wejść do klasztorów ustawiają się niekończące się kolejki. Ograniczamy się więc tylko do rzutu oka z zewnątrz i z oddali.
Jacek był klasztorami rozczarowany. Nie pokazały tej obiecanej magii. Zawieszone na skałach - owszem, zawieszone w czasie - już nie za bardzo. Wyglądały zbyt nowo i zwyczajnie. Może to wynik tego, że widzieliśmy je w dziennym świetle letniego dnia z tłumem turystów dokoła. Może, gdyby być tam o innej porze roku? Może gdyby być tam o innej porze dnia? Przy innej pogodzie? Może …
Spragnieni ochłody jedziemy w stronę gór. Ciągnie nas sztuczne jezioro, nad którym będziemy mogli wypocząć.
Do zalewu Plastira trzeba się najpierw wspiąć asfaltowymi serpentynami. Bez trudu znajdujemy zjazd nad brzeg. Nic dziwnego - jest tu centrum sportów wodnych, wypożyczalnia i restauracja. My je jednak mijamy i wjeżdżamy na szutrową drogę okalającą zalew. Mamy trochę niewymagającego offroadu. Szukamy jakiegoś fajnego miejsca na postój. Fajnego, czyli w cieniu jakichś drzew i blisko do wody. Przez chwilę krążymy wzdłuż brzegu, ale coś wiecznie jest nie tak. Drzewa są, ale za daleko, albo zbyt małe, przez co nie dają cienia. Droga się kończy i przejeżdżamy przez wielką, zieloną łąkę pełną aromatycznej szałwii. Jedziemy jeszcze kawałek, w końcu decydujemy się wrócić do jednego, upatrzonego wcześniej miejsca.
Resztę dnia spędzamy na pluskaniu się w chłodnej wodzie i leniwej, wakacyjnej rozrywce.

Dzień 7.
Usiłujemy wjechać w góry. Jednak z powodu skrajnego optymizmu, który nie ma jednak pokrycia w realnym świecie, mamy prawie pusty bak, a okazuje się, że najbliższa stacja paliw to kilkanaście km wstecz. Trzeba wrócić, nie ma innej rady. Najbliższa piekarnia i sklep spożywczy kolejne kilkanaście km wstecz. Tym razem już nie wracamy - mamy coś tam do ugotowania i zapas wody, więc bez chleba jeden dzień przeżyjemy.
Brniemy przez góry w kierunku Agrafa. Robi się pochmurno, jeszcze tylko brakuje deszczu.
Do przełęczy jest wciąż pochmurno i dość chłodno. Jak to jest w tutejszym zwyczaju, na przełęczy stoi kaplica. Cztery bielone ściany, bez okien, lekko pochyły dach i metalowe drzwi. Są tylko przymknięte, więc można zajrzeć do środka. A tam okopcone od nieustannie palących się świec ściany, święte obrazki, kilka krzeseł z poręczami. Surowo, ale według nas właśnie tak powinno być. Po chwili zadumy wychodzimy na zewnątrz.
Tuż za przełęczą drogi się rozchodzą, ale wyjątkowo jak na Grecję, stoi tu czytelny drogowskaz. Wprawdzie nazwy miejscowości wypisane są tylko po grecku, jednak nie stanowi to żadnego problemu.
Trudno tę przejażdżkę nazwać trudną offroadową wyprawą. Wprawdzie nie ma asfaltu, ale drogi wycięte w zboczach są szerokie i przyzwoicie równe. Miejscami pokrywają je kamienie, które zsypują się z wyżej położonych stoków. Nie ma takich spektakularnych widoków jak np. w Albanii, ale jest dość ciekawie.
Im niżej zjeżdżamy, tym robi się cieplej i znów zaczyna doskwierać upał. I o swoje zaczynają się też dopominać puste żołądki.
Jak na zawołanie przy drodze znajdujemy zajazd w cieniu drzew. Są ławki i kosze na śmieci. Z kraniku wprawdzie woda nie leci, ale mamy swoją. Można spokojnie coś ugotować i zjeść.
Kontynuujemy jazdę do Agrafa. Kilometry powoli uciekają nam pod kołami. Raz na jakiś czas zatrzymujemy się, by ponapawać się widokami i zrobić jakieś zdjęcia.
W końcu docieramy do Agrafa - małej wioski wysoko w górach. Wioska jest urocza, ale zjeść konkretnie nie było tu gdzie, więc poprzestaliśmy na kawie i lodach.
Droga z Agrafy na południe nie jest już taka fajna, bo w większej części jest w budowie. Co trochę stoją ciężarówki, buldozery, koparki, leżą deski, gruz, betonowe rury. Tu już raczej nie robimy postojów.
Docieramy do asfaltowej drogi "głównej" - na mapie namalowanej na czerwono. W rzeczywistości to wąska szosa wiodąca przez wioski. Gdzieś po drodze zatrzymuje nas jadąca z naprzeciwka para Węgrów. Pytają nas o drogę, bo nie są pewni, czy jadą właściwą. Porównujemy mapy i zeznania i wychodzi nam na to, że i my i oni jesteśmy na dobrej drodze.
Gdy wjeżdżamy do Karpenisi jest już późno. Wprawdzie przeróżne bary i sklepy z pamiątkami są otwarte, to wypatrzone piekarnie i spożywcza ki już nie. Straciłam nadzieję na kupno chleba i owoców.
Aby zapełnić czymś żołądki decydujemy się na gyrosy. Spacerujemy z nimi, z przeładowanych bułek wysypują się frytki. Cieszą się z tego psy, które łażą za nami i wyjadają co nam upadnie i żebrzą swoimi psimi spojrzeniami o więcej.
Brzuchy już pełne, więc i optymizm powraca. Dostrzegamy lokal, który z daleka wydaje się być piekarnią. Nie sprzedają tam jednak chleba, ale różne inne wypieki. Ilość ciast i farszów przyprawiła nas o zawrót głowy. Decydujemy się wziąć po kawałku kilku rodzajów - z szynką, z dynią, z warzywami, z serem i słodkim kremem. Jednak będzie śniadanie : Możemy spokojnie ewakuować się na noc z hałaśliwego miasta w jakieś spokojniejsze miejsce.

Dzień 8.
Nie wiem, w którym momencie zgubiliśmy drogę, ale zamiast szybkiego przejazdu na południe, mamy drugi dzień - tym razem nie planowanego - górskiego offroadu. Asfalt się skończył i spod kół strzelają nam kamienie, a wszystko pokrywa czerwony pył. Widoki za to mamy znacznie ładniejsze. Wspinamy się ostrymi serpentynami i zjeżdżamy w dół. I nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy. Jeśli już gdzieś są jakieś drogowskazy, to tylko po grecku (małe piwo) i do miejscowości-pipidówek, których nie mamy na mapie.
Zresztą ta mapa to największe nieporozumienie świata i najgorszy mój zakup w życiu. Nic na niej nie jest jak w rzeczywistości.
W jakiejś pustej wiosce zatrzymujemy się na kolejnym rozdrożu i zastanawiamy co zrobić. Wkoło żywego ducha, nikogo nie widać, nikogo nie słychać. Los jednak okazuje się łaskawy, bo zza zakrętu wyjeżdża samochód. Z ciężkim westchnieniem - znowu rozmowa na migi i tłumaczenie nam drogi po grecku - zatrzymujemy go. Okazuje się, że mamy nie łut, ale chyba ze dwa szczęścia. Grek z zatrzymanego samochodu od lat mieszka w Kanadzie i doskonale mówi po angielsku, a teraz jest w odwiedzinach u rodziny i właśnie jedzie z wnukiem na wycieczkę. Daje nam bardzo dokładne wskazówki jak jechać dalej.
Droga zaczyna coraz bardziej przypominać plac budowy, pojawiają się buldożery. Znaczy, że jedziemy dobrze. Wkrótce, zgodnie z obietnicą kanadyjskiego Greka, docieramy do wioski Skopia. Stąd droga jest już prosta, chociaż nie w dosłownym znaczeniu. Wciąż jedziemy przez góry, więc cały czas jest kręto :
Mijamy kolejny zakręt i naszym oczom ukazuje się cieśnina. Hurra! Peloponez jest już blisko!
Zjeżdżamy na dół i wjeżdżamy na ekspresówkę. Jeszcze kilka km i stajemy na bramce przy wjeździe na most - podobno majstersztyk inżynieryjny. Szkoda tylko, że tak koszmarnie drogi. Ponad 13 euro za osobówkę nie jest mało, a nasz Potwor na dokładkę przekracza magiczne 2 m wzrostu, więc płacimy jeszcze więcej. Szczęściem w nieszczęściu jest obecność prawdziwej cywilizacji i możliwość zapłacenia kartą.
Dojeżdżamy do Porta i w pierwszym napotkanym markecie robimy zakupy. Następnym punktem programu jest port i agencje promowe. Chcemy wybrać się na Itakę. Jednak ceny przeprawy jakoś nas odstraszają. Sprawę musimy sobie dobrze przemyśleć, więc nie decydujemy się od razu. Od razu jednak kupujemy mapę Grecji w dobrej skali, w kilku częściach.
Pozostaje nam już tylko zjechać gdzieś nad morze i zarządzić popołudniowo-wieczorny odpoczynek. I tak oto lądujemy na piaszczystej, do tego otoczonej wydmami plaży za Kalogrii.

Dzień 9.
Rano ewakuacja z plaży w cień sosnowego lasu. Wprawdzie teraz trzeba się niezły kawałek przejść, by wykąpać się w morzu, ale przynajmniej gdy wrócimy i otworzymy drzwi samochodu nie buchnie nam w twarz ogłuszający żar.
Wczesnym popołudniem koniec plażowania i ruszamy, ale nie daleko, tylko w objazd okolicy. Gdzieś tu, jak się dobrze poszuka, można zapolować z aparatem na wodne ptactwo. Szukanie wiedzie nas przez las i przez wydmy. Przez jedną przejechaliśmy bez problemu (ubity jakoś tam ten piasek był). Na drugiej stajemy. I tyle. Potwór zakopał się po osie w grząskim piasku i tylko wzburza jego fontanny przy każdej próbie wyjazdu. Teoretycznie można by było wypróbować nową wyciągarkę. No właśnie - teoretycznie. Praktycznie nie ma do czego zamocować liny - wkoło same krzaczki, sypki piasek, a najbliższe drzewo przed maską poza zasięgiem liny. Trzeba sobie poradzić inaczej. A że Potwór to dzielna terenówka, ostatecznie wyjeżdża sam.
Laguny i stawy okazują się totalnie zarośnięte przewyższającymi nas szuwarami i udaje nam się zobaczyć jedynie jakąś jedną czaplę siwą i ze dwie białe w locie. I jeden pasażer na gapę nam się znalazł. Przez pół lasu wiezie się na lewym lusterku olbrzymi świerszcz.
Trafiamy w końcu nad jeziorko, przy brzegu którego stoi wieża obserwacyjna. I wreszcie coś widać. Niestety, nas też widać, a ptactwo jest bardzo płochliwe, więc i tak wszystkie dostępne osobniki obserwujemy z daleka.
Jacek z kamerą w jednej i aparatem w drugiej ręce wspiął się po drabinie na wieżę. I tak się zapamiętał w obserwacji i chodzeniu od okna do okna, że zapomniał o patrzeniu pod nogi. Ja czatuję na pewną czaplę na dole i nagle słyszę dochodzący mi znad głowy huk. To Jacek zapomniał o otworze wejściowym na platformę wieży i zrobił o jeden krok za dużo. Na szczęście skończyło się kilkoma otarciami i siniakami. Najbardziej poszkodowany okazał się obiektyw, który uderzył w podłogę. Coś w nim trzasnęło i zablokował się na ogniskowej 200. Reszta okazuje się sprawna, więc od teraz zamiast zooma mamy mały stałoogniskowy teleobiektyw.
Wracamy na północne wybrzeże Peloponezu i zmierzamy do Diakopfto. A po drodze usiłujemy kupić wodę. Tu niestety nie ma kraników z wodą, a jak już się jakiś trafi to i tak jest tak samo suchy jak koryta mijanych strumieni. Trzeba więc wodę kupić w sklepie. Tylko, że w żadnym nie ma 5 litrowych baniaków. W końcu bierzemy zwykłą zgrzewkę półtoralitrówek.
Za Diakopfto znajdujemy sobie kawałek przytulnego miejsca przy kamienistej plaży. A ponieważ wg Jacka wszystkie rany i skaleczenia najlepiej leczy morska słona woda, udaje się on od razu na wieczorną kurację.

