fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
2007
NORWEGIA - DANIA - NIEMCY
NORWAY - DENMARK - GERMANY

Galeria zdjęć Norwegia/ Gallery Norway
Galeria zdjęć Dania/ Gallery Denmark
Galeria zdjęć Niemcy/ Gallery Germany

Not avilable in English.

Termin: 03.08.2007 - 25.08.2007.

Od dłuższego już czasu przygotowywałam wyjazd do Portugalii. Praktycznie wszystko miałam przygotowane, a tu nagle tydzień przed terminem wyjazdu ... kompletna zmiana planów.
Magia północnych krain, pozbawionych wysokich drzew przestrzeni, upstrzonych skałami, kazała nam wrócić do Norwegii. Już nie sam Nordkapp, ale położone tylko nieco poniżej Lofoty przyciągnęły tego roku naszą uwagę. A że do domu jakoś wrócić trzeba (najlepiej nie tą samą drogą), zahaczyliśmy i o słynne norweskie fiordy.
Ponieważ moje zdrowie nie pozwoliło mi w tym roku na zrealizowanie pewnych przedsięwzięć (jak na przykład wspinaczka na lodowiec), do Norwegii zapewne jeszcze wrócimy. To jednak kiedyś, a w tym roku było tak:

Dzień 1.
Pobudka jeszcze przed świtem, bo droga do Gdańska raczej daleka, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę stan naszych dróg. Na szczęście korków jakoś wyjątkowo mało po drodze, te, które się trafiają, nie są aż takie straszne. I takim sposobem, czując, że mamy zapas czasu, zatrzymujemy się koło południa dla rozprostowania kości w Gniewie.
Na zwiedzanie wnętrza zamku jednak sobie nie pozwalamy. Najbliższe wejście, czas zwiedzania, przewidywany czas dojazdu do Gdańska - wszystko wychodzi nam na styk. Wolimy nie spóźniać się na prom, bo następny dopiero za dwa dni.
Mimo obaw w Gdańsku nie ma korków i bez najmniejszych problemów dojeżdżamy do terminalu promowego. Ponieważ prom rezerwowałam na tydzień przed odpłynięciem, nie było już wolnych kabin (18 godzin na promie, w tym nocleg na siedzeniu lotniczym - koszmar, ale do przeżycia). Wprawdzie bez większej nadziei, ale dałam się jednak wtedy wpisać na listę rezerwową. Jakaż jest przy okienku moja radość, gdy przy odbiorze biletów okazuje się, że dostajemy kabinę.
Po zaokrętowaniu Jacek pada na koję, a ja wyruszam na obchód promu - co, gdzie, kiedy i za ile. Gdy tylko ruszają silniki, Jacek dołącza do mnie. Pożegnanie Gdańska jest szare, ponure, zamglone. Westerplatte lewie widać. Mamy nadzieję, że ta pogoda nie podąży za nami. Po kolacji ja padam jak martwa, a Jacek zwiedza pokład.

Dzień 2.
Kabina wewnętrzna, czyli bez okien. Skutek? O dziewiątej rano, gdy się obudziliśmy, wciąż było ciemno i bez zegarka nie umieliśmy stwierdzić, jaka to pora dnia. Szybki prysznic, śniadanie, tak zszedł nam czas do południa, gdy wylądowaliśmy w Nynashamn w Szwecji.
Cała kontrola po zjechaniu z promu sprowadziła się do dmuchnięcia kierowcy (czyli w naszym przypadku Jacka) w "balonik". Trzeźwi kierowcy mogą jechać dalej, ci na podwójnych gazie - muszą z boku poczekać, aż wytrzeźwieją, zanim policja puści ich na szwedzkie drogi.
Do Sztokholmu wleczemy się w żółwim tempie w sznurku samochodów. Gdy wreszcie wydostajemy się na północ od stolicy na drodze robi się luźniej i można jechać normalnie. I z rozwagą, bo pełno fotoradarów, czy puste na postrach, czy działające - nie wiemy, ale tubylcy raczej pilnują ograniczeń prędkości, więc my się wychylać nie zamierzamy.
Zatrzymując się tylko raz na jakiś czas dla rozprostowania kości, przekąszenie czegoś małego, czy załatwienie potrzeb fizjologicznych, tniemy w górę Szwecji, do oporu.

Dzień 3.
O 5-ej jest już jasno, a my jemy śniadanie. I dalej w drogę - Lofoty czekają.
O 13:20 dojeżdżamy do linii Koła Polarnego. Zupełny spokój i pustka, bez tzw. wodotrysków, czystej komercji i tłumu turystów. Bardzo przyjemnie.
Zaczynają się renifery. Zbyt długo ich spotykać nie będziemy, bo tam dokąd jedziemy, nie są hodowane. Zauważyłam, że dorosłe osobniki wykazują się całkiem porządnym zdrowym rozsądkiem - gdy spacerując szosą widzą nadjeżdżający samochód schodzą na pobocze, gdy idą poboczem profilaktycznie uciekają w las. Gorzej jest z młodymi - tu się nigdy nie przewidzi co takiemu małolatowi (czy też może małomiesięcznikowi?) wpadnie do łebka. Jeden z nich usiłował wpakować nam się pod samochód, mimo, że robiliśmy uniki i hamowaliśmy. Trzeba na nie bardzo uważać.
Z krajobrazu znikły wysokie drzewa, widać odległe szczyty pokryte białymi czapami śniegu i lodu. Co kilkadziesiąt metrów przepływa strumień, a ze zbocza z szumem stacza się wodospad. Powietrze jest rześkie, słońce świeci cudownie. Chce się żyć.
18:20 - przekraczamy granicę. Tablica z wielkim napisem NORGE, mniejsze z informacją co zrobić, gdy ma się coś do oclenia, jakieś drewniane chaty, pozamykane na wszystkie spusty. Żywego ducha w zasięgu wzroku. Zaczyna się Droga Królewska. Szara nitka szosy wijąca się pomiędzy nieckami ze stojącą wodą, strumieniami, skalnymi wzgórzami. A wzdłuż niej rozrzucone urocze domki z dachami pokrytymi darnią (fot.) Jeszcze kawał drogi przed Sto na Vesteralen uświadamiam Jackowi, że jest już godzina 23-cia i chętnie poszłabym spać. Zdziwiony stwierdza tylko "przecież jest jeszcze jasno". I to kochamy w północy latem, nawet jeszcze w sierpniu.

Dzień 4.
W nocy padało, ale rano wyszło słońce. Około dziewiątej docieramy do Sto. Musimy pół godziny poczekać na otwarcie biura organizującego wielorybie safari. Wybieramy się więc na spacer po wiosce.
W zasadzie to kilka chat nad brzegiem morza, kilkanaście domów, jakiś sklepik i kawiarnia w jednym. Obiekty "przemysłowe", czyli doki, hangary i miejsca przetwórki ryb. W porcie pełno masztów (fot.).
Pomimo braku rezerwacji bez najmniejszego problemu załapujemy się na rejs. Płacimy, otrzymujemy kilka wstępnych informacji i tabletki przeciwko chorobie morskiej. Zbiórka w porcie przed samym południem.
Czas do rejsu spędzamy na spacerach po najbliższej okolicy, a następnie na przebraniu się w ciepłą odzież. Z dna bagażnika wyciągam czapki i rękawiczki. Na morzu zawsze jest zimno. I - jak powiedziała miła pani z kawiarni - nikt nigdy nie jest dość ciepło ubrany.
Przed wejściem na pokład dzieci otrzymują obowiązkowe kamizelki ratunkowe. Dorośli są instruowani jak je założyć i co robić w przypadku zagrożenia. Załoga statku opowiada o zasadach bezpieczeństwa i o zasadach właściwego zachowania na pokładzie. W końcu, wyczytywani po nazwiskach, wchodzimy po chyboczącym trapie na pokład. Łazimy nieco w tę i z powrotem, aż w końcu zajmujemy pozycję na dziobie. W południe odpływamy.
Niedaleko od brzegu jest kilka skalistych wysepek o różnych rozmiarach. Na największej z nich stoi kamienna latarnia morska. Mijamy ją zwalniając, a członkowie załogi po angielsku (towarzystwo na statku jest wybitnie międzynarodowe) objaśniają jakie ptaki mają siedliska na stromych brzegach wyspy i które z nich właśnie można zobaczyć. Widać je jednak tylko przez dobrą lornetkę albo bardzo dobry teleobiektyw. Okrążamy wyspę i znów zwalniamy przy sąsiedniej - tu na skałach wylegują się foki. Coś tam fotografuję, co chwila chowając aparat pod kurtką, bo leje.
W końcu wypływamy na otwarte morze. Po jakimś czasie przestaje padać, choć niebo wciąż jest zachmurzone, a widoczne w dali brzegi Vesteralen są w tych warunkach rozmazane.
Siedzenie w bezruchu powoduje, że robi się zimno. Staramy się więc chodzić nieco na zmianę po pokładzie, pijemy podawaną w mesie gorącą herbatę i kawę, zagryzamy ciasteczkami. To nas rozgrzewa. W tzw. międzyczasie załoga (czyli dwie sympatyczne dziewczyny ubrane w pomarańczowe sztormiaki) zbierają nas w małe grupki i pokazując zdjęcia i szkice opowiadają o gatunkach wielorybów, o ich życiu, zwyczajach. Mówią, które z nich możemy zobaczyć tutaj. I pocieszają nas, że to dobrze, że jest pochmurno - podobno łatwiej na szarym tle chmur niż w świetle słońca dostrzec fontanny.
Gdy docieramy na miejsce, gdzie te wielkie morskie ssaki żerują, ciepło ubrany chłopak wspina się na bocianie gniazdo, by wypatrywać wśród fal białych fontann. Ale to my - ja i siedząca obok mnie kobieta pierwsze spostrzegamy charakterystyczny rozbryzg wody. Udało nam się - jest na tyle blisko, że zdążymy podpłynąć i jeszcze go poobserwować.
Co chwila z wody wynurza się i zanurza szary grzbiet, co kilka wynurzeń w powietrze wylatuje strumień wody tworząc białą mgiełkę (fot.). Aż rozbrzmiewa ostatnie prychnięcie (a może westchnienie?) i zaczyna się wielki finał - zanurzenie. Grzbiet wygina się powoli, aż na końcu ponad powierzchnię wychyla się ociekająca wodą płetwa ogonowa (fot.), która też po chwili znika pod wodą. Po około pół godzinie wieloryb wypłynie ponownie zaczerpnąć powietrza, w mniej więcej tym samym miejscu.
Czekając na niego, zaczynamy wypatrywać następnych fontann. Widzimy kilka, ale spotkamy się z jeszcze tylko z tym jednym wielorybem. Pozostałe są za daleko.
Zrobiło się późno, zimno, wzmógł się wiatr. Kapitan bierze kurs na Sto. Tym razem płyniemy znacznie szybciej i poprzez znacznie wyższe fale. Takiej huśtawki jeszcze nie przeżyłam. Pyszną, gorącą zupę rybną, zaserwowaną przez załogę, zjadam na rozhuśtanym i zalewanym rozbryzgami fal pokładzie dziobowym. Potem robi się podobno zbyt niebezpiecznie i spędzają nas pod pokład. Jest tam ciepło i przytulnie - zwłaszcza, gdy człowiek się opatuli miękkim kocem i zaszyje w kącie na miękkim siedzeniu. Wreszcie zaczyna na mnie działać tabletka na chorobę morską. Oczy same mi się zamykają i nie potrafię ustać na nogach. Nawet nie wiem, kiedy dopływamy do portu. Muszę się jednak obudzić, żeby zejść z pokładu i wsiąść do skody. Rozespana, jestem tak zmarznięta, że wyciągam z bagażnika śpiwór i chowam się w ubraniu do niego. Jest około 19-ej. Jeszcze wcześnie, więc nie zwlekając jedziemy w stronę Melbu. To w końcu Jacek jest kierowcą, a on na morską chorobę nie cierpi, więc też nie musi znosić skutków tabletki, której nie zażył.