Dzień 10.
Po śniadaniu i porannej leczniczej kąpieli jedziemy do Kalavryta. Widoki są ładne, ale nie ma to nic wspólnego z trasą, którą jeździ kolejka.
Po dotarciu do miasta od razu idziemy do biura stacji po bilety. Przy okazji okazuje się, że do naszego pociągu mamy 1,5 godziny. W sam raz na spacer pobliskim deptakiem.
Od razu widać, że to turystyczna miejscowość. Całą długość ulicy zajmują sklepy z pamiątkami przeplatane kafejkami i restauracjami. Pamiątki tylko oglądamy, za to dajemy się skusić kawie i ciastkom. I tak schodzi nam czas do pociągu.
Miejsca są numerowane i każdy siada tam, gdzie ma wyznaczone miejsce. Nam w udziale przypada ostatni wagon. Hmm, to nie najlepiej - wolałabym pierwszy, ale przynajmniej też nie w środku.
Znakomita większość pasażerów to turyści tacy jak my, którzy wykupili bilety w dwie strony. Lokalesi, którzy wysiadali i wsiadali gdzieś po drodze w wąwozie to mały odsetek.
Wagony są normalne, okna nieotwierane (klimatyzacja). Przez to trudno robić zdjęcia, do tego nie wiadomo co przed nami. Przynajmniej przez przeszkloną kabinę maszynisty można podziwiać widoki z tyłu.
A jest co oglądać, bo podróż tą linią kolei to przygoda sama w sobie. Najatrakcyjniejszy odcinek trasy prowadzi wzdłuż kanionu. Tory jak wąż wiją się to wyciętym w skale półotwartym tunelem, to przesmykują po mostkach nad rwącym nurtem na drugą stronę. W najwęższych miejscach ma się wrażenie, że pociąg zajmuje całą szerokość kanionu.
Docieramy do Diakopfto, gdzie w przerwie między pociągami załapujemy się tylko na lody. Siadamy więc w kafejce naprzeciwko stacji, pośród innych turystów i wspólnie czekamy na nasz pociąg powrotny do Kalavryta.
Hura! Tym razem nasz wagon okazuje się być pierwszym! To, że nasze miejsca są na samym jego końcu nie robi na mnie wrażenia. I tak, gdy tylko wąwóz zaczyna się zwężać, przenoszę się na przód, pod szklane drzwi do przedziału maszynisty. Na pierwszym siedzeniu są wolne miejsca, a moimi sąsiadami jest francuska para. Pan Francuz namiętnie fotografuje, a jego żona tylko podziwia widoki. Czasem szturchamy się wzajemnie w ramię, by pokazać sobie coś ciekawego i wymieniamy uwagi na temat krajobrazów.
Teraz widać wyraźnie te wszystkie nawisy, półki, tunele, mostki. Nic już nie zaskakuje, bo przed oczami mam cały szlak przed nami. Rzecz jasna przez dwie szyby i w ruchu nie wszystkie zdjęcia wychodzą, wiele będzie do wyrzucenia, jednak z pewnością coś ciekawego zostanie.
Na peronie w Kalavryta żegnamy się po raz pierwszy z Francuzami, po raz drugi robimy to za miastem, gdy swoim Potworem mijamy ich Defendera.
Ruszamy dalej na południe. Po drodze w oczy wpada nam drogowskaz na jakąś jaskinię z jeziorami. I następny i następny. I okazuje się, że to jest po drodze, nawet nie musimy nigdzie zbaczać. Wjeżdżamy na prawie pusty parking i zastanawiamy się, co robić. W sukurs przychodzi nam pewna para Polaków, którzy właśnie wracają z jaskini do zaparkowanego obok nas samochodu. Podpytujemy ich, czy warto wchodzić.
- Szału nie ma, bo wody nie ma. Jaskinia jak jaskinia, jezior latem się nie poogląda.
Rezygnujemy więc, bo już raz tak się nabraliśmy w Turcji. Za to spędzamy chwilę na pogawędce z rodakami.
Naszym celem jest rzeka Neda i jej wodospady. Niby niedaleko, ale jakoś tak się jedzie i jedzie i jedzie. I jedzie się źle. Bo zachód już się czerwieni, a my nadal w środku gór. Po dokładniejszym skonfrontowaniu się z mapą wychodzi na jaw pewien błąd w planowaniu - jesteśmy w niewłaściwym miejscu i by dotrzeć do celu musimy teraz nadrobić kawał drogi i objechać kawał świata.
W takich właśnie momentach, by dalej po ciemku nie błądzić jeszcze bardziej i nie przegapić jakiejś drogi, nocujemy tam gdzie nas noc zastanie, czyli przy drodze.

Dzień 11.
Rano, ze świeżymi umysłami, jeszcze raz patrzymy na mapy. Są skróty szutrowymi drogami przez góry. Decydujemy się nimi pojechać.
Po drodze do wodospadów stoi zabytkowa wieża. Widokowa. Robimy przy niej mały przystanek i wspinamy się na jej szczyt.
I już po chwili podziwiania widoków zjeżdżamy ostro w dół krętą szutrówką. Droga znienacka kończy się przy kamiennym moście. Stoi tu jeden samochód. My chowamy Potwora w cieniu i ruszamy za drogowskazem, który mówi, że do wodospadów Neda mamy 800 m pieszego szlaku.
Pierwszy wodospad jest jak namalowany, ale schowany w cieniu. Za nim szlak rozchodzi się prowadzi i w górę i w dół. Ten w dół nie jest długi - wiedzie wzdłuż i w poprzek strumienia, po skałach, z asystą lin. Ściągamy buty i oczywiście schodzimy na dół. Jest tam kolejny wodospadzik, ale ze szlaku go nie widać. Wracamy na górę.
Po kilku krokach zaledwie docieramy do górnego wodospadu. I o ile ten dolny wyglądał jak z obrazka, to ten wydaje się być prosto z bajki. Biała szarfa opadająca z szumem ze skały do lazurowego jeziorka, a dokoła soczysta zieleń.
Poza nami jest jeszcze kilka osób, ale nie za wiele, więc udaje nam się zrobić jakieś "rajskie" ujęcie. Po lewej stronie na konarach drzewa zawieszona jest gruba lina. Służy ewidentnie do zabawy. Jacek nie zastanawia się za długo i po chwili bujania ląduje z wielkim pluskiem w jeziorku. Ja nie mam zamiaru skakać i ograniczam się do samej kąpieli w lodowatej wodzie.
Zbliża się południe i w wodzie i na skałach dokoła robi się tłumnie. I mimo, że ludzie się wymieniają - jedni idą sobie, inni przychodzą, to jednak człowiek już siedzi na człowieku.
Wszyscy na raz wchodzą do wody, skaczą, pływają. Aż nagle w baseniku zrobiło się pusto. Wszyscy zasiedli na skałach i konarach. Ktoś nowy wchodzi do wody i staje się natychmiast obiektem obserwacji całej zgromadzonej na brzegu widowni. Bo widownie nie ma nic lepszego ani innego do roboty.
Przez ten tłum rajskość miejsca zbladła. Mimo to siedzimy tam kilka godzin, bo mimo wszystko miejsce jest cudowne.
Gdy w końcu zbieramy się i wracamy na szlak, bardzo szybko zaczynamy tęsknić za lodowatą wodą. Szlak po tych kilku godzinach oświetla już słońce, które też zdążyło nagrzać skały. Teraz bucha od nich żar jak z hutniczego pieca.
Na szczęście te 800 m to nie dużo i szybko docieramy do samochodu.
Tym razem cywilizowanymi drogami jedziemy wciąż na południe. W Kalamata zatrzymujemy się tylko na drobne zakupy, a po późnym obiedzie zaczynamy się powoli rozglądać za miejscem na nocleg. Rzecz jasna, najlepiej nad morzem. Jest jednak jeden problem - wybrzeże jest klifowo-skaliste i brak tu rozsądnych plaż. A jeśli już jakaś jest, to za parking służy pobocze drogi.
W końcu udaje nam się znaleźć przyzwoite miejsce. Jest plac do zaparkowania przy samej plaży (nawet głównie piaszczystej) i do tego pod drzewami. Na wjeździe stoi zakaz kampowania, więc kilka włoskich kamperów stoi na nieosłoniętym placu po drugiej stronie drogi. Jak dobrze, że my jeździmy osobówką :.
Popołudnie mija nam na błogim lenistwie, morskich kąpielach i układaniu piramid z płaskich, okrągłych i bielusieńkich kamieni.

Dzień 12.
Śniadanie miało być romantyczne - na pustej plaży. Nawet znalazł się zbudowany z kamieni mini-stolik. Niestety, do posiłku wprosiły się osy i nie chciały przyjąć do wiadomości odmowy. Przestało być sielsko i miło i musimy ewakuować się z jedzeniem do samochodu.
Jeszcze tylko poranna kąpiel i zbieramy się do dalszej drogi. Sprzątam coś tam na tyle samochodu, gdy słyszę na zewnątrz rozmowę.
- Czy mówisz po angielsku? - jakiś obcy głos.
- Tak. - to już odpowiada Jacek.
- A chcesz winogrona? Dam za darmo. - wychylam się z samochodu i widzę zdziwioną minę Jacka i jakiegoś Greka z reklamówką owoców.
- To miłe - Jacek dość szybko opanowuje zaskoczenie. - Ale dlaczego tak? Za darmo?
- Bo mam bardzo dużo winogron, bardzo obrodziły. Zrobiłem już dżem, sok, zasuszyłem, ale nie mogę zrobić wina, a ich wciąż jest za dużo. Szkoda, żeby się zmarnowały. Wolę rozdać, niż pozwolić zgnić na krzewach.
Cóż mieliśmy zrobić? Bierzemy te winogrona i dziękujemy serdecznie. I po chwili widzimy tego hojnego Greka, z kolejnymi reklamówkami wypełnionymi owocami, jak rozmawia z Włochami.
Pierwszy raz nam się coś takiego przydarzyło.
Do Pirgos Dirou i jaskini Vlihada zostało nam już niedaleko, więc dojechaliśmy tam szybciutko.
Do dziś nie wiem - i raczej już się nie dowiem - jak zapłaciłam za bilety. Cena biletu normalnego 12 euro i o takie poprosiłam. Zapłaciłam za dwa 14 euro. Nie była to też cena ulgowych, a informacji o żadnych promocjach nigdzie na kasie nie było. Ponieważ jednak zapłaciłam mniej niż się spodziewałam, to po potwierdzeniu kwoty dwa razy w kasie, dalej już nie protestowałam.
Jaskinia w Pirgos Dirou opisywana jest jako jedna z najpiękniejszych w Grecji. Ma to wynikać z dwóch elementów - bogactwa nacieków i jeziora, zajmującego część jaskini, a przez które przeprawia się łodzią.
W rzeczywistości jaskinia nas zawiodła. Nie jest brzydka, ale strasznie zniszczona. Pierwsze 1200 m przepływa się łodzią. Ta część jest słabo oświetlona, za to sternicy wiosłami odpychają się nie od wody, ale od stalaktytów zwisających ze sklepienia. Wszystkie są już połamane. Ostatnie 300 m idzie się do wyjścia pieszo, bez przewodnika, rzęsiście oświetlonymi korytarzami. Efekt łatwo przewidzieć - wymacane i połamane nacieki umierają, oświetlone zarastają mchami i czernieją. Z ich dawnego piękna pozostają jeszcze tylko kształty tych znajdujących się poza zasięgiem rąk turystów.
Nie zatrzymujemy się na plaży (niewielkiej zresztą), ale jedziemy dalej. Zmierzamy do wioski Vathia. Gdy tylko ją ujrzeliśmy, od razu przypomniało nam się gruzińskie Shatili. Ufortyfikowana wioska z bardzo zbitą zabudową domów-wież. Inna konstrukcja, ale generalny zamysł ten sam. I - niestety - prawie tak samo pusta.
Większość wież jest opuszczona i straszy pustymi otworami okiennymi i drzwiami wiszącymi na jednym zawiasie. Od razu też widać, który dom jest zamieszkany. Osada jest mniejsza od Shatili i już po kilku krokach wychodzimy z obrębu starych murów.
Zjeżdżamy dalej na dół - na południe, naszym celem jest cypel Tenaron.
Chcieliśmy tu spędzić resztę dnia, jednak okazuje się to lekko bez sensu. Wody z parkingu nie widać, a na plażę trzeba iść daleko i daleko w dół. A potem trzeba by się wspinać. Spotęgowane upałem lenistwo się odzywa i rezygnujemy. Zaglądam tylko do ruin świątyni Posejdona.
Najpierw myślałam, że to śmieci i nawet już brzydko sobie pomyślałam o turystach. Jednak podchodzę bliżej centralnej części z czymś w rodzaju ołtarza i widzę, że to dary. Na kamiennym stoliku leży co tylko może - monety, kamyki, muszle, gumki do włosów, rysunki, nawet maskotka diabła tasmańskiego i ciastko. Z tego ostatniego największą pociechę mają uwijające się mrówki.
Zjeżdżamy do najbliższej miejscowości, w której plaża jest zaraz przy drodze, przy której można postawić samochód. I tak trafiamy do Porto Kagio. Maleńka miejscowość z kilkoma domami i kilkoma knajpkami i maleńką plażą w zatoczce. Jest trochę wczasowiczów, są jakieś jachty, rybacy obrabiająca kamieniach na brzegu złowione ryby i kalmary. Po prostu sielsko.
Jedyne, czego tu nie ma to prysznic, nawet na specjalnie wydzielonym parkingu dla kamperów. To nic, mamy swój prysznic.
Po obiedzie pompujemy ponton, zabieramy maskę i aparat i ruszamy na wycieczkę po zatoce.
Ze snorkowaniem szału nie ma, ale kilka zdjęć udaje mi się (tak mi się przynajmniej w tamtej chwili wydaje) zrobić. Ładuję się więc do pontonu i po prostu pływamy. Dopłynąć do skraju zatoki i wypłynąć z nie nie jest żadną sztuką. Gorzej jest z powrotem - przeciwny wiatr, mocne (jak na naszą łódź) fale ciągle spychają nas na skały i do tego spowalniają. Wydaje mi się, że do plaży wracamy całe wielki.
A na plaży wyjątkowo brak jest prysznica. Tym razem bardzo by mi się przydał, bo na słońcu i wietrze woda odparowała ze mnie pozostawiając na skórze warstwę szczypiącej soli. Na szczęście mamy swój nowy prysznic turystyczny, który teraz możemy wreszcie wypróbować. A potem już tylko wieczorny spacer klifami i kolacja na plaży. Można siedzieć przy stoliku na krześle i moczyć stopy w morskich falach - jak na rajskich wakacyjnych obrazkach.

Dzień 13.
Dzień znów zaczyna się upalnie. Ja szukam schronienia przed słońcem, a Jacek idzie się wykąpać.
Wyruszamy w górę Mani jego wschodnim wybrzeżem. Nie widzę jakiejś szczególnej różnicy w stosunku do zachodniej części. Te same skaliste wybrzeża, te same, suche góry.
Za Gythio przy plaży już z daleka, z wysokości, rzuca nam się w oczy wrak statku tkwiący przy plaży. Z miejsca zjeżdżamy na nią i wędrujemy z aparatami do wraku.
"Dimitrios" cały jest zardzewiały. Pełno w nim dziur, przez które z sykiem i białą pianą przelewają się fale. Wrak stoi na tyle blisko, że można do niego podejść. Ja z Nikonem mam małe pole manewru, ale Jacek ze swoim pływającym kompaktem może opłynąć go dokoła. Popłynął więc, a nawet wszedł przez jedną z dziur w kadłubie do wnętrza.
Wrak nie jest jakimś starym obiektem. Tkwi przy tym brzegu zaledwie od 1981 roku. Mieliśmy po chwili popłynąć razem, najpierw jednak trzeba było zanieść mój aparat do samochodu. Wystarczyło, że zostawiłam Jacka na pięć minut i jak wróciłam, to usiłował wyjąć sobie ze stopy kolce jeżowca, na którego wdepnął. Nie zniechęciło go to jednak do wspólnej wycieczki wokół wraku. Najpierw więc popłynęliśmy robiąc kilka kolejnych zdjęć. A później czekała nas operacja "Igła" - pozbycia się tkwiących w jego stopie igieł.
Bez dalszych przygód docieramy do Monemvasia. Nowe miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym, a cały urok i czar tkwi w starej części położonej na skalnej wyspie. Miasta od strony ladu i tak nie widać, bo leży po zewnętrznej stronie wyspy. Otoczone jest grubymi murami i dzieli się na dwie części - górną (zrujnowaną) i dolną, wciąż pełną życia. Przewodniki przyrównują górne miasto do Gibraltaru, a dolne do Dubrownika. Osobiście dolne miasto bardziej przypominało mi portugalskie Obidos. Wąskie, wyłożone kamieniami uliczki, kamienne budowle, sam urok. Szkoda tylko, że część budynków nawet w dolnym mieście stoi pusta i popada w ruinę.
Na górne miasto tylko popatrzyliśmy z dołu. Wspinaczka tam, nawet w popołudniowym, ale wciąż lejącym żar z nieba słońcu jakoś nam się nie uśmiechała. A z dołu widać, że na górze nie ma czego zwiedzać - kilka samotnych ścian, trochę resztek fundamentów. Za to przepięknie położone są mury miejskie - na klifie, wprost z niego wyrastające. W dole tylko trochę skał i wielki błękit morza.
Mimo, że do wraku "Dimitriosa" mamy ok. 70 km wstecz, to jednak decydujemy się wrócić tam na noc - marzy nam się noc z duchami. Nici z romantycznego zachodu słońca (nie te kierunki świata i do tego lekko się zachmurzyło). Jednak nieoświetlony statek na tle ciemniejącego nieba sprawia wrażenie zjawy. Do tego z pobliskiej tawerny dobiegają nas dźwięki greckiej muzyki na żywo.

Dzień 14.
Z powodu braku romantyzmu zachodzącego słońca wieczorem, ostrzyliśmy sobie ząbki na wschód słońca. Z tego też nic nie wyszło, bo zaspaliśmy. Mówi się trudno i jedzie dalej.
Nie jedziemy na wakacje zupełnie w ciemno, zawsze mamy jakieś plany. I na ten dzień też mieliśmy pewne plany. Jednak Honker je definitywnie zmodyfikował. Po zatankowaniu w Leonido nie mogliśmy ruszyć spod dystrybutora - akumulator odmówił posłuszeństwa. Pożyczyliśmy prąd i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu elektryka samochodowego, żeby znalazł przyczynę rozładowania akumulatora. Udało nam się przejechać jeszcze kawałek i w jakiejś wiosce w okolicach Astros trafiliśmy do warsztatu. Na dzień dobry trafił nam się klient, który znał kilka słów po angielsku i tym sposobem udało się zasygnalizować problem. Potem jednak klient pojechał sobie, a my zostaliśmy z greckim elektrykiem, z którym ciężko było się dogadać. Chciał nam sprzedać nowy akumulator, ale wiedzieliśmy, że ten jest raczej dobry i trzeba go tylko naładować. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak z ładowaniem. W końcu udało się znaleźć usterkę - uszkodzony alternator. Podłączyliśmy akumulator do prądu, a mechanik zajął się naprawą alternatora. Jacek towarzyszy mu praktycznie cały czas, co mu najwyraźniej wcale nie przeszkadza. Sam pokazuje Jackowi nowe części, które wyjmuje z pudełek i które wymienia.
W końcu, gdy naprawa skończona, a rachunek zapłacony, żegnamy się i ruszamy w dalszą drogę. Bardzo już głodni docieramy do Nafplio i pierwsze kroki kierujemy do jakiejś knajpki na późny obiad, a potem już na spokojnie plaża.
Plaża jest kawałek za miasteczkiem. Mijamy ciąg hałaśliwych barów i znajdujemy sobie w miarę zaciszny kąt. Tak nam się przynajmniej wydaje na początku. Nie ma tu tłumów, tylko przy skałach kilka pustych łodzi, jakaś pojedyncza przyczepa z rybakami. Nie chce nam się już jechać dalej i szukać czegoś innego, bo robi się już późno, więc zapada decyzja o pozostaniu tu na noc.

Dzień 15.
Na noc zdarza nam się pozostawiać buty na zewnątrz samochodu. I jakoś nigdy wcześniej nie było z tym problemu. Tym razem jednak nie mogliśmy znaleźć jednego sandała. Podejrzanych miałam kilku, a wręcz nawet całe stado. Przez większość nocy kilka psów biegało dokoła, gryząc się i szczekając, przez co nie dawały nam (a zwłaszcza mnie) spać. A jeden z nich "zaopiekował" się butem. Na szczęście zdążył go tylko obślinić, więc Jacek nie musiał kontynuować podróży na bosaka.
Po śniadaniu krótka jazda do Epidauros - starożytnego teatru. Pierwsze kroki oczywiście kierujemy do teatru, a dopiero na później pozostawiamy sobie muzeum i ruiny miasta.
Faktycznie teatr jest olbrzymi i doskonale zachowany. W sumie nic dziwnego, bo wciąż jest w użyciu, a przez to też konserwowany. Na szczycie widowni rozmieszczone szafy sterownicze do oświetlenia, na scenie przykryte czarnym pokrowcem elementy scenografii do granego wieczorem przedstawienia.
Od razu wspinamy się na samą górę, do ostatniego rzędu siedzeń. Chcemy sprawdzić, czy rzeczywiście ta legendarna akustyka jest taka fantastyczna.
Szczerze - ciężko jednoznacznie stwierdzić, bo różnie słychać. Jednych lepiej, drugich gorzej. Z upuszczanymi monetami też jest różnie - jedne widzę, że są rzucane, ale nic nie słyszę. Innych słaby metaliczny dźwięk dociera do moich uszu. Najlepiej słychać śpiew, inne dźwięki dość skutecznie zagłuszają rzesze turystów, którzy głośno rozmawiają.
Przez chwilę zwiedzamy jeszcze niewielkie muzeum i stanowisko archeologiczne, w końcu jednak zbieramy się do wyjścia i już po chwili serpentynami zmierzamy w stronę Kanału Korynckiego.
Przy Kanale oczywiście obowiązkowy przystanek i kilka fotek. I przerwa obiadowa na pysznego gyrosa.
Kolejny nasz cel to Delfy. Chciałabym tam zjawić się tuż przed zachodem słońca - raz, że nie będzie już tak bardzo gorąco, a dwa światło będzie idealne do zdjęć.
Zatrzymujemy się gdzieś w jakiejś mieścinie po drodze w okolicach Thiva, żeby zatankować. Płacenie za paliwo to domena Jacka, więc po napełnieniu obu zbiorników sięga do saszetki po kartę. A tu niespodzianka - saszetki nie ma. Szybko przeszukujemy samochód, ale nie ma jej nigdzie. W końcu, by nie blokować dystrybutora, płacę ja, a na boku jeszcze raz na spokojnie szukamy saszetki. I nie chodzi o samą kartę, ale były w niej wszystkie dokumenty Jacka i samochodu, oraz oba nasze paszporty. Ja miałam tylko swój dowód, prawo jazdy i moją kartę. Gorączkowo myślimy, gdzie mogliśmy zostawić saszetkę z dokumentami. Jacek nie jest pewien, ale wydaje mu się, że może w teatrze. Tak, czy inaczej trzeba wracać. A teatr zamykają o 19:00, więc czasu już nie mamy za dużo. Potwór zamienia się w sportowy bolid i trasę, którą robiliśmy (na spokojnie i z przystankami) kilka godzin, teraz przejeżdżamy w niecałe dwie. Fakt, że tym razem wjeżdżamy na autostradę. Na której zresztą pędząc z maksymalną możliwą do osiągnięcia przez Honkera prędkością, wyprzedzamy ferrari.
Udaje nam się dotrzeć do teatru tuż przed zamknięciem. Niestety, nikt jednak nic nie znalazł i nikt nic nie wie, ani w biurze, ani w sklepiku, ani w informacji, ani na bramie, ani w żadnej z restauracji. Zostawiamy numer telefonu w informacji i jedziemy do Nafplio - jest jeszcze mała szansa, że dokumenty zostały tam wieczorem.
Niestety, powtarza się sytuacja z Teatru - nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, nikt nic nie znalazł.
Jest już późno i ciemno, do tego zwłaszcza ja jestem pełna czarnych myśli i nie mamy nastroju na szukanie miejsca na nocleg, więc po prostu ponownie jedziemy na "psią" plażę.

Dzień 16.
Budzę się zmęczona i niewyspana. Częściowo przez znów szczekającą sforę, częściowo z nerwów. Na śniadanie wracamy do tej samej knajpki. Wyciągam też laptopa i korzystamy z wifi. Muszę znaleźć nr telefonu i adres ambasady. I chociaż bardzo chcieliśmy ominąć Ateny szerokim łukiem, to jednak chyba będziemy zmuszeni tam pojechać. Grecja jest unijną wyspą otoczoną krajami spoza układu - bez paszportów nie mamy jak przekroczyć granicy i wrócić do domu.
Do tego musimy też stawić się na policji, żeby zgłosić zaginięcie dokumentów.
Wyłuszczamy oficerowi dyżurnemu nasz problem. Aby przyjąć od nas zgłoszenie, musi wypełnić stosowny formularz, który jest po grecku. Podaje nam więc czyste kartki papieru i prosi o napisanie kilku informacji.
- Co tu jest? Jak się pan nazywa? - oficer zerknął na kartkę Jacka, gdy ten zdążył napisać swoje nazwisko. - Chwila, poczekajcie tu chwilę, zaraz wracam.
I wyszedł z pokoju.
- Poszedł po naszą saszetkę - stwierdził Jacek.
I jak się okazało wcale się nie pomylił. Po chwili policjant wrócił z naszymi dokumentami.
Okazało się, że saszetkę znalazł pracownik poczty z Teatru, ale zamiast oddać ją do informacji przywiózł wieczorem (wg oficera ok. dziewiątej) na najbliższy całodobowy posterunek, czyli tu do Nafplio. Naszym szczęściem okazał się fakt, że i jego i nas przyjął ten sam dyżurujący oficer. I chociaż wcześniej nic mu się nie skojarzyło, to jakimś cudem zapamiętał Jacka nazwisko.
Z tej wielkiej radości o mały włos, a wylądowalibyśmy w areszcie za pobicie funkcjonariusza : Jak Jacek przybił mu piątkę, to prawie chłopa znokautował.
Pozostały drobne papierkowe formalności przekazania zguby, jeszcze telefon do znalazcy i wyfrunęliśmy szczęśliwi i radośni z miasteczka. I do tego nie musimy odwiedzać Aten! Hura, omijamy wielkie miasta!
Po drodze kupujemy butelkę wina i jakieś ciasto, które sprzedawczyni elegancko zapakowała z piękną wstążeczką. I już po chwili byliśmy ponownie w Teatrze. Widać było, że pan pocztowiec był zaskoczony i nie spodziewał się naszej wizyty. Myślał, że na podziękowaniach przez telefon się skończy.
I tak ten czas leci, że już jest pora obiadowa. Stajemy przy tej samej knajpce przy Kanale co poprzednio. Na nasz widok pani z okienka tylko się uśmiechnęła i spytała:
- To samo co ostatnio?
To bardzo miłe, gdy mimo przepływu ogromniej ilości turystów ktoś cie zapamiętał.
Już na spokojnie jedziemy do Delf. Droga nawet jakoś mija i wydaje się, że mimo nie najwcześniejszej pory jeszcze dziś uda nam się pozwiedzać. Rezygnujemy więc z przerwy na deser i kawę, tylko jedziemy.
Pod stanowiskiem archeologicznym prawie pusto, stoją jakieś dwa samochody, po terenie ruin kręci się kilka osób. Słońce, chylące się ku zachodowi i szczytom gór już nie grzeje, ale wciąż jest gorąco. Snujemy się trochę zbyt powoli jak dla mnie, bo zachód coraz bliżej, a jeszcze nam została świątynia Ateny. Zostawiam więc leniwie drepczącego Jacka i sama pędzę wzdłuż pustej drogi na drugie stanowisko mając nadzieję, że zdążę przed zachodem.
Apollo jest dla mnie łaskawy i przytrzymuje słońce jeszcze przez chwilę na niebie. Widok z góry jest fantastyczny, a oświetlone miękkim światłem łaciate kolumny oddziałują na wyobraźnię. Tu też jest tylko kilka osób i nikt gwarem nie zakłóca spokoju. Słońce zaszło za szczytami, zdjęcia zrobione, jest więc okazja na chwilę zadumy i wyobrażenie sobie starożytnych Greków przychodzących do świątyni.
Na noc zjeżdżamy nad morze, do pobliskiej Kiry. Teraz na spokojnie możemy udać się na wieczorny spacer i lody. Pod koniec spaceru dobiega nas odgłos procesji. Głośnej, bo z bijącymi dzwonami i całą orkiestrą. Nagle na ulicy pojawili się ludzie, którzy w pochodzie udziału nie brali, ale zeszli się, by popatrzeć. Najwyraźniej jutrzejsze Święto Maryjne zaczynają świętować już dziś wieczorem.