Dzień 5.
Rano dojeżdżamy do Melbu. Jacek się dziwi, gdy nagle szosa się kończy, a przed maską samochodu błyszczy woda. Chwilę czekamy na prom do Fiskebol. Ta miejscowość znajduje się już na Lofotach.
Słońce świeci coraz mocniej, przebieramy się w szorty i koszulki z krótkimi rękawkami. Gdzieś nad Austenfjorden znajdujemy sympatyczne miejsce na drugie śniadanie. Na parkingu zostaje auto, a my wspinamy się na niewielkie wzgórze, na szczycie którego stoją ławki i stolik. Rozkładamy na stoliku naszą piknikową serwetkę i jedzenie. Czegóż trzeba więcej? Mamy słońce, własne towarzystwo i cudowne widoki dokoła (fot.) - z nich najbardziej chyba podoba mi się stara, rozwalona łódź odbijająca się w nieruchomej tafli.
Zatrzymujemy się w Svolvaer, gdzie łazimy trochę po miasteczku, zaglądamy do informacji turystycznej i uzupełniamy zapasy. W końcu uciekamy - szkoda tak pięknego dnia na siedzenie pomiędzy budynkami.
Po drodze mijamy śliczną piaszczystą plażę pełną ludzi. Zawracamy na najbliższym poszerzeniu i wskakujemy w stroje kąpielowe. Rozkładam się na nagrzanej słońcem skale i wypisuję kupione w Svolvaer pocztówki. Jacek spaceruje po piasku kombinując, jak tu wejść do tej lodowatej wody i się wykąpać. Żaden dorosły się nie kąpie, kilka osób wskakuje do wody na ułamki sekund i po zrobionym przez jakiegoś towarzysza zdjęciu, wyskakuje szybko na brzeg. Tylko dzieciaki beztrosko taplają się kilka kroków od brzegu. W końcu Jacek zbiera się na odwagę i wchodzi do morza, przepływa kilka razy wzdłuż brzegu.
Siedzimy sobie na plaży do późnego popołudnia, wygrzewając się na słońcu. Przypływ wdziera się na piasek zmuszając ludzi do wycofania się na skały. Gdy słońce przestaje już mocno grzać, zbieramy się do dalszej drogi.
Około dwudziestej docieramy do Eggum. Za jakieś marne grosze wjeżdżamy na pastwisko, które jednocześnie stanowi prymitywny kamping. Jedyne obecne udogodnienie to kran z zimną wodą. Nie przeszkadza to jednak nikomu. Na polu sporo jest kampów i samochodów osobowych, przy których rozstawiono namioty. Przy niektórych namiotach parkują rowery. Miejsca jest tyle, że każdy może sobie znaleźć jakiś odosobniony zakątek. A pomiędzy tym wszystkim pasą się owieczki. Ponieważ wieczór zrobił się zimny, a na dokładkę tu nad samym brzegiem morza wieje niemiłosiernie, ubieramy się w kurtki i idziemy na spacer do magicznej głowy (fot.). Stoi na postumencie na pastwisku nad brzegiem morza. Zależy jak na nią spojrzeć, to stoi albo na czubku głowy, albo na szyi - więcej nie zdradzę, kto się tam wybiera sam zobaczy i będzie mieć niespodziankę.

Dzień 6.
Po śniadaniu żegnamy się z głową i wyruszamy do Borg. Dziś w muzeum wikingów zaczyna się ich festiwal (fot.).
Zaczynamy od festiwalu na przystani, sam długi dom mijamy, zostawiając do na popołudnie. Nad brzegiem jeziora, nieopodal starej kuźni i ciemnej szopy hangaru, porozkładały się namioty. Przed większością z nich poukładane już stały rękodzielnicze wyroby - na sprzedaż i do pooglądania. Przez chwilę plączemy się tu i ówdzie, aż rozpoczyna się otwarcie festiwalu.
Musieliśmy polegać jedynie na tym, co widzieliśmy, ponieważ wszystko odbywa się po norwesku. Do obozu wjeżdża konno prowadzący ceremonię wódz i w towarzystwie przywódców przybyłych na zjazd klanów odprawia ceremonię. Oddana zostaje cześć bogom, spełnione toasty. Część oficjalna skończona. Wikingowie i turyści rozchodzą się po obozie. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.
Zabawy z łukiem dla każdego chętnego, śpiewy i tańce, pokazy walk, spektakle. Na jednym ze stoisk (o ile można to tak nazwać) rozłożone stały plansze i pionki. Jacek od razu zainteresował się nimi. Nigdy wcześniej nie miał okazji grać w "szachy wikingów". Miła dziewczyna objaśniła nam zasady (przynajmniej jedną z wielu wersji). Jacek chciał spróbować, więc rozsiedli się na rozłożonych na ziemi skórach i rozegrali małą partię.
Jedną z głównych atrakcji, nie tylko festiwalu, ale w ogóle muzeum, jest mały rejs po jeziorze repliką langskip, czyli długiej łodzi wikingów. Atrakcja niemała, bo całą załogę okrętu stanowi jeden wiking (nazwijmy go kapitanem) i sami turyści. Kapitan, po kilkunastu minutach instrukcji i małej historii okrętu, stojąc na rufie wykrzykuje komendy. A załoga - czyli my, turyści - wiosłujemy z całych sił. Przycumowany burtą do kei okręt po odcumowaniu rozpoczyna manewr i odbija, wychodzi na jezioro. Załoga się śmieje, kapitan stojąc wciąż na rufie macha rękami i śpiewa na cały głos. Jacek dzielnie macha wiosłem, czuję się tu zbędna i wstaję, by popatrzeć za burtę. Każde wiosło zanurza się w wodzie we własnym tempie, na różną głębokość i czasem nawet w różnych kierunkach. Zaczynam się zastanawiać, jakim cudem płyniemy i robimy zwroty. Jakim cudem udało nam się odejść od kei? Jakim cudem nie rozwalamy jej i siebie znów cumując? Na wszystko jest wyjaśnienie - ta zagadka też ma rozwiązanie. Ale nie będę go tu zdradzać, niech ktoś inny też ma frajdę z przejażdżki i niech sam odkryje prawdę.
Pogoda jest upalna, słoneczko grzeje z całych sił, aż Jacek postanowił się rozebrać z koszuli i położyć na ławie. Chyba nawet zasnął. Ja w tym czasie obserwuję pokazy tańców na przystani.
Wytopu żelaza w kuźni nie zobaczymy, bo kowale nie zdążyli zbudować nowego miecha. Poinformowali nas uprzejmie, że wytop odbędzie się następnego dnia. Nas tu już jednak nie będzie. Trudno. Wróciliśmy przez las i łąki na wzgórze, na którym wznosi się odrestaurowana siedziba wikingów. Z ulgą wchodzę do ciemnych, chłodnych pomieszczeń, bo moje odsłonięte ramiona i nogi słońce potraktowało brutalnie z lekka je parząc. Zaczynam to czuć dopiero teraz.
Długi budynek podzielony jest na cztery części. W jednej mieszkały zwierzęta - dziś jest tu klasyczne muzeum z gablotkami. Druga, najmniejsza, stanowiła spichlerz i magazyn. Dziś są tu pomieszczenia gospodarcze muzeum. Kolejna sala to sala balowa - rzędy ław i stołów, zdobione siedzisko dla wodza i jego żony. Salę można wynająć na dowolny bankiet. I ostatnie pomieszczenie to rzeczywiste mieszkanie całego klanu. W tym jednym pomieszczeniu wszyscy razem żyli - spali, gotowali, jedli, pracowali. Kilkadziesiąt osób na tej jednej małej przestrzeni. Ciężko mi to było sobie wyobrazić.
Po osiemnastej opuszczamy muzeum w Borg. Za Leknes instalujemy się na noc.