Dzień 17.
Po szybkiej kąpieli w morzu, przy śniadaniu zastanawiamy się nad dalszą trasą. W końcu decyzja zapada - jedziemy do Dafnos, żeby w jego okolicy poofroadować. A co potem - to się okaże, ile czasu nam zostanie.
Po drodze na mapie jest zalew. Mam taką cichą nadzieję na kąpiel w słodkiej wodzie. Jednak ta nadzieja się nie ziszcza, bo do wody prowadzą wyłącznie techniczne, zamknięte zjazdy. Możemy więc tylko popodziwiać jezioro z góry, okrążając się. Droga prowadzi wzdłuż wszystkich odnóg po kolei i wydaje nam się, że jedziemy całą wieczność. W sumie dobrze, że jest asfaltowa, bo gruntową ((w zależności od jej stanu) moglibyśmy jechać jeszcze dłużej.
W końcu zalew zostawiamy za sobą, wspinamy się na grzbiet wzniesienia i jedziemy nim, mając na wszystkie strony piękne widoki. Chociaż offroadu trzeba szukać gdzieś indziej.
To "gdzieś indziej" zaczyna się przed wioską, drogą szutrową przy malowniczo położonej kapliczce. Nieco za nią, szuter przechodzi w drogę gruntową i zaczyna się coraz ciekawsza jazda. Trasa robi się coraz bardziej wymagająca i zaczyna pomału przypominać albańskie drogi górskie. Coraz niższa roślinność, coraz więcej kamieni i skał. I wciąż przed nami rzęsiście oświetlone słońcem białe, nagie szczyty masywu Vardousia.
Dokoła żywego ludzkiego ducha, bo inne towarzyszą nam cały czas. Kilka małych i niesamowicie ruchliwych ptaszków odfruwa na kilka kroków przed nami, siada na głazach, a gdy podjeżdżamy, znów odfruwają na kolejne kilka kroków.
Gdzieś w oddali widać pasące się bydło. Mijamy jedną, czy dwie zagrody, które wyglądają typowo po bałkańsku - zlepek płatów blachy i przypadkowych desek.
Widok od dłuższego czasu jest jednostajny - serpentynami wspinamy się wciąż tym samym zboczem, więc i przed oczami wciąż to samo. Jednak bliżej szczytu i przełęczy zaskakuje nas spotkanie za zakrętem. Kilkanaście krów wypada się po obu stronach drogi, leniwie przechodząc przez nią w tę i we w tę. Musimy się zatrzymać, bo chociaż rogate Glowy odwróciły się w naszą stronę, to ani myślą zejść szybko z drogi. Nawet przez chwilę mam wrażenie, że wcale nie mają zamiaru zejść z drogi. Jednak lekkie dodanie gazu i głośniejszy pomruk silnika sprawia, że najbardziej opieszałe sztuki z wielką łaską ustępują nam przejazdu.
Za przełęczą (ok. 1800 m n.p.m.) zjeżdżamy ostro w dół, mijając po drodze schroniska. Wyglądają na zupełnie puste i zamknięte.
Po tej stronie krajobraz się zmienił. I droga dość szybko wjechała w las, a las to drzewa, które przesłaniają widoki.
Szybko podejmujemy decyzję co dalej - wracamy nad morze, bo na dalszą drogę ze zwiedzaniem jest już trochę za późno. Za wcześnie jednak na sam nocleg, więc zatrzymujemy się na małą przekąskę w Itea. Mamy i spacer deptakiem wzdłuż morza i smaczny gyros. Na dokładkę dajemy się skusić małej ciastkarni na słodki deser. Ciastka są tak pyszne, że ulegamy pokusie i idziemy po dokładkę. Jednak właściciel lokalu namawia nas na lody własnej produkcji. Cena też jest wyjątkowo kusząca, więc zamawiamy kilka gałek. Lody okazują się tak samo dobre jak ciastka. Same pyszności.
Na nocleg już wcześniej wypatrzyliśmy sobie przytulne i spokojne miejsce nad wodą, z dala od drogi. Gdy już w zasadzie zasypiamy, w okna znienacka świecą nam światła innego samochodu. Ktoś najwyraźniej też uznał to miejsce jako dobre na nocleg.

Dzień 18.
Niemcy (to oni zaszczycili nas nocną wizytą), zwinęli się przed nami, więc poranek mieliśmy jak i wieczór - bez towarzystwa.
Nasza dalsza trasa wiedzie znów przez Delfy. Na chwilę zatrzymujemy się w miasteczku, żeby wreszcie kupić i wysłać pocztówki. Ja piszę kartki, a Jacek goni wypatrzony na ulicy będący na jego topie model subaru. Panowie jak się wdali w rozmowę o samochodzie, to gadali i gadali i gadali. Ja zdążyłam wypisać wszystkie kartki, kupić znaczki, znaleźć skrzynkę pocztową i wysłać. A oni wciąż nie mogli się rozstać.
W końcu na pożegnanie pan dał nam mapę Parku Narodowego Parnasus i pokazał kilka ciekawych miejsc. Postanowiliśmy skorzystać z niektórych jego wskazówek.
Jadąc na wschód przejeżdżamy ponownie obok słynnych wykopalisk. Jest środek dnia, a przy wąskiej drodze nie ma gdzie zaparkować. Nawet przejechać swobodnie jest trudno i musimy przeciskać się między stojącymi na poboczach autokarami. Jak to dobrze, że byliśmy tu wieczorem!
Za Arachowa zjeżdżamy do Parku. Po minięciu przełęczy zjeżdżamy w rozległą dolinę pełną tawern i pensjonatów, ewidentnie czynnych wyłącznie zimą. Teraz są zupełnie puste, pozamykane na wszystkie spusty. A o zimowej aktywności świadczą liczne reklamy, tablice i plakaty związane głównie z narciarstwem.
My zjeżdżamy zgodnie ze wskazówkami z głównej drogi i zaczynamy się wspinać dziurawą drogą gruntową pod szczyt jednego ze wzniesień. Jest tam niewielka jaskinia Korykeion, którą polecał nam właściciel subaru, a którą postanowiliśmy zobaczyć.
Podjeżdżamy pod szczyt i zostawiamy samochód na niewielkiej polance zawieszonej nad doliną. Dla nas pozostało jeszcze kilka kroków wydeptaną ścieżką i otwiera się przed nami szerokie wejście do jaskini.
Jest mała, ale widać ze trzy okręgi na ogniska, więc najwyraźniej jest często odwiedzana. Trochę starych, bardzo starych nacieków jest zniszczonych dziennym światłem swobodnie wpadającym do wnętrza. Są porośnięte mchami, sczerniałe.
Mimo to jednak, przez brak sztucznego oświetlenia i jej dzikość, wydaje się jak z bajki. Jesteśmy tu tylko my, z czarnej głębi, gdzie już nie dociera światło, dochodzą nas pojedyncze dźwięki kapiącej wody. Za zakrętem i w cieniu odgradzających nas od światła stalagmitów musimy poruszać się powoli nie tylko ze względu na ciemność, ale też dlatego, że jest bardzo ślisko.
W jaskini jest cudownie chłodno i magicznie. Nie możemy jednak tkwić w niej w nieskończoność.
Inne miejsca, o których mówił nam dawca mapy, porośnięte są gęsto lasem. Rezygnujemy więc z tych szlaków. Droga wiedzie nas Wschodnim Parnasem, ale i tu widoki jakoś szczególnie nie zachwycają. Wszystko przez ten las : Do tego jedziemy asfaltem, a od głównej drogi odbijają tylko krótkie szlaki do wyciągów narciarskich.
Zupełnie zapomniałabym o Termopilach. Gdybyśmy nie skręcali w stronę Agios Konstantinos, to pojechalibyśmy nie odwiedzając tego historycznego miejsca.
Wioska jest maleńka i nie ma w niej nic szczególnego. Góry od brzegu morza dzieli kilka kilometrów równiny, a pomnik upamiętniający Leonidasa i jego trzystu jest taki sobie. Tylko jedna rzecz okazuje się ciekawa - termy. W końcu Termopile to "gorące wrota", które nazwę wzięły od gorącego źródła.
Jest już popołudnie, gdy podjeżdżamy i termy wydają nam się opuszczone. Jest jednak wyrwa w ogrodzeniu i liczne ślady prowadzące na drugą stronę. Zresztą po chwili ktoś wychodzi z gorącego strumienia, zawinięty w ręcznik. Czyli to jest właściciel zaparkowanego obok samochodu.
Jacek od razu wyskakuje z ubrania i przeskakuje przez dziurę. Ja tylko biorę aparat, bo woda w strumieniu ma cudowny kolor, a gorący prysznic sztucznie stworzonego wodospadu też jest piękny. Jacek zanurza się w cuchnącej, gorącej wodzie, a mnie w tym upale robi się słabo. Nie rozumiem, jak można korzystać z takiej kąpieli w tym ukropie lejącym się z nieba. Skandynawia, Islandia - to rozumiem, tam człowiek się w termach rozgrzewa i jest wspaniale. Tu się tylko można ugotować. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Zmykam więc szybko do stojącego w cieniu drzewa samochodu.
Gdy Jacek w końcu stwierdził, że ma dość kąpieli, ruszamy dalej. Za Agios Konstantinos szukamy jakiejś przyjemnej plaży.

Dzień 19.
Zanim jeszcze dojechaliśmy do granicy miasteczka, to z daleka widzimy wypływający w morze prom. W centrum bez problemu odnajdujemy agencje (o porcie nie wspomnę), ale gorzej jest z miejscem do zaparkowania.
W biurze okazuje się, że prom kursuje raz dziennie i to właśnie jego widzieliśmy jadąc do miasta. Najbliższy jest następnego dnia rano. Cóż robić, na Skiathos wybrać się chcemy, więc kupujemy bilety i jedziemy gdzieś zabić ten pozostały czas.
Na pierwszy rzut ponownie Termopile. Tym razem jesteśmy w środku dnia i okazuje się, że łaźnie są otwarte. Przez chwilę zastanawiam się, czy jednak nie skorzystać z gorącej kąpieli, ale okazuje się, że nie ma tu pryszniców, żeby się później opłukać i ochłodzić. Znów Jacek idzie sam, a ja chowam się w cieniu.
Leniwie snujemy się wzdłuż wybrzeża. Zahaczamy po drodze o Lamia, gdzie robimy zakupy - lepiej zabrać jakiś zapas, bo na wyspie najpewniej będzie drożej.
Snujemy się dalej, zatrzymując się to tu to tam. Tu plaża, tam popatrzeć jak pływają na kitach.

Dzień 20.
Z samego rana wjeżdżamy do portu. Dosłownie kilka minut po naszym przybyciu zaczynają wpuszczać na prom. Do odpłynięcia pozostała jeszcze godzina. Jacek obserwuje załadunek, a ja pod pokładem przeglądam ostatnie zdjęcia na laptopie. Przy okazji robię wśród nich czystkę, zyskując znów trochę miejsca na dysku.
Liczyłam na ciekawe widoki po drodze, ale brzegi są nijakie. Do tego w powietrzu unosi się jakaś mgiełka lub lekki smog i wszystko w nieco większej odległości robi się całkiem szare. Niebo, niby bezchmurne, ale też mu daleko do błękitu.
Rejs trwa trzy godziny i raczej się nudzę. Zdjęcia przejrzane, zapiski porobione, prom pozwiedzany. Chyba trzeba się zdrzemnąć.
Jak i reszta pasażerów ożywiamy się, gdy w zasięgu wzroku pojawia się miasteczko i port Skiathos. Lądujemy w samym centrum stolicy wyspy i po opuszczeniu promu jest masakra. Mija sporo czasu i spala się sporo paliwa zanim znajdujemy sobie miejsce do zaparkowania.
Ruszamy znaleźć dwie rzeczy - agencję i knajpkę. A agencją nie ma aż takiego problemu. Gorzej z rozsądną knajpką. Wzdłuż wybrzeża jest ich bez liku, ale z jakichś nieznanych nam przyczyn serwują posiłki europejskie, włoską pizzę, hamburgery, a nawet "english breakfast". No żesz, nie po to przyjechałam do Grecji, żeby stołować się we francuskich czy angielskich knajpach. W końcu w bocznej uliczce widzimy wystawioną tablicę, a na niej napis: "zapraszamy na najlepszy w mieście gyros". Po polsku. Skuszeni i zaciekawieni decydujemy się na ten lokal.
Przy płaceniu wyjaśnił się ten polski napis. Pani kasująca nas jest Polką, która lata temu wyszła za Greka i mieszka z nim i pracuje właśnie tu. Zamieniamy kilka słów i ruszamy na podbój wyspy. Zaczynamy od spaceru po miasteczku, skoro już tu jesteśmy. I znajdujemy tu elementy, których nie znaleźliśmy na kontynencie, a które są charakterystyczne bardziej właśnie dla wysp, czyli biało-niebieskie domy, bielone wąskie uliczki i schody.
Skiathos słynie z pięknych plaż. I koniec. Nie ma tu nic więcej. Jednak ich przecudną urodę opiewają przewodniki i wszyscy nasi znajomi, którzy nas namówili na wizytę na tej wyspie. Ulegliśmy więc ich namowom i jesteśmy. Zaczynamy jeździć od plaży do plaży.
W pierwszej kolejności jedziemy do Kastro - ruin starej twierdzy, pierwszej stolicy wyspy. Wszystkie drogi na wyspie są bardzo wąskie i tak samo bardzo strome. I kręte. Podjeżdżamy najbliżej jak się da, ale na niewielkim parkingu nie ma już miejsc. Nic nie szkodzi, obok jest jakiś dom (ci ludzie prowadzą taki mini-bar) i trochę miejsca miedzy drzewami przy drodze. Bez problemu wkomponowujemy tam Potwora i dalej idziemy pieszo.
Plaża jest hen, daleko, daleko w dole. Na dół można zejść, ale potem trzeba w tym upale wdrapywać się na górę. Odpada. Na szczęście Kastro znajduje się na szczycie klifu. Do twierdzy wiedzie nas wąska ścieżka, wydeptana wśród niskich krzewinek, drapiących wysuszonymi gałązkami po łydkach. Potem jeszcze kilka kroków po kamiennych schodkach i jesteśmy za bramą.
Z twierdzy zachowały się … tak, tak - fragmenty murów i kościoły. Jeden w całości (wciąż funkcjonujący), kilka w mniejszej lub większej ruinie. Wśród nich także pozostałości meczetu. Ta świątynia z daleka wygląda jak kamienna twarz z czarnymi oczami i rozwartą paszczą, na które składają się puste otwory okien i wejścia. Jednak nie ma tu nic ze zdobień, same kamienne ściany i tylko dzięki tabliczkom informacyjnym wiemy, co to za budynek.
Białą plażę Kastro podziwiamy wyłącznie z klifów twierdzy. Po spacerze z radością wchodzimy w cień drzew. Dodatkowy lekki chłodek wieje od lejącej się po prostu na ziemię wody z porzuconego węża. Od razu pytam siedzącej na progu domu kobiety, czy to woda pitna i czy mogę nabrać trochę do butelki. Nie ma z tym żadnego problemu. Przy okazji wywiązuje się rozmowa na temat naszego samochodu, który nieodmiennie się ludziom podoba. A gdy kobieta słyszy, że przyjechaliśmy nim z Polski, to już tylko powtarza "brawo, brawo".
Zresztą nie ona jedna jest Potworem zachwycona. Gdzieś po drodze zatrzymujemy się przy jakiejś tawernie, bo tylko tam jest miejsce. Naszym celem jest jednak spacer kawałek dalej i zdjęcia wybrzeża z góry. Gdy wracamy do samochodu już z daleka widzimy, jak biega dokoła niego jakich chłopiec. Z daleka też słyszymy okrzyki zachwytu. Na nasz widok dziecko ucieka do stojących opodal rodziców, ale wołamy go i zapraszamy do środka - niech sobie usiądzie za kierownicą.
Po jego oczach widać, że jest w siódmym niebie. Kilka fotek zrobionych przez rodziców chłopca i się rozstajemy.
Jedziemy na kolejną plażę, może w końcu poleżymy, wykąpiemy się, wypoczniemy. Asfalt skończył się jakiś czas temu, kręcimy wąską drogą wyciętą w zboczu, aż dojeżdżamy do jakiegoś mini-parkingu miedzy drzewami. Stoi tu kilka samochodów osobowych, a na drzewie przy samej drodze wisi wielki, czerwony znak STOP. Nad nim jednak jeszcze tabliczka z dwujęzycznym napisem "TYLKO 4x4 i MOTOCYKLE" ( takie znaki napotykamy na Skiathos jeszcze nie raz). Za zakrętem wyjaśnia się dlaczego - droga opada stromo, a do tego robi się bardziej piaszczysta, zbyt wymagająca dla zwykłych osobówek. I faktycznie na dole, przy samej plaży w cieniu drzew stoją wyłącznie małe terenówki.
Plaża jest bardzo sympatyczna i dwuczęściowa. Jedna część to piasek i trochę kamyczków, druga część to soczyście zielony trawnik. Na obu częściach rozłożyło się kilka leżaków, rozkładamy się i my.
Jacek idzie popływać z bojką, a ja z maską. Niestety, nie jest tu tak kolorowo i przejrzyście jak na Malcie, czy Sardynii. Są skały, ale pokryte jakimś szarym mułem, tak samo jak i nieliczne wodorosty. Ryby też mają raczej kolory maskujące, więc z moich podwodnych foto-łowów nic nie wychodzi.
Zastanawiamy się nad noclegiem na tej małej plaży, jednak nie odpowiada nam towarzystwo komarów. Niestety, kilka metrów obok jest jakaś niewielka sadzawka i te uciążliwe owady zaczynają pod wieczór latać całymi chmarami. Jako jedni z ostatnich więc opuszczamy plażę i szukamy sobie innego miejsca na nocleg.

Dzień 21.
Po śniadaniu jedziemy na drugą, południową stronę wyspy, wciąż poszukując tych legendarnych karaibskich plaż. Pierwsza na liście to Koukounaries, najbardziej opiewana. Gdy do niej docieramy, jesteśmy rozczarowani, przez duże R. Kosmicznie jej daleko do mojego wyobrażenia karaibskiej plaży. Leżak leży przy leżaku, parasol zahacza o parasol. Między nimi wąskie przejście zbudowane z drewnianych paneli. Co jakiś czas budka baru i misz-masz lecącej z różnych stron muzyki. Uciekamy stamtąd ekspresowo.
Moje biedne, skąsane przez komary nogi już nawet nie swędzą. Swędzenie minęły i pozostawiły daleko w tyle, wchodząc w pełnię bólu. A najgorsze jest to, że nic co mam nie chce podziałać. Dodatkowo od słońca nogi puchną, aż dostaję dreszczy. Mamy tylko jedną możliwość - jedziemy do miasta, do apteki. A przy okazji też do agencji po bilety na prom. Te odwiedzone i te zobaczone z wysoka plaże to wszystko, co można na wyspie znaleźć. Jednak dla nas nie stanowią one jakiejś szczególnej atrakcji, nie mamy tu co robić.
W agencji na początku jest marudzenie pani za ladą. Że nie ma już miejsc na dziś wieczór na promie. Po chwili jednak jakieś miejsce się znalazło i udaje nam się kupić bilet. Następna jest apteka. Pokazuję farmaceucie moje biedne nogi i po chwili otrzymuję tubkę z maścią. Pojawia się nadzieja na ulgę.
Idziemy znów na gyrosa do "polskiej" knajpki. Jest jakaś taka pora, że jest pusto i możemy z naszą krajanką porozmawiać spokojnie. Poleca nam ona plażę Lalaria, ale do niej można dostać się wyłącznie łodzią, nie ma żadnej możliwości dojazdu.
Wcześniejsze planowanie na swoje wady (ogranicza swobodę i spontaniczne podejmowanie decyzji i zmniejsza elastyczność), ale ma też kilka zalet. Przekonujemy się o tym, gdy próbujemy znaleźć jakiś środek transportu, by dostać się na północną stronę wyspy na Lalarię. Wynajęcie łodzi możliwe jest jedynie przy wcześniejszej rezerwacji co najmniej 1 dzień wcześniej. Wodne taxi (które tak naprawdę jest wodnym busem) też wymaga wcześniejszego zainteresowania się tematem, bo pływa w oznaczonych godzinach wg rozkładu. Na dokładkę, gdy ten rozkład przestudiowaliśmy, okazało się, że na Lalarię i tak nie płynie. Do tego i tak wszyscy zgodnie stwierdzają, że dziś nikt i tak by na północną stronę nie popłynął, bo wiatr po tamtej stronie jest za silny i nie jest bezpiecznie.
Nie, to nie. Przeżyjemy brak wizyty na plaży z białymi, okrągłymi kamieniami.
Nie mając nic innego do roboty, a wciąż sporo czasu do wieczora, ruszamy na objazd tych kilku pozostałych plaż, na których jeszcze nie byliśmy.
Trafiamy na fajną, naprawdę dziką plażę. Nie ma tu nic - ani jednego leżaka, ani jednego parasola, żadnej tawerny czy baru. Tylko długa, gruntowa droga wiodąca do malej zatoczki z kamienistą plażą. Na niej jeden samochód, jeden motocykl i kilka osób nad wodą. Taki mały raj.
Po kąpieli zwijamy się i jedziemy dalej. Po drodze mijamy plażę leżącą tuż za pasem startowym miejscowego lotniska. Zastanawiamy się, czy warto czekać na jakiś samolot, bo to musi być niezłe wrażenie, gdy maszyna przelatuje kilka metrów nad głową. Jednak lotnisko jest puste, a nie wiemy za ile cokolwiek może przylecieć i lądować. Jedziemy więc dalej.
Do Mandraki jest kawałek drogi, a większość "obwodnicą". Jednak, jak tylko opuszczamy asfalt, pojawia się po raz kolejny tabliczka STOP - TYLKO 4x4. Nic dziwnego, do droga prowadzi przez grząski piasek i auto bez napędów by tu zaraz utknęło.
Tym razem plaża robi na nas wrażenie. Jest śliczna - pełna żółciutkiego piasku, otoczona złocistymi ścianami piaskowca. I parasole z palmowych liści jak najbardziej tu pasują. Uważamy, że honor wyspy został uratowany.
Czas płynie nieubłaganie, pora się zbierać. W porcie jesteśmy ze sporym zapasem, bo przed 19ą. Przed nami tylko dwa samochody, ustawiamy się za nimi i idziemy na ostatni spacer po porcie i mieście i nawet dajemy się skusić na lokalne łakocie (do tego nigdy nie trzeba nas namawiać). Jedząc po drodze spieszczamy się do portu, a tu się okazuje, że promu jeszcze nie ma. Czekamy więc, czekamy i czekamy. W końcu jest - godzinne opóźnienie, ale wreszcie możemy wjechać na pokład, przynajmniej romantycznie w blasku księżyca.

Dzień 22.
Zostaliśmy bez kropli wody, ale jedziemy przez górę Pilio, więc jest szansa na kraniki z wodą. Zresztą nabieramy ją w jakiejś wiosce po drodze. Gorzej, bo nie zatankowaliśmy Volos, a mamy mało paliwa i dalszą drogę przez góry. Wprawdzie tylko parę kilometrów, ale znając już greckie możliwości gubienia się, może być różnie.
Dlatego decydujemy się na mały przystanek w Zagora. Załatwiamy tu zresztą kilka rzeczy - Jacek rozkoszuje się kawą, kupujemy owoce i trochę wypieków. A potem wyjeżdżamy z miasteczka i po chwili wracamy, bo przecież zostało najważniejsze - puste baki w samochodzie, które wołają o napełnienie paliwem.
Po drodze na wybrzeże mijamy dziwny ogród - pełen metalowych dzieł sztuki, stworzonych najwyraźniej ze złomu. I mamy rację - Gary (Holender), mieszka w Grecji już od ładnych paru lat i tworzy sobie swoją własną sztukę. Co zrobi, to wystawia do ogrodu. Jak się znajdzie kupiec, to bez problemu można coś kupić. Mieszka tu wraz z Genną, z którą wyszła dość śmiesznie rozmowa. Rozmawialiśmy oczywiście po angielsku, Gary z wyraźniejszym akcentem, Genna jakoś tak płynniej. Pochwaliłam ją, z lekką podpuchą, że jako greczynka mówi świetnie po angielsku. Na to zaczęła się śmiać:
- Bo to mój pierwszy i ojczysty język. Pochodzę z Anglii, a tu mieszkam od kilku lat. Wcześniej mieszkałam wiele lat w Holandii. Akcenty mi się już pomieszały.
Trochę jeszcze rozmawiamy i jedziemy dalej. Do Pouri docieramy bez problemu. A dalej zaczyna się prawdziwa jazda.
Zabłądziliśmy, normalnie zabłądziliśmy. Zaczęło się zaraz za Pouri. Asfalt znika i w jego miejsce pojawia się droga gruntowa, która jakimś cudem wprowadza nas w środek sadu. I znika. Wyciągamy więc laptopa i włączamy GPS. Wg naszej (jak dotąd niezawodnej) mapy elektronicznej jesteśmy na środku właściwej drogi. No, tego to jeszcze nie grali.
Na szczęście znajdujemy sadownika, który wskazuje nam właściwy szlak. Droga nawet jest wyraźna, więc jedziemy. Zerkamy przy tym na ekran i ze zdziwieniem stwierdzamy, że wg mapy i GPS znajdujemy się pośrodku pola. Gdzieś tu jest koszmarny błąd.
Do plaży, o której wspominał sadownik dojeżdżamy bez problemu. Nawet zatrzymujemy się na chwilę ochłody. Dalej jednak cyrk zaczyna się od nowa. Pojawia się na drodze rozwidlenie. Obie nasze mapy (papierowa i elektroniczna) nic nie pomagają, więc jedziemy na czuja, wybierając drogę, która wygląda na porządniejszą.
I tak zaczynamy naszą kilkugodzinną podróż po lesie Pilio. Na początku wstępuje w nas nadzieja, że jedziemy dobrze, bo z naprzeciwka zza zakrętu wyłania defender na francuskich numerach. Dziwna mina Francuza nie zrobiła na nas wrażenia, albo raczej złożyliśmy ją na karb podziwu dla Potwora. Jednak Francuz chyba też zabłądził, bo droga kończy nam się kilkoma ślepymi odnogami.
Jedna z odnóg dobiega do maleńkiej, uroczej zatoczki, w której chętnie byśmy zostali. Niestety, jest już zajęta przez turystów z Wielkiej Brytanii i dla nas już po prostu nie ma miejsca. Zadowalamy się więc tylko kilkoma garściami dorodnych jeżyn i ruszamy eksplorować kolejną odnogę. Ta zawiodła nas do jakiegoś domu. Sprzęt sportowy leży sobie na trawniku przed domem, na suszarce wisi pranie, ale wokoło nie ma żywego ducha. Nie ma więc kogo zapytać o drogę. Wracamy więc o jeszcze jedno skrzyżowanie wstecz.
Odrzucamy drogi, którymi przyjechaliśmy (teraz i wcześniej) i rzucamy monetą, żeby zdecydować, w którą drogę skręcić teraz. I tak dalej, i tak dalej …
Śmiejemy się, że to wszystko wina Centaurów, które dla psoty plączą nam ścieżki, popsuły GPS i nie chcą nas wypuścić z lasu.
W końcu jednak się udaje. Około godziny 19 dojeżdżamy do asfaltu. Pojęcia do tej pory nie mam, gdzie podziała się około 20-kilometrowa droga widokowa z mapy. Przejechanie góry zajęło nam kilka godzin, ale droga była przeróżna. Czasem równa i gładka, choć gruntowa i szutrowa. Czasem kamienista i pełna dziur i wyrw, wyżłobionych przez wodę. Niektóre leśne zakątki były fantastyczne. Zacienione, z pojedynczymi promieniami słońca przebijającymi przez listowie. Z koron drzew zwisają "liany", a gdzieniegdzie straszy ostrymi krawędziami skała. Wiosną musi tu płynąć wiele strumieni i wtedy co chwila jest przeprawa przez wodę. Teraz jednak wszystko było wyschnięte.
Zaczyna się robić szaro, do morza kawałek drogi, a tu przed nami pojawia się zalew. Przemykamy między dwoma gajami oliwnymi i wjeżdżamy w stado owiec. Stado powoli przesuwa się wzdłuż brzegu i po kilku minutach znika w oddali. Zostajemy sami z kilkoma czaplami brodzącymi w płytkiej wodzie.