Dzień 7.
A rano - niespodzianka. Leje. Niebo całe zasnute szarymi chmurami, niektóre jak strzępy mgły snują się nisko pomiędzy szczytami gór. Na wakacjach, w drodze kompromisu, mogę się zgodzić na chmury, ale deszcz, to już prawdziwy kanał.
Z braku lepszego pomysłu przy takiej pogodzie i z głupia frant skręciliśmy z głównej drogi i dotarliśmy do Vikten (fot.). Kilka domów, pracownia artysty szklarza. Wszystko jeszcze zamknięte i uśpione. Deszcz siąpi, chmury wiszą nisko. W tej scenerii drewniane domy z dachami pokrytymi darnią wyglądają fantastycznie.
Jedziemy dalej, po drodze zatrzymując się na małą przerwę w Reine (fot.). Około 13ej docieramy do A (fot.). I przeżywamy spory szok. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że mimo sporej ilości turystów w tym kraju, ze względu na jego przestrzenie, ludzie jakoś się rozpraszają i tłumów się nie spotyka. Tym razem na parkingu (całkiem sporym) trudno było znaleźć miejsce, a jego większość zajmowały autokary. Prawie wszystkie na włoskich numerach. I w całej wiosce, która sama stanowi muzeum rybołówstwa, aż roiło się od wycieczek. I prawie wszyscy mówili po włosku. Znaczna cześć poławianych i suszonych na Lofotach ryb wędruje na eksport właśnie do Włoch. Stąd Włosi zwiedzając Norwegię, przyjeżdżają do źródła dostaw, by dowiedzieć się w jaki sposób ryby, które jedzą, trafiają na ich stoły.
Ale nie tylko rybami człowiek żyje. Jednym z budynków należących do muzeum jest piekarnia, z której wydobywały się cudowne zapachy świeżych, gorących bułeczek. Aż ślinka leciała. No i co z tego, skoro po bułeczkach pozostał tylko zapach. Półki były już puste, gdy zajrzeliśmy do piekarni.
Po małym posiłku wyruszamy na przeciwną stronę parkingu - na skały. Deszcz raz możliwie siąpi, raz niemożliwie leje. Jakby się nie mógł zdecydować. Trasa jest wspaniała i widać, że w okolicy są obiecujące szlaki.
Nad nami i nad górami prawie czarne chmury, dużo jaśniejsze nad wioską i morzem. Wiatr nawiewa kolejne czarne kłęby spomiędzy gór. Krajobraz jest cudowny. Przed nami wyłania się ciemna tafla wody, po której powoli przesuwa się łódź wiosłowa z kilkoma barwnie ubranymi postaciami. Pojawiają się kolejne skaliste stożki poznaczone plamami zieleni. Spod ciemnych i szarych kłębów nie widać ich szczytów. Jest pięknie. Cóż z tego, skoro deszcz nie pozwala na spokojną wędrówkę. Żadna to przecież przyjemność iść i moknąć, nawet jeśli tylko woda ścieka strumieniami po wodoodpornym ubraniu. Ewakuujemy się ze szlaku.

Dzień 8.
O 7:15 jesteśmy już w porcie w Moskenes i czekamy na prom na Vaeroy (fot.). O ósmej odpływamy. Po drodze mijamy sporą skalną wyspę Mosket, zamieszkałą jedynie przez kolonie ptaków. Wypatruję też słynnego maelstromu, ale pora dnia nie jest odpowiednia i zamiast szalonych wirów widzę tylko płaskie placki na powierzchni morza, które bym zresztą przegapiła, gdyby nie podpowiedź jednego z marynarzy z promu.
Po wylądowaniu w Sorland nie zatrzymując się nigdzie po drodze jedziemy prosto krętą drogą (!) do Nordland, a właściwie jeszcze kilka przysłowiowych metrów dalej, gdzie przy piaszczystej plaży usianej głazami, kończy się droga. Przebieramy się, zabieramy plecaki i wyruszamy na szlak do Mastad - opuszczonej wioski na odległym krańcu wyspy.
Na szczęście chmury pozostały za nami, dzień robi się coraz bardziej słoneczny, na niebie pozostaje coraz mniej chmur.
Szlak wiedzie brzegiem morza, nie wspinając się na szczyt, lecz wijąc , czasem wspinając się delikatnie, czasem opadając, jego zboczem. Ze względu na mnie idziemy wybitnie powoli, nawet jak na nas. W czasie jednej z małych przerw Jacek przepatruje przez lornetkę powierzchnię morza. Nie wiem, czego szukał, ale znalazł fokę (fot.). Od tego miejsca, aż do przesmyku, którym przeszliśmy na drugą stronę wyspy, było jeszcze kawałek drogi. Całą ją foka towarzyszyła nam płynąc równo z nami wzdłuż wybrzeża. Stawaliśmy, patrzyliśmy przez lornetkę i długi obiektyw na nią. A ona wynurzała się z wody patrząc często prosto na nas. "Ustrzeliliśmy" też orła morskiego (fot.) i spotkaliśmy po drodze prawdziwego trola - Heimertussen og Yttertussen - prawdziwe dziecko Natury (fot.).
Przyszło nam się pożegnać z foką, szlak wiódł na drugą stronę wyspy. Już po kilku krokach z daleka widać było położone na płaskim brzegu zatoczki kilka zabudowań Mastad (fot.). Wchodząc pomiędzy nie zauważamy, że większość ma wyblakłe ściany, zabite deskami drzwi i okna, zabezpieczone kominy. Kilka jednak wygląda jakby ktoś w nich mieszkał. Trawniki przy nich są wystrzyżone, w czystych oknach wiszą firanki. Choć pomostów i kei już nie ma, kilka metrów od brzegu bujają się na falach boje do cumowania jachtów, czy motorówek. Domyślamy się, że te kilka zadbanych domów wciąż jest używane jako domki letniskowe.
Po kilku minutach w Mastad i małym posiłku ruszamy w powrotną drogę. Jednak na szczycie przełęczy zatrzymuje nas plusk wody. W zatoce bawi się delfin. Obserwujemy go przez jakiś czas, aż w czarnym cieniu góry zaczynamy marznąć i decydujemy się ruszać dalej.
Droga tam i z powrotem zajęła nam 8 godzin. Długo, ale przecież to wakacje, a nie wyścig z czasem. Przez cały ten czas na szlaku spotkaliśmy osiem osób. I wszystkie w okolicach Mastad. Większość drogi więc byliśmy sami, jeśli nie liczyć przedstawicieli miejscowej fauny.
Zanim zwinęliśmy się na nocleg, postanowiliśmy zrobić sobie gorącą czekoladę przy plaży i poczekać na zachód słońca (fot.).