Dzień 23.
Na śniadanie zupka z żelaznych zapasów, bo chleba nie ma. Po śniadaniu jedziemy trasą widokową, tym razem cały czas asfaltem. Mała przeprawa przez góry, a potem już cały czas wzdłuż morskiego wybrzeża.
Kamienisto-piaskowe plaże są dość długie z niewielką ilością infrastruktury. Jest dziko i pusto. Nawet te kilka zorganizowanych plaż świeci pustkami. A podobno w tym roku jest dużo turystów w Grecji. Zastanawiam się, gdzie oni się wszyscy podziali i skąd tu takie pustki, ale nic mi nie przychodzi do głowy. No może poza tym, że większość turystów siedzi w hotelach i kurortach i to głównie na wyspach.
Nasz kolejny cel to wąwóz rzeki Pinio. Rzeka jest wielka, toczy mętne, zielone wody, na powierzchni których unoszą się zeschnięte liście. Jackowi zamarzył się spływ pontonem. Póki co jeszcze jedziemy w górę rzeki.
Mniej więcej pośrodku kanionu jest duży parking i mostek dla pieszych na drugą stronę rzeki. Jednak przed wejściem na mostek są budy z pamiątkami. Taki misz-masz do tej pory to chyba tylko w Polsce spotkaliśmy. Obok ikon i świętych figurek przeróżne plastikowe zabawki i szaliki i emblematy drużyn sportowych - z całej Europy.
Po drugiej stronie rzeki kaplica Agia Paraskevi zabudowana w skale i święte źródło. Do źródła wiedzie wąski i niski skalny korytarz, którym trzeba przesuwać się ostrożnie kucając. A i tak walnęłam głową w kamienny sufit. Pozostaje tylko nadzieja, że cudowna woda poprawi nam wzrok.
Jeszcze rok wcześniej była tu przystań dla pływającej po rzece łodzi turystycznej. Jednak interes zamknięto i dziś zostało tylko wspomnienie i tablica z nieaktualną reklamą.
Jedziemy dalej szukać jakiegoś ciekawego miejsca, z którego można będzie spuścić ponton na wodę, bo Jacek nie chce zrezygnować ze spływu. I znajdujemy takie miejsce gdzieś między polami. Na zielonej łączce rozkładamy ponton i szykujemy go do zwodowania. Ruszamy w drogę - Jacek wodnym szlakiem, ja Potworem szosą.
Samochodem przejechałam około 12 km, rzeką powinno być z grubsza podobnie. Zobaczymy ile czasu zajmie Jackowi pokonanie tego dystansu.
W umówionym wcześniej miejscu schowałam się w cieniu drzew i wykorzystuję wolny czas na jakieś drobne porządki i nadrobienie zaległości w notatkach. Szkoda tylko, że nie sprawdziliśmy tego miejsca wcześniej po jeszcze jednym kątem - obecności komarów. Przez te latające i kąsające paskudy nie za bardzo mogę wyjść z samochodu, bo żaden z repelentów nie chce zadziałać, odporne jakieś takie są.
Cztery godziny czekania i jest Jacek. Zmordowany, bez sił. Mówi, że dużo musiał obchodzić brzegiem, bo były fragmenty nie spławne. Trochę płynął ze słabym prądem, ale za to pod silny wiatr, który przeważał i Jacek musiał ostro wiosłować, żeby posuwać się naprzód.
Ponton, wciąż mokry i napompowany ładujemy do samochodu i uciekamy ze strefy komarowej. Zajmiemy się nim na jakiejś plaży, gdy tylko dotrzemy na wybrzeże.

Dzień 24.
Na dobry początek dnia leniwy poranek na wciąż pustej plaży. Nikt nie biega, nikt nie krzyczy i nie rzuca piaskiem. Wyschnięty przez noc ponton zwijamy i pakujemy do schowka. Dziś chcemy wjechać na Olimp (znaczy się, tam dokąd się da). Na razie jednak jeszcze siedzimy w Litochoria. Zwyczajowo - zakupy - świeże owoce, świeże pieczywo, coś do chleba. Jeszcze kawa, tankowanie i ruszamy w odwiedziny do bogów.
Praktycznie całą drogę do schroniska na 2 tyś metrów jedziemy asfaltową drogą. Od takiej strony wjechaliśmy do Parku Narodowego, to już trudno, nie będziemy jeździć dokoła i szukać innych dróg.
Nie jesteśmy za specjalnie miłośnikami górskich wędrówek, więc nie nastawiamy się na wspinaczkę na szczyt. Idziemy tylko na mały spacer fragmentem szlaku. Dlatego też zabieram tylko mały plecaczek, który w większości wypakowany jest obiektywami.
Szlak od schroniska jest przyjemny - prowadzi przez las, czyli w cieniu. Do tego wraz z wysokością spada temperatura. Jednak po około dwóch godzinach marszu ja mam dość, a gęsty las nie pozwala na podziwianie widoków, nawet szczytów nie widać. Schodzący z góry turyści mówią, że do szczytu jeszcze jakieś trzy godziny marszu. Ja zawracam, a Jacek - sam o wiele szybciej - idzie dalej.
Schodzenie idzie łatwiej i szybciej. I częściej zaczepiają mnie wchodzący na górę. Jak daleko jeszcze? I czy trudno? Wszystkich pobiła pewna para, ubrana jak na plażę - klapki, szorty, w dłoni tylko smartfon, na ręce malutkie dziecko.
- Daleko jeszcze do punktu widokowego, z którego widać szczyt?
- Będzie około 2 godzin marszu - odpowiadam, bo z tego co wiem, mniej więcej tyle zostało do schroniska, a wcześniej punktów widokowych podobno nie ma.
- Niemożliwe - para na to. - To miało być z kwadrans od schroniska. A tu nie ma i nie ma, więc chyba już będzie gdzieś blisko.
- Nie wiem, kto was tak poinformował, ale tu blisko nie ma takiego punktu widokowego.
Nie dali się jednak przekonać i kontynuują wspinaczkę. Cóż, nie mogę nic zrobić i tylko mam nadzieję, że się opamiętają i wrócą z tym maluchem szybko na dół.
Ja do samochodu wracam ok. 15. Zabieram puste butelki i korzystam z obficie tryskającego źródła świeżej, zimnej wody. Nie ja jedna, więc muszę stanąć w kolejce. Zabieram się też za przyszykowanie czegoś do jedzenia, bo Jacek będzie wściekle głodny, gdy zejdzie na dół.
Jacek pojawia się ok. 17:30. Dotarł do górnego schroniska, gdzie spędził chwilę, zrobił kilka zdjęć widocznych stamtąd szczytów, poleżał chwilę na słońcu. I zgłodniał.
I też wspomina, że ludzie idący na górę zaczepiali go, pytając jak daleko jeszcze. I kilka innych, jak się okazuje wcale nie jednostkowych pytań:
- A widoki jakieś na góry są?
- Są, chociaż słabe, bo drzewa sporo zasłaniają.
- A Zeusa spotkałeś?
- Nie miałem tego szczęścia.
Nie zobaczywszy się z olimpijskimi bogami zjeżdżamy na wąską, kamienistą plażę pod niewielkim klifem. Zmordowany Jacek od razu rozciągnął się na macie, ja ruszam na spacer.
Po powrocie ze spaceru widzę, że Jacek rozmawia z jakimś Grekiem. Okazuje się, że Theodor jest grafikiem i poetą. Podarował nam tomik swoich wierszy - oczywiście po grecku. Nie wiem, czy to będzie wystarczająca zachęta do nauki greki :
Theodor myślał - patrząc na Potwora, że stoimy tu od wczoraj i że zostaliśmy po wojskowych zawodach pływackich. Wyprowadzamy go z błędu i rozmawiamy jeszcze przez chwilę. Jedną z kwestii wynikłych w tej rozmowie, była ta historyczno-polityczno-terytorialna. Gdy Theodor zapytał, gdzie już w Grecji byliśmy, odpowiedziałam zgodnie z prawdą:
- Grecję zaczęliśmy zwiedzać od strony Macedonii, od Jeziora Preszpa…
- Ale TU jest Macedonia! - nie pozwolił mi skończyć.
- OK., ale mówię właśnie, że wjechaliśmy do Grecji z tej drugiej Macedonii.
Kontynuując opowieść, gdzie już byliśmy i co widzieliśmy, nie pozwalam mu na dalsze wtręty, bo nie mam zamiaru dyskutować o polityce i rozstrzygać, która Macedonia jest prawdziwa. I Theodor w końcu też się udobruchał i dał spokój politycznym rozważaniom.

Dzień 25.
Po ciężkiej nocy (Jacek zapadł na bezsenność I kręcił się trzaskając drzwiami), nie mogłam wstać. Gdy w końcu mi się ta sztuka udała, decydujemy się jechać do Vergina, żeby zobaczyć na własne oczy grobowiec Filipa II. Według przewodników i informatorów turyści mogą podziwiać go w takim stanie, w jakim zastali go archeologowie. Strasznie to pobudziło naszą wyobraźnię.
Miasteczko niewielkie, zdominowane grobowcem i pałacem. W pałacu (a raczej w jego ruinach) trwają właśnie jakieś prace, więc zwiedzić nie można. Musimy zadowolić się samym grobowcem.
Wchodzimy eleganckim korytarzem prowadzącym do wnętrza kopca. Mimo dość licznego oświetlenia ma się wrażenie, że jest tu ciemno. Wszystko dokoła jest czarne - sufit, posadzka, ścianki w wielkim holu. Jedynie ułożone w gablotach eksponaty, oświetlone delikatnym światłem stanowią jaśniejsze plamy. Tak naprawdę jest tu podziemny kompleks kilku grobowców. Dwa najmniejsze można zobaczyć z góry, z galeryjki. Zdobiące ich wnętrza freski można podziwiać oglądając ich wielkie reprodukcje.
Niestety, ale nie tak sobie to wszystko wyobrażaliśmy. Grobowiec Filipa (i drugi prawie taki sam) jest za szybą i widać tylko front z marmurowymi wrotami. Za nimi kryją się obie komory grobowca, teraz puste i absolutnie niedostępne dla zwiedzających. Wszystkie znalezione przez archeologów artefakty zostały z komór wyjęte, wyczyszczone, opisane i ułożone na półkach, w gablotach.
Naszym zdaniem znacznie lepiej i ciekawiej byłoby, gdyby wszystko zostawić w komorach, zaszklić dla bezpieczeństwa jeśli już tak musi być i wpuścić do grobowca turystów - pozostawionym pośrodku, między szklanymi ścianami korytarzykiem. Zupełnie inaczej by wtedy zadziałała wyobraźnia.
I o ile w całym obiekcie nie było zakazu fotografowania, to przy samym grobowcu Filipa stał ubrany na czarno kobiecy cerber i pilnował, by nikt nie spróbował nawet zrobić zdjęcia.
Po obiedzie jedziemy do Noussa, żeby zobaczyć o co chodzi z tą Szkołą Arystotelesa. Bez większych problemów znajdujemy właściwe miejsce, ale wszystko jest pozżymane. To znaczy Centrum jest zamknięte na siedem spustów, a parking świeci pustkami. Nic to, bo sama szkoła, to stanowisko archeologiczne otwarte dla wolnego zwiedzania. Kilka grot, trochę pozostałości po jakichś murach, tabliczki z historią. Za to rzeczywiście umiejscowienie cudowne - wciąż w otoczeniu zieleni, szemrzącego strumienia. I ten spokój dokoła. Oczyma wyobraźni widzimy jak młody Aleksander siedzi wraz ze swym nauczycielem i słucha jego wywodów. A może prowadzi z nim burzliwą dyskusję?
I znów ponosi nas wyobraźnia a zwłaszcza Jacka, który stwierdza, że fantastyczną rzeczą byłaby rekonstrukcja szkoły. Odbudować mury, zrekonstruować podstawowe wyposażenie. A potem prowadzić tu zajęcia i wykłady - np. o filozofii, czy historii. To miejsce nabrałoby życia, a tak jest to kolejny stos kamieni.
Trochę nie mamy pomysłu co z sobą zrobić. Do morza za daleko, szukamy więc na mapie jakiegoś obiecującego skrawka ziemi. Nie tak daleko znajdujemy jezioro w górach. Mając w pamięci liczne zalewy i jeziora bez dojścia do wody, podejmujemy jednak ryzyko - jezioro po prostu jest znacznie bliżej.
Po drodze zatrzymujemy się w Edessa, mieście słynącym z pięknych wodospadów znajdujących się praktycznie w jego centrum. Wokół wodospadów zorganizowany jest piękny park, pełen mostków, schodków i tarasów, z których można podziwiać przelewające się masy spienionej wody. Chwila spaceru, kilka zdjęć, kilogram świeżych, słodkich fig i jedziemy dalej.
Niestety, ale tak jak się obawialiśmy, objeżdżamy kawał jeziora zanim znajdujemy jakiś spokojny fragment, gdzie możemy zjechać i gdzie jest dostęp do wody. Za to na miejscu znajdujemy ozdobę na maskę Potwora (przynajmniej na chwilę :) - taką w stylu dzikiego zachodu. Świecąca bielą czaszka jakiegoś bydlęcia.

Dzień 26.
Jedziemy na wschód, w stronę Turcji. Koło 13ej robimy przystanek w jakiejś wiosce po drodze. Żołądki nam już marsza grają, więc trzeba coś zjeść. Knajpy niet, ale jest piekarnia. Na głodnego kupujemy kilka bułek, trochę ciastek na wagę i cztery duże na sztuki. Po jednym zjadamy na miejscu, reszta na później.
Chyba coś nas pogięło z tymi ciastkami, albo po prostu sprawdza się zasada, żeby nie kupować nic na głodniaka. Krem w ciastach zaczął się roztapiać, te małe na wagę poza lodówką też zaczęły płynąć. Zjeść ich na raz się nie dało, bo choć pyszne, to potwornie słodkie i zamulające. Podejmujemy stanowcze postanowienie, że już nigdy nie będziemy kupować ciastek na zapas.
Żar się z nieba leje, uciekają kilometry, a my w pewnym momencie mijamy drogowskaz na jakieś gorące źródła. Od razu zjeżdżamy z głównej drogi. I od razu widać, że tą dróżką mało co jeździ. Przez otwartą szeroko bramę, wykończoną drutem kolczastym, wjeżdżamy na teren jakiegoś ośrodka. I natychmiast robi się dziwnie. Po obu stronach drogi stoją stare budynki, część okien mają powybijane, drzwi stoją szerokim otworem. Prowadzące do nich schodki i ścieżki zasypane są starymi, uschniętymi liśćmi wymieszanymi ze śmieciami. Na powitanie wyszedł nam tylko jakiś pies, a za moment pojawił się drugi. Dopiero po chwili zobaczyliśmy samochód. Skądś pojawiło się kilka osób pozawijanych w ręczniki i szlafroki. Zanim zapakowali się do samochodu i odjechali zdążyliśmy ich zapytać o baseny.
Nikt z nich nie mówi po angielsku, ale od czego jest mowa gestów i te kilka greckich słów, które potrafimy wydukać. Gdy nie zrozumieliśmy odpowiedzi, to jeden z mężczyzn po prostu poprowadził nas do wnętrza jednego ze zdewastowanych budynków. W środku jest niewielkie pomieszczenie z betonowym basenem. Z niezabezpieczonej rury non stop przelewa się gorąca woda. Mężczyzna pokazuje nam ogromną zatyczkę i otwór na dnie basenu - tu trzeba zatkać, żeby woda się nalała, a po kąpieli wyjąć, żeby nie przelała.
Wyciąga nas dalej na zewnątrz i prowadzi jeszcze kilka kroków gdzieś w krzaki. Okazuje się, że przyprowadził nas nad brzeg rzeki, przy którym jest naturalny mini-basenik z gorącą wodą.
Na pytanie Jacka o toaletę jednoznacznie wskazał krzaki. Do budynków nie radził wchodzić.
Państwo Grecy pojechali, zostaliśmy sami (tak nam się przynajmniej na razie wydaje). Rzeka okazuje się być bardzo zniechęcająca do kąpieli, więc mój początkowy pomysł zanurzenia się w gorącej wodze, a potem ochłodzenia w rzece, spalił na panewce. Jacek z całą radochą wchodzi najpierw do basenu w budynku, a ja z braku lepszego zajęcia biorę aparat i ruszam na obchód ośrodka.
Wbrew radom Greka zaglądam do kilku budynków. Obraz nędzy i rozpaczy. W holu każdego z nich po podłodze walają się jakieś papiery, nadbutwiałe już segregatory i inne śmieci. Zerkam do jednego z położonych na parterze pokoi (na piętro nie odważę się wejść). Rozwalone resztki mebli, zapleśniały materac. I masa śmieci.
W trakcie spaceru odkrywam, że jednak nie jesteśmy tu sami. Znajduję jeszcze jeden samochód i dwa rowery. Po ich właścicielach jednak nie ma śladu, do chwili, gdy z kolejnego budynku wychodzi mężczyzna. Wsiada do samochodu i odjeżdża. Po cichu, na paluszkach, z duszą na ramieniu i paniką za plecami zakradam się do budynku, z którego przed chwilą wyszedł. I tu przy recepcji śmietnik. Z głównego holu prowadzi kilka wyjść, ale z jednego korytarza dobiega mnie szum lejącej się wody. Znaczy, że tam też jest basen. Idę w tym kierunku wąskim, betonowym, ciemnym korytarzem, w którym co najmniej farba odpada się ścian. Mijam jakieś malutkie pokoiki, oświetlone jedynie małymi, umieszczonymi pod sufitem okienkami. Zaciekawiona ostrożnie (a może w którymś z nich czai się potwór? chyba za dużo horrorów oglądałam w dzieciństwie) zaglądam do jednego z nich. To są pokoje kąpielowe. W każdym znajduje się kamienna wanna, albo dwie. Ze ścian sterczą rurki, w większości bez kranów. Wszystko jest zarośnięte pajęczynami i zapyziałe. Wracam na korytarz i idę dalej w stronę szumu wody. Na końcu korytarza jest basen podobny do tego, w którym kąpie się Jacek. Jest tylko trochę większy, a jego ściany wymalowane są częściowo kolorowym graffiti. Pstrykam fotkę i biegiem uciekam na zewnątrz.
Zastanawiam się, gdzie się podziali rowerzyści i po chwili znajduję ich siedzących nad rzeką. Widzę z mostu, jak zaczynają swój piknik.
W końcu wracam do samochodu i okazuje się, że w samą porę, bo Jacek już wymoczył się i w baseniku wewnętrznym i w tym zewnętrznym. I czuje się wygrzany do szpiku kości. No cóż, ja do tego nie potrzebowałam wody - sam upał mnie wygrzewa aż nadto.
Jedziemy jeszcze kawałek, ale ponieważ zrobiło się już dość późne popołudnie, zjeżdżamy z trasy i szukamy jakiejś fajnej plaży. I znajdujemy taką - piaseczek, dokoła pusto. Na początku plaży jest kilka parasoli, jakieś prysznice i nawet toaleta, ale dalej jest zupełnie pusto. Mijamy tylko kilka pojedynczych kamperów stojących przy drodze, a dalej już nic.
Zjeżdżamy na plażę i cieszymy się ze spokoju. Nie za długo, bo okazuje się, że przez cały wieczór i pół nocy okoliczne terenówki (a może jacyś rybacy?) urządzały sobie przejażdżki po plaży obok nas.

Dzień 27.
Zastanawiam się jak wjechaliśmy na plażę, bo przed południem, gdy wyjeżdżamy koła zakopują się w piasku. Jednak Potwór jest dzielny i grzebie się na reduktorze powoli, ale systematycznie do przodu wyrzucając w powietrze fontanny piasku. Aż trafiamy na wyjeżdżone przez nocnych wałęsaczy ubite koleiny i od razu samochód rusza z kopyta.
Nie spieszy nam się nigdzie, więc dajemy się ściągnąć z głównej drogi jakiemuś drogowskazowi prowadzącemu do Parku Rzeki Nestos (w kierunku ujścia). Jest tu pusto i głucho. Kilka drewnianych chat (informacja, sklepik - sądząc po tabliczkach) jest pustych, przez okna nie widać nawet mebli, droga między nimi zarosła. Wkoło cisza przerywana jedynie trelami ptactwa. Nie ma tu co robić, bo tabliczki informacyjne też świecą pustką bez informacji i nie ma się jak czegokolwiek dowiedzieć.
Podążamy dalej na wschód brzegiem morza i między lagunami. A jak laguny, to i stada ptactwa wodnego. Trafia się kilka pelikanów, jakaś czapla, ale najwięcej jest flamingów i kormoranów.
Na jednej z lagun mijamy sztuczne wysepki, a na nich maleńki monastyr. Niewielki parking jest pełen samochodów, a jeszcze mniejszy kościół i dziedziniec zatłoczony. Z bliska jednak to wszystko nie robi takiego wrażenia jak z drugiego brzegu laguny.
Docieramy pod turecką granicę w poszukiwaniu sępów. Jednak nic nie wskazuje na to, że pojawiają się tu, gdzie akurat jesteśmy. Plączemy się więc bez większego celu po okolicy, aż robi się późno, więc szybka decyzja o znalezieniu sobie jakieś przytulnej plaży.
Znajdujemy jedną kawałek od jakiegoś miasta, wydaje się przytulna, poprzetykana zarośniętymi wydmami, ale jak to często bywa pozory mylą. Ponad plażą latają warcząc silnikami motolotnie. Zresztą trzeba przyznać, że potrafi takie cudo wyglądać pięknie nisko nad ziemią na tle zachodzącego słońca.
Podczas naszego szykowania się do wieczornej kąpieli podjeżdża kilka samochodów, z a nich wysypują się weselnicy - para młoda, kilka innych osób i fotograf.

Dzień 28.
Nie poddajemy sie jeszcze i wciąż szukamy sępów. W końcu namierzamy jakąś informację turydtyczną i tu potwierdzają się nasze obawy. Ptactwo można poobserwować, ale tylko teoretycznie, bo raczej nie opuszczają swojej części parku. A jest to część nieudostępniona dla turystów, bo podlegająca wojsku. Trochę to dla nas dziwne, ale cóż. Ruszamy na początku do dostępnej strefy parku, ale laguny są puste. Nie ma nawet flamingów i pelikanów. Najwyraźniej nie podoba im się częste towarzystwo ludzi też się wyniosły.
Nie chce nam się w upale łazić po pustych lagunach, więc się ewakuujemy i ruszamy na podbój greckich Rodopów. Chcemy sobie zrobić pętelkę przez góry.
Drogą, oznaczona jako widokowa, dojeżdżamy asfaltem do Echinos. Gdzieś tu powinniśmy odbić w lewo, ale nigdzie nie ma drogowskazów. Pytamy o drogę na stacji benzynowej. Grek, kierowca busa, mówi po rosyjsku, więc jakoś łatwiej nam się rozmawia niż na migi. Pyta dokąd chcemy dojechać. Pokazujemy mu na mapie kolejną wioskę, a ten zdziwiony pyta po co.
- Tam nic nie ma - dodaje od razu.
- My tak turystycznie, pooglądać góry - tłumaczymy.
- Ale po co? - wciąż nie może zrozumieć. - No i droga tam płocha.
- Nic nie szkodzi. Droga to nie problem.
- No to nie ma problemu, jedźcie za mną, pokażę wam.
Prowadzi nas do właściwego wyjazdu z wioski.
Kiszki marsza grają, więc wypatrujemy jakiegoś fajnego miejsca na piknik. Póki co, udaje nam się nabrać świeżej wody do butelek.
W dole wypatrujemy rzekę. Z początku wydaje się, że wody w niej nie ma, ale z mostu widać, że coś tam po kamykach się przelewa. Na dokładkę zaraz za mostem jest zjazd i przyjemna polanka. Bez wahania zjeżdżamy i przejeżdżamy przez rzeczkę. Przy okazji wypatrujemy w wodzie smukłe ciało. To znaczy ja wypatruję, gdy chcę przejść na drugi brzeg z aparatem. W pierwszej chwili oczywiście strach, ale chyba wąż bał się tak samo jak ja. Po chwili wahania i plątania się od brzegu do brzegu w końcu gad znika między kamieniami.
My też kończymy polowanie i rozkładamy się z gotowaniem. Zupki idą szybko, ale kukurydza gotuje się i gotuje…
Droga przez Wschodnie Rodopy nie jest jakimś wyzwaniem. Wprawdzie bez asfaltu, ale w miarę równo, dość szeroko. I z widokami jest kiepsko, bo zbocza są zalesione i drzewa wszystko przesłaniają.
Na wieczór też naleźliśmy sobie bez większego problemu miejscówkę nad rzeką. I tym razem za sąsiada mieliśmy przesympatycznego żółwia rzecznego.