Dzień 9.
Przed dziesiątą odpływamy z Vaeroy. Przed nami dość długi, kilkugodzinny rejs do Bodo. Pogoda znów się robi śliczna. Ja jednak po zażyciu środków przeciwko chorobie morskiej szybko zasypiam i nawet nie wiem, kiedy mija te sześć godzin rejsu.
Na terminalu w Sorland spotkaliśmy dwóch Polaków jadących na urlop do domu do Polski. Pracują od kilku już lat na Vaeroy przy rybach. Dzięki nim Jacek ma towarzystwo na promie.
Prom nie płynie prosto do Bodo, ale zawija też na Rost (fot.). Ja ten malowniczy archipelag przespałam, ale Jacek zrobił kilka zdjęć.
O 16:00 lądujemy w Bodo. Rozstajemy się z polskimi towarzyszami - oni jadą na południe, my zostajemy jeszcze chwilę w mieście. Aż też się zbieramy i ruszamy, żeby zapolować na inne wiry wodne - tym razem w Saltstraumen.
Wedle opisów potrafi to być niezwykła kipiel, kotłująca się i szalejąca. Gdy zmienia się kierunek prądów wodnych zaczynają się tworzyć wiry. Najlepiej je widać z mostu, później też nieźle wyglądają z brzegu. Spora łódź motorowa, wioząca wędkarzy, musiała się nieźle natrudzić, żeby nie dać się całkiem wciągnąć.
No dobra, wiry w końcu zobaczyliśmy, teraz pora spać.

Dzień 10.
Od rana jesteśmy w drodze w kierunku Trondheim. W podróży towarzyszą nam chmury na niebie i owce na środku drogi. Trzeba na nie bardzo uważać, bo one uważają, że to nie ich obowiązek.
Koło południa docieramy do Koła Polarnego (fot.). Aż żal serce ściska - trzeba będzie pożegnać się z Arktyką, światłem i szerokimi horyzontami. Póki co, robimy przerwę przy globusie (niejednym zresztą) i na obiad z renifera. Zimny wiatr, chmury i pokrapujący deszcz gnają nas dalej.
Przed dwudziestą pierwszą lądujemy pod Bola. Chcemy zobaczyć liczące około 6 tysięcy lat rysunki naskalne. Tych kilka szkiców w skale nie robi na nas jednak szczególnego wrażenia. Jedynie najstarszy i jednocześnie najlepiej zachowany ryt przedstawiający renifera jest wart uwagi. Ale generalnie sam teren jest przyjemny na spacer, czy piknik. Na ten ostatni jednak nie bardzo mamy już czas. Przed nami jeszcze kawałek drogi do Trondheim.

Dzień 11.
Dzień zaczyna się całkiem nieźle. Chociaż niebo jest zachmurzone, to jednak jest znośnie, a czasem nawet przebija słońce. W czasie spaceru po mieście (fot.) byłoby miło, gdyby się rozpogodziło.
Parkujemy blisko centrum i ruszamy na zwiedzanie Trondheim. Takie miasta nawet lubimy. Nie ma tłoku, drapaczy chmur, korków (przynajmniej w czasie naszego spaceru, bo gdy wyjeżdżaliśmy, to już nie było tak miło). Ludzie chodzą sobie ulicami w normalnym tempie, turyści szwędają się od zabytku do zabytku, Japończycy błyskają fleszami. Normalka.
I my się szwędamy uliczkami - do starego mostu (fot.), do kamiennej katedry (fot.), do rynku, do portu (fot.)i jeszcze w kilka innych miejsc. Jednym z nich jest pierwszy bodajże na świecie wyciąg dla rowerów.
Dłuższą chwilę przy nim spędzamy, żeby zobaczyć jak działa, ale na oglądaniu nieczynnego urządzenia się kończy. To znaczy wyciąg działa, ale jest płatny i to chyba nie mało, bo jakoś chętnych rowerzystów brak. Każdy, którego zaobserwowaliśmy wolał pedałować, lub pchać swój jednoślad pod stromą górkę, niż płacić za holowanie.
My naszą wspinaczkę na wzgórze z fortecą Kristiansten rozpoczynamy w mżawce, która już u murów fortu przemienia się w deszcz. Czyli pogoda nam się nie chciała poprawić, ale miała kaprys się pogorszyć. Kuląc się pod parasolem wracamy do ciepłego i suchego wnętrza naszego autka.
Około 16ej udaje nam się opuścić zakorkowane miasto. Ledwo wyjechaliśmy poza nie od razu wpadamy w strefę słońca i błękitnego nieba. Po prostu od natury otrzymaliśmy subtelną, acz mokrą, sugestię opuszczenia miasta.
Dochodzi dwudziesta pierwsza. Nasza droga i pogoda z Trondheim wyglądała tak: deszcz, słońce, chmury, deszcz, chmury, słońce, chmury. A teraz znów deszcz.
21:30 - dotarliśmy do Drogi Atlantyckiej, akurat na początek spektaklu zwanego Zachód Słońca z Niespodzianką. Niespodzianką jest to, że zniknęły gdzieś chmury znad horyzontu pozwalając nam zobaczyć tonące w morzu słońce, które jeszcze zdążyło wymalować na niebie tęczę. A na koniec - znów niespodzianka - deszcz.

Dzień 12.
Rankiem otwieramy oczęta i co widzimy? Białe baranki na niebie, pomiędzy którymi prześwitują spore płaty błękitu. Deszcz się wypadał nocą i wreszcie dał nam spokój. Teraz możemy w pełnym świetle dnia podziwiać Drogę Atlantycką (fot.). Raptem kilka mostów i parę kilometrów, dużo czasu więc nam to nie zajmuje. Szkoda nam pięknego dnia, więc wracamy w głąb lądu, żeby odwiedzić jaskinię Trollkyrkia.
Na niewielkim parkingu pośród pól i drzew, gdzie stoją raptem dwa inne samochody, zostawiamy skodę i wyruszamy na szlak. Zaopatrzeni w latarkę (w jaskini nie ma sztucznego oświetlenia), mocne buty, kurtki (z tą pogodą to naprawdę nigdy nic nie wiadomo), rozpoczynamy marsz. Najpierw jest przyjemnie, bo płasko, ale wkrótce docieramy do podnóża góry i szlak zaczyna się wspinać. Marudzimy po drodze buszując w jagodzianych krzewinkach i opychając się owocami.
Do jaskini kawał drogi, tkwi ona pod samym szczytem. Gdy wreszcie do niej docieramy doganiamy pewną parę, która chwilę wcześniej nas wyprzedziła. Z niezadowoleniem czytają tablicę informacyjną - nie doczytali wcześniej i nie zabrali ze sobą latarki. No cóż, w ich wypadku zwiedzanie zakończyło się na wejściu do podziemnego świata. My wyjmujemy z plecaka naszą czołówkę, ubieramy zdjęte w drodze na górę części garderoby i zanurzamy się w ciemność. Niestety w ciemność, bo nie sprawdziliśmy latarki. Słabe baterie nie wystarczają, żeby porządnie oświetlić drogę. Jakieś światło jest, więc da się iść, ale powoli i bardzo ostrożnie. Po jaskinia jest mała, korytarze są wąskie, niskie i zawalone skalnym gruzem.
Nie jesteśmy tu jednak sami, wraz z nami do wnętrza weszło dwóch młodych Norwegów z niezłym reflektorem. Podpinamy się do nich i ich źródła światła. Tak oto w czwórkę docieramy do niewielkiej komnaty oświetlonej słońcem poprzez niewielki otwór w sklepieniu. Przez ten otwór do wnętrza wpadają nie tylko słoneczne promienie, ale i strumień wody (fot.). Jeden z młodzieńców zrzuca sweter, spodnie i buty i wskakuje pod lodowaty prysznic. Za jego pozwoleniem szybko pstrykam zdjęcie (fot.). Przy kolejnym zdjęciu wchodzę do wypełnionego wodą skalnego basenu. Poprzez mocne, grube buty czuję lodowate zimno. Ten Norweg jest odważny, czy tylko szalony? W każdym razie z całą pewnością nieźle zahartowany.
Gdyby nie ci młodzieńcy wrócilibyśmy do wyjścia tą samą drogą i nie zobaczylibyśmy moim zdaniem najpiękniejszego fragmentu Trollkyrkia. A tak, wciąż człapiąc za nimi, przedarliśmy się (i to dosłownie) do innego, położonego wyżej wyjścia. Stamtąd był już tylko krok i kilka szczebli metalowej drabiny do innej groty. I o niebo wspanialszego wodospadu (fot.).
Opuszczamy jaskinię, Norwegowie odchodzą w swoją drogę, my jeszcze chwilę zostajemy. Żeby nacieszyć się bezchmurnym niebem, słońcem, jagodami. No i trzeba zrobić kilka notatek i zmienić baterie i film w aparacie.
W końcu schodzimy, a w ekstremalnym przypadku nawet zjeżdżamy siedzeniem po głazie (nie powiem kto). W strumieniu na dole kilka kroków od pełnego już parkingu moczę zgrzane nogi i z grubsza oczyszczam buty. Jest wspaniale. Niczego nam już do szczęścia nie brakuje (no, może poza nieograniczonym czasem).
Trolowej przygody ciąg dalszy, jedziemy więc do Trollstigen. Po drodze oczywiście nie obejdzie się bez tuneli i fiordów. Niektóre można objechać, ale w zależności od wybranej trasy nie zawsze się opłaca. My wybieramy prom i na trasie z Solsneset do Afarnes dajemy skodzie wypocząć. W końcu czeka ją niezła wspinaczka.
Przy wyjeździe z parkingu na dole stoi znak ostrzegający przed trolami (fot.), a kilka metrów dalej rozpoczyna się szalone Trollstigen (fot.). Zaczynamy więc piąć się w górę. Zatrzymujemy się w każdym możliwym miejscu, żeby zobaczyć co już zostawiliśmy za sobą, a co jeszcze przed nami. Aż o 20:00 docieramy na szczyt, oznaczający koniec trolowej drogi (a może drabiny - sami nie wiemy, bo spotkaliśmy kilka tłumaczeń). Teraz możemy rzucić na nią okiem (fot.).
Szkoda, że już jest tak późno, bo dolina po drugiej stronie, w którą zaczęliśmy zjeżdżać jest przeurocza. Zielona przestrzeń otoczona ze wszystkich stron zboczami przyprószonymi śniegiem, poprzecinana błękitnymi (to nie jest metafora, tam woda naprawdę ma taki kolor) wstęgami strumieni ozdobionymi koronkami z piany. I niebieskie plamy jeziorek. Istny raj. Schowana jednak w cieniu i zapadającym zmroku, nie prezentowałaby się najlepiej na zdjęciach.
Nie zatrzymujemy się w rajskiej dolinie, lecz zmierzamy na nocleg do Valldal.

Dzień 13.
Jakieś trzy godziny do promu stawiamy skodę na terminalu. Licho nie śpi, więc lepiej niech tam stoi, niż żebyśmy mieli się spóźnić. Bo przed nami jedna z ciekawszych wypraw - rejs trzema fiordami, podobno najpiękniejszymi (m.in. UNESCO tak twierdzi) - Norddalsfjord, Sunnylvsfjord i w końcu Geirangerfjord (fot.). A czekając na rejs robimy mały spacer po miasteczku.
Dochodzi południe, wreszcie wyruszamy. Skoda stoi na deku samochodowym (otwartym, też może więc podziwiać widoki), my zajmujemy strategiczne miejsca na górnym pokładzie. Czyli w zasadzie cały pokład, bo łazimy z jednego miejsca w drugie, żeby nie uronić żadnego z widoków na góry po obu burtach. Ta przeprawa to dwa w jednym - prom pozwala dostać się z Valldal do Geirangen bez przedzierania się przez góry (choć to podobno też urokliwa trasa zwana Drogą Orłów), a do tego statek wycieczkowy - co kilka, kilkanaście minut z głośników rozlega się miły głos opowiadający turystom w kilku językach o mijanych właśnie atrakcjach.
Płyniemy sobie powolutku, pod chmurkami. Skalne ściany przepływają obok nas, szczerząc proste, pionowe pnie drzew porastających każdą możliwą powierzchnię stoków. Co chwila naszym oczom ukazuje się kolejna biała wstęga wodospadu. Na wysokościach kilkudziesięciu lub kilkuset metrów ponad poziomem wody tkwią zabudowania opuszczonych farm. Zastanawiamy się, jak ci ludzie tam żyli. Nie widać żadnej drogi prowadzącej z którejkolwiek strony do domostw.
Niezwykłe wrażenie robi otwierający się za zakrętem (w uproszczeniu mniej więcej 90 stopni) drugi fiord. Skalne ściany odsuwają się stopniowo od siebie, odsłaniając po kawałku kolejne załomy i kolejne metry wody.
Niecierpliwie czekałam na Siedem Sióstr, najbardziej osławiony wodospad Norwegii (fot.). Od bardzo, bardzo dawna chciałam go zobaczyć na żywo. Wcześniej widywałam go jedynie na zdjęciach. No cóż, muszę przyznać, że nieco mnie rozczarował. Dla oddania sprawiedliwości zaznaczam, że sierpień to nie najlepszy okres w roku na podziwianie wodospadów. O wiele więcej wody i w związku z tym bardziej widowiskowo toczy się i spada do fiordów w czasie, gdy wiosną intensywniej topnieją śniegi i lodowce. Może kiedyś uda mi się znaleźć się w tym miejscu wiosną, może nawet popodziwiać wodospad z bliska, a nie z odległej powierzchni wód fiordu.
Dopływając do portu mijamy po lewej początek (lub koniec - zależy z której strony spojrzeć) Drogi Orłów. Do złudzenia przypomina on Trollstigen. W Geiranger stoi włoski wycieczkowiec. Mamy wrażenie, że zajmuje połowę powierzchni fiordu (fot.). W dużej mierze dzięki niemu miasteczko po prostu tętni - na uliczkach tłumy ludzi, sklepy z pamiątkami pozapychane, knajpki pełne. Po krótkiej przerwie i posiłku ruszamy w dalszą drogę. Ten szum nam przeszkadza, odzwyczailiśmy się już od tłumów. Kierujemy się na Grotli.
Wyjazd z miasta jest wspinaczką na szczyt. Droga o nachyleniu 10 stopni, zakręty 360 stopni. Jacek jako kierowca ma niezłą zabawę.
Znów zwiedzamy góry od środka. Znaczy - jedziemy tunelami, ciągnącymi się kilometrami. Kilka kilometrów tunelu, gdy już na jego końcu widać światełko, to gdzieś w jego środku majaczy czarna plamka wjazdu do kolejnego tunelu. Na krótką metę jest to nawet zabawne, ale wszystkie wnętrza gór są w zasadzie takie same, więc szybko robi się nudno. Wolelibyśmy podziwiać zewnętrza gór (fot.). Cóż jednak, nie zawsze jest wybór.
Około wpół do siódmej wieczorem docieramy do Stryn Somerskiresort. Zamknięte z powodu braku śniegu. A może późnej godziny? Bo nieoczekiwanie, gdy Jacek zagapił się robiąc zdjęcie nieczynnego wyciągu oberwał ode mnie śnieżką. Czyli na zabawę śniegu jest dość.

Dzień 14.
Jeździmy w kółko od samego rana usiłując znaleźć jakąś wyprawę na lodowiec, na którą moglibyśmy się załapać. Ta, którą planowaliśmy, została odwołana - woda zmyła most i nie ma przejścia. Znajdujemy coś o 13:00, ale różni ludzie mówią o niej różne rzeczy. Sami nie wiemy komu wierzyć. Jedni twierdzą, że ta wyprawa będzie wchodzić na lodowiec, inni, że przy takiej cenie to dojdą najdalej do krawędzi jęzora, popatrzą na lodowiec i wrócą. Za coś takiego szkoda płacić. Na taką wycieczkę można się wybrać samemu. I w końcu tak właśnie robimy.
W Bodal na parkingu (szumne słowo - bo to tylko kawałek wyjeżdżonej oponami samochodów łąki) zostawiamy skodę i ruszamy do krainy wiecznego lodu. Po drodze jest jak w tytule tego filmu z Bollywood - czasem słońce, czasem deszcz. Na szczęście nie ulewny. Ale za to malujący pomiędzy szczytami barwne tęcze (fot.). Norwegia jest dla mnie prawdziwą krainą tęczy.
Po niecałej godzinie marszu (z licznymi przystankami na podziwianie widoków i robienie zdjęć oczywiście) docieramy do czoła lodowca. W promieniach prześwitującego przez chmury słońca lodowy płat robi niesamowite wrażenie (fot.). A spod jakby zawieszonej w powietrzu tafli wypływają strumienie wody. Tak oto powstają tu górskie potoki.
Gdy dotarliśmy do jęzora akurat wchodziła na niego jakaś wycieczka, o której nie wiedzieliśmy. Uzbrojeni w raki i czekany, nanizani na ochronną linę jak korale, turyści rozpoczęli wspinaczkę. Patrząc na nich doszłam do wniosku, że jednak w moim stanie nie dałabym rady na takiej wyprawie. To znaczy radę bym dała, ale mogłoby to mieć później fatalne skutki. Innym razem, bo lodowcowi nie przepuszczę.
Dochodzi godzina 22, a my właśnie pobieramy naukę postępowania z krowami. Dziwne? To zależy. Jak wcześniej owce i renifery, w tym rejonie po drogach szwędają się krowy, które chyba myślą, że są tymi świętymi w Indiach i nie zamierzają ustępować samochodom pierwszeństwa. Stanęliśmy więc na środku drogi zastanawiając się co z tym fantem zrobić, gdy za nami pojawił się inny samochód. Nie zwalniając wyprzedził nas i głośno trąbiąc pojechał dalej. Na dźwięk klaksonu krowy szybko rozeszły się na pobocza. I my przejechaliśmy.

Dzień 15.
Z czego jeszcze znana jest Norwegia? Oczywiście z kościołów stave. Starannie wybraliśmy z tych kilkudziesięciu, które przetrwały do naszych czasów, jeden z naszym zdaniem najpiękniejszych. XI-wieczny kościół w Borgund (fot.). Nie jest największy, ale chyba najładniej zdobiony, poza tym jest wyjątkowy ze względu na strzegące go smoki, których już nie ma wiele. Poczerniałe od upływu czasu drewno, nie oświetlone wnętrze, nieco już zatarte płaskorzeźby. Tego kościoła nie da się opisać, jego trzeba po prostu zobaczyć i poczuć.
A w czasie zwiedzania niespodzianka - pada deszcz. No cóż, spod parasola też można robić zdjęcia.
Z Borgund wyjechaliśmy nie główną drogą, ale drogą historyczną. Wąski, asfaltowy szlak wiódł zakosami i serpentynami pod skalnymi nawisami, wzdłuż szumiącej wstęgi rzeki. Mijał historyczne zabudowania. Szkoda tylko, że nie było gdzie się zatrzymać. Uciekające widoczki to najczęściej właśnie te najpiękniejsze.
Minęło południe, jedziemy trasą widokową z Laerdal do Aurland. Tym razem mieliśmy wybór - najdłuższy na świecie tunel (24,5 km), albo szczyty gór. Najdłuższy tunel skojarzył nam się z najdłuższą nudą, więc wybór był prosty. Tym sposobem znaleźliśmy się w miejscu, w którym czujemy się jak na dachu świata (wprawdzie w okolicach tylko 1400 m n.p.m., ale kto by tam zważał na takie detale). Spory udział ma w tym pogoda - chmury zasłaniają dalsze widoki, nie do końca więc wiemy, gdzie jesteśmy. W każdym razie jedziemy w chmurach szczytem grzbietu gór. Wokół na skałach z rzadka porośniętych mchem białe płachty śniegu. I wszędzie pełno wody - strumienie i jeziorka, bajorka i potoki.
Po lewej mijamy szczelinę w chmurach, która oświetla sąsiednie szczyty i porośnięte lasem zbocza. Widok jak z obrazka, ale z gatunku tych uciekających - droga wąska, pobocze nie istnieje, a ruch spory.
Jest 15:30. Jesteśmy we Flam i wreszcie udało nam się zobaczyć pociąg w ruchu. Zaczęliśmy już powoli wątpić, że w tym kraju jest coś takiego jak czynna kolej (bo tory i stojące składy to nawet już widzieliśmy). Ten pociąg to atrakcja regionu - wozi turystów tam i z powrotem starym szlakiem do kilku interesujących miejsc, do których samochodem nie da się dotrzeć.
Zmierzając do Eidfjord mijamy po drodze coś, co zdalnie włącza nam w samochodzie hamulce - niesamowity wodospad, bodajże największy jaki mieliśmy do tej pory okazję widzieć. To Tvindefossen (fot.). W jego pobliżu dotychczasowe deszcze to pryszcz, mżawki a nie deszcze. Jacek, gdy stwierdził, że skoro i tak jest już mokry i musi się przebrać, to czemu nie miałby popróbować ekstremalnego prysznica. Jak pomyślał tak zrobił. Rozebrał się do kąpielówek i wbiegł pod lejące się z wysoka olbrzymie strumienie wody. I cieszył się jak dziecko.
Pomimo późnej pory udaje nam się jeszcze w OvreEidfjord uzgodnić kajakowy spływ górskim, spienionym strumieniem na następny dzień.

Dzień 16.
No cóż, dzień pełen wrażeń i dla niektórych dość męczący. Jacek bawił się od późnego rana najpierw na spokojnych wodach fiordu, potem w kipiącej rzece razem z parą młodych Łotyszów i Rosjanką. I Słowakiem, który pracował jako instruktor tego górskiego kajakarstwa. Wybitnie międzynarodowe towarzystwo.
On spływał przez spienione progi, a ja biegałam po kamieniach przy brzegach rzeki, żeby złapać najlepsze ujęcia. Kilka mi się udało. I tak nam minęło południe.
Po kajakowej przygodzie robimy mały spacer w okolicach Eidfjord, po którym jedziemy do Kinsarvik, gdzie robimy małą przerwę na zakupy i przekąskę.
Jadąc do Jondal podążamy ciekawą drogą wzdłuż jakiegoś fiordu, którego nazwy nie potrafię znaleźć na naszej mapie. Jednak to nie to jest ciekawe, ale ciągnące się po obu stronach wody sady. Przez okna samochodu widzę jabłka, śliwki i czereśnie (wielkości chyba orzechów włoskich). Tym ostatnim nie potrafimy się oprzeć, po prostu musimy ich spróbować. Kupić tu owoce jest bardzo prosto - trzeba się tylko zatrzymać przy którymś z sadów, gdzie wystawiony jest stolik lub mała budka. Na nim w plastikowych koszyczkach leżą owoce, a obok puszka i cennik. Do puszki wrzucamy pieniądze i zabieramy owoce. I smacznego.

Dzień 17.
Dochodzi 10:00, a ja usiłuję się rozgrzać w kawiarni przy lodowcu Folgefonna. Jacek szusuje po stoku. Kawiarnia niestety nie jest ogrzewana (poza łazienką na szczęście), ale i tak jest lepiej niż na zewnątrz, gdzie wieje niezbyt mocny, ale mroźny wiatr i ciągnie chłód od lodowca. Ale to jest dzień Jacka, ja po prostu go grzecznie przeczekam, aż mój towarzysz się wyjeździ na nartach.
Wreszcie o 13:00 Jacek kończy jazdę, oddaje narty do wypożyczalni. Jeszcze tylko gorąca czekolada i ciepły obiad i uciekamy ze strefy zimna.
Zdążamy w dół w kierunku Preistekolen. Po drodze zatrzymują nas dwie rzeczy - piękny wodospad Late, a niedaleko dalej norweski konik fiordowy (fot.). Wreszcie w zasięgu mojego aparatu. Przyjazny bardzo podchodzi blisko ogrodzenia i pozuje do zdjęć.
Jest około 19:00 gdy robimy kolejną przerwę w skansenie Kolbeinstveit-Ryfylkemuseet. Wprawdzie oficjalnie jest już zamknięty, ale nie ma żadnego ogrodzenia i można się po jego terenie przespacerować. Za przewodnika służy nam wybitnie przymilny kot (a może kotka? nigdy nie wiem).
Ostatnia tego dnia przeprawa to prom z Nesvik do Hjelmeland. I spać.

Dzień 18.
Uparcie dążymy do Preistekolen, ale po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Solbakk, żeby obejrzeć kolejne naskalne rysunki. Tym razem są to najprawdopodobniej wyobrażenia łodzi (możemy się tylko domyślać, bo tablice informacyjne wyjątkowo jakoś są tylko po norwesku).
Aż w końcu parkujemy na olbrzymim parkingu u stóp wzniesienia, przebieramy się i ruszamy na słynną "kazalnicę" (fot.).
Trasa jest niesamowicie przeludniona. Ruch jak na popularnym deptaku w godzinach spacerowego szczytu. Masa turystów takich jak my - czyli indywidualnych, w niewielkich grupkach i mnóstwo wieloosobowych wycieczek. Wszystkie chyba języki świata słychać po drodze. A droga jak na huśtawce - raz w górę, raz w dół. Płaskie poziome odcinki poprzecinane prawie pionowymi ściankami. Dobrze, że tworzą je głazy i kamienie