Dzień 29.
Wieczorem wpadliśmy na szatański plan, który po śniadaniu postanawiamy wprowadzić w życie. Najpierw chlapiemy się trochę Potworem w rzece, a po chwili zaczynamy naszą akcję wyciągarka. Z poważną miną, grobowym tonem odpowiednio kadrując nagrywamy akcję zaczepiania się o drzewo, naciągamy linę i … - zastanawiam się, czy pisać co dalej czy nie. Montaż filmiku utknęła w martwym punkcie, ale jeśli kiedyś będzie skończony, szkoda oglądającym psuć zabawę. Chyba jednak więc nie napiszę co było dalej, wybaczcie.
W dalszą drogę wędrujemy wzdłuż Nestos, czasem zerkając na rzekę, czasem tracąc ją z oczu. W jakiejś maleńkiej wiosce zatrzymujemy się na kawę. To znaczy ja siadam z notesem przy stole, Jacek u starszej Greczynki zamawia sobie kawę i korzysta z toalety. Po chwili z kafejki wychodzi dziewczyna i zaraz wraca z kobietą mówiącą po angielsku, która zadaje mi pytanie:
- Podobno jest jakiś problem?
- Nie, ja nie mam żadnego problemu. Chyba, że Jacek ma jakiś z zamówieniem - zdziwiłam się.
- Skąd jesteście? - pyta dalej.
- Z Polski.
- Ja też mówię trochę po polsku - tym razem odpowiada w naszym ojczystym języku.
Przyznaję, że zamurowało mnie i zanim zdążyłam pozbierać myśli, kobieta weszła do wnętrza kafejki.
Okazuje się, że to pani z kawiarni miała problem z Jacka zamówieniem - bała się, że źle go zrozumiała, więc poprosiła o pomoc przebywającą w sąsiedztwie turystkę.
Turystka okazała się być z pochodzenia Rosjanką, która przez wiele lat mieszkała w Polsce (stąd doskonal znajomość języka), a od kilku wraz z mężem Anglikiem mieszka w Anglii. A jej siostra wyszła za Greka i mieszka w tej wiosce od kilkunastu lat. Usiedliśmy razem przy stole i przy kawie rozmawialiśmy dłuższą chwilę - o podróżowaniu, o Grecji, o Grekach, o Anglii, o jej wspomnieniach z Rosji.
W końcu ruszamy dalej - tym razem pętelka przez Zachodnie Rodopy. Pomysł jednak okazuje się średni. A powód w zasadzie jest jeden - las. Wszystko jest tak zarośnięte, że nie ma żadnych widoków - tylko drzewa, drzewa, drzewa …
Rzecz jasna - zgubiliśmy się. Zjechaliśmy nie wiadomo gdzie z "głównej" drogi i wjechaliśmy gdzieś na szlak drwali. Od razu można było to poczuć, bo pod kołami pojawiły się koleiny, dziury i wyrwy, kamienie i gigantyczne nierówności. Offroadowo nam się zrobiło.
Tym razem jednak laptop nie zawiódł i bez problemów znaleźliśmy właściwy szlak w plątaninie wyrytych w zalesionych zboczach dróg.
Noc nas zastała jednak w lesie, bez możliwości wyboru przytulnego kącika. No cóż, zdarza się i tak.

Dzień 30.
Dni się zlewają, miejsca i wydarzenia zapominają i mieszają. Gdy wspomnę jakieś miejsce w Grecji, które odwiedziliśmy dopiero co, to wydaje mi się, że to było dawno temu, w jakimś przeszłym życiu. Na szczęście jest notes i są zdjęcia, bo inaczej z tego wyjazdu niewiele by w pamięci zostało. Prawdziwe przeładowanie informacji. Z doświadczenia jednak wiem, że późniejsze wspominki ze znajomymi i rodziną, przebieranie zdjęć na stronę i do wydruku, to wszystko pozwoli ułożyć cały wyjazd w głowie na nowo.
A tu jeszcze przed nami dalsze atrakcje do pozwiedzania. Jedną z nich jest rzeczna jaskinia Maara. Fakt, że już jest koniec sierpnia i koniec głównego sezonu, ale aż tak? Wjeżdżamy na olbrzymi i zupełnie pusty parking. I zastanawiamy się, czy nie przyjechaliśmy na darmo. Przechodzimy przez cały kompleks, w którym nie ma żywego ducha. W końcu docieramy do kasy i - jest pracownik! I jaskinia jest otwarta! Musimy tylko jeszcze poczekać na przewodnika.
Jesteśmy jedynymi zwiedzającymi. I tak właśnie lubię najbardziej zwiedzać jaskinie - w spokoju. Słychać wtedy każdą opadającą kroplę, najdrobniejszy szum przelewającej się wody, a nawet szelest niesionego rzeką piasku.
Część udostępniana do zwiedzania jest niewielka, jedna z najmniejszych jakie odwiedzaliśmy. Reszta sporego kompleksu korytarzy udostępniana jest wyłącznie speleologom-nurkom, bo wszystkie korytarze wypełnione są wodą. Zresztą te kilkaset metrów też nie zawsze można przejść - gdy poziom wody zalewa chodnik, jaskinia jest zamykana dla zwiedzających.
Maara jest niewielka, ale niesamowita i wyjątkowo piękna. W dole, wokół chodnika i pod nim przepływa rzeka, a z góry zwisają gigantyczne stalaktyty. Najdłuższym z nich przepływająca woda obmywa czubki. Może to, że nie ma tu stalagmitów i kolumn, też ma wpływ na odbiór wiszących nacieków, ale są one naprawdę imponujące.
Tuż przed wyjściem, w półodkrytej komnacie znajduje się młyn wodny, który pracował do 50 lat XX wieku. Jego zadaniem było nabierać wodę z podziemnej rzeki i specjalnie wybudowanym kanałem przesłać ją do oddalonej o jakieś 16 km wioski. Tak jej mieszkańcy zapewniali sobie świeżą wodę pitną.
Z braku lepszego pomysłu wracamy nad Nestos, do meandrującego wąwozu. Na miejscu okazuje się, że w wiosce Stathmos jest piękna piaszczysta plaża. Z pływaniem jest gorzej, bo woda sięga ledwie kolan. Na razie rezygnujemy z pluskania i wspinamy się na szczyt do punktu widokowego. Widok z góry fantastyczny - widać cały pokręcony wąwóz i każdy zakos rzeki.
Wracamy do wioski, żeby dowiedzieć się jak wygląda sprawa spływu kajakowego. Okazuje się, że wycieczka wsiada w pociąg, wysiada w Stavroupoli, tam wsiadają w naszykowane kajaki i spływają te 23 km z powrotem do wioski. Całość imprezy to 40 EUR od osoby. Jednak nikt nie jest w stanie nam powiedzieć, czy jutro będą płynąć, bo poza nami akurat nie ma chętnych. A my to chyba ciut za mało.
Spoko, nie ma problemu. W taki sposób to i my sami sobie możemy zrobić spływ naszym pontonem. Resztę popołudnia więc spędzamy na doinformowaniu się w zakresie pociągów na stacji i na przygotowaniach do spływu.

Dzień 31.
Pobudka o nieludzkiej godzinie, czyli o 7:00. Cóż, trzeba zjeść śniadanie, dojechać do stacji, zabrać rzeczy, a pociąg ma być o 9:00.
Po pół godzinie jazdy klimatyzowanym, bardzo wygodnym pociągiem, wysiadamy w Stavroupoli. Kilka minut spaceru i jesteśmy nad rzeką. I tylko pasące się na brzegu konie ciekawie zerkają na nas, gdy pompujemy ponton i szykujemy się do wycieczki.
Na początku tafla wody jest jak lustro, tak leniwy i spokojny jest nurt. Brzegi rzeki nie porywają, nie ma spektakularnych widoków, ale płynie się spokojnie. Nurt sam niesie ponton. Trzeba tylko pilnować, żeby trzymać się dostatecznie głębokich fragmentów rzeki i nie szorować siedzeniem o kamienie. Wychodzi wiec na to, że płyniemy szerokim korytem zygzakując od brzegu do brzegu. Kilka razy jednak sztuka ta nam się nie udaje (albo robi się tak bardzo płytko po całej szerokości) i musimy wyjść z pontonu i przeprowadzić go przez płyciznę.
W pewnym momencie zrywają się podmuchy wiatru, który na nieszczęście wieje pod prąd i musimy zacząć porządnie wiosłować, żeby posuwać się naprzód. I płyniemy tak do końca w kratkę - leniwy spływ przeplatany mocną pracą wioseł.
Spotykamy po drodze trochę ptactwa wodnego. Mimo, że podpływamy do nich bez wiosłowania, czyli bez chlupotu, to i tak uciekają spłoszone. Brakuje lustrzanki z długim obiektywem, ale taki mały ponton to za duże ryzyko dla niego, a zoom naszego wodoodpornego kompaktu nie daje rady.
Słoneczko grzeje od samego rana, a ja zostałam bez balsamu. Woda przynosi tylko chwilowa ulgę, próbuję więc się chować pod koszulką. Ponieważ prąd i wiatr obracają pontonem, czuje się jak kurczak na rożnie - równo przypieczona ze wszystkich stron.
Zapominam o poparzeniu, gdy wpływamy w kanion. Teraz już tylko liczę zakręty - ile ich jeszcze zostało do plaży.
Jeszcze jej nie widać, ale już wiemy, ze jesteśmy blisko, bo na ścieżce na brzegu pojawiają się spacerowicze. Tuż przed ostatnim zakolem dochodzą nas głosy ludzi z plaży. Dopłynęliśmy - po sześciu godzinach. Kajakami jest z pewnością szybciej, jednak mały i przepełniony ponton nie dorówna wąskiemu i sztywnemu kajakowi.
Ponton suszy się na brzegu, Jacek wyleguje się obok niego. Ja słońca mam już serdecznie dość i siedzę w cieniu, błogosławiąc jego nikły chłód. Po chwili ponton jest suchy i pakujemy się - przed nami jeszcze kawałek drogi marszem do stacji, przy której został samochód.
Człapiemy skrajem drogi (na szczęście ocienionej przez drzewa), wlokąc się noga za nogą. W pewnym momencie Jacek się rozmarzył:
- A gdyby tak jechał jakiś pick-up i nas wrzucił na pakę, to nie musielibyśmy iść.
Tylko na niego spojrzałam. Nie miałam siły nawet się zaśmiać. Jednak już po chwili zatrzymał się obok nas samochód (mała osobówka) jadący z plaży.
- Podrzucić was gdzieś?
- Do dworca kolejowego - Grek nie musiał nas namawiać na zajęcie miejsc w jego pojeździe.
No i proszę, jak to się niektórym marzenia spełniają.

Dzień 31.
To już praktycznie koniec. Zmierzamy w kierunku macedońskiej granicy. Po drodze jeszcze ostatnia kąpiel w morzu.
Morze mnie wyrzuciło! Jedna fala podcięła mi nogi (a utrzymać równowagę było trudniej, bo dno kamieniste), a druga po prostu jak wodorost podniosła i wyrzuciła na zaścielony kamieniami brzeg. Ja się z nimi sprzeczać nie będę i na siłę pływać nie muszę. Jacek wypłynął poza fale i się pluszcze, ja idę opłukać się pod prysznicem.
Jakoś tak bezmyślnie jedziemy do głównego przejścia granicznego na autostradzie. Około dwóch kilometrów od granicy stoi policja i kieruje ruchem w tworzącym się gigantycznym korku. I my byśmy mieli tu stać kilka godzin?! Nie ma mowy. Za zgodą funkcjonariuszy nawracamy i pokierowani przez nich jedziemy do małego przejścia kilka kilometrów w bok - do Doirani.
Po stronie greckiej przed nami dwa samochody. Odprawa trwała kilka sekund.
- Polska?
- Polska.
- Miłego dnia - i urzędnik nawet nie zajrzał do paszportów.
Na części macedońskiej już mini-kolejka. Po kilku minutach podjeżdżamy pod okienko.
- Polska wojna? - pyta urzędnik.
- Polski samochód wojskowy - odpowiada Jacek.
- A gdzie broń?
- Nie ma.
- Ale auto wojskowe?
- Ale nie na wojskowej misji.
- A na jakiej? Na turystycznej?
- Tak, na turystycznej misji.
Rozstajemy się ze śmiechem i już jesteśmy w Macedonii.
Pierwszą bramkę na autostradzie mijamy bokiem, bo w miejscu, gdzie zaczyna się korek znajduje się zjazd. Fragment autostrady omijamy jadąc równoległą drogą. Nie wiem, czy to zmęczenie (jest już późno i ciemno, od rana w drodze), czy co, że nie pomyśleliśmy o tym, że skoro był korek przed pierwszą bramką, to na drugiej będzie to samo. I spędzamy ponad godzinę oczekując na zapłacenie tych kilku groszy za możliwość ekspresowej jazdy.
Za to przed Kumanowem już korka nie ma. I przez granicę na autostradzie przejeżdżamy sprawnie.
Za nami i przed nami nie kończący się sznur samochodów. Aż się boję pomyśleć, co będzie, gdy nasza droga połączy się z tą jadącą od Bułgarii.
Moje obawy częściowo się spełniają. Nigdy w życiu nie widziałam tak zapełnionych stacji paliw. Każdy centymetr, nie tylko parkingu, zapchany autami. Nawet nie ma jak wjechać. Wyjazdy i pas awaryjny w okolicy stacji też zapchane. A gdzie nie stoją koła, to leżą koce, a na nich śpiący niemieccy, francuscy, belgijscy Turcy. I tak przez pół Serbii.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
     Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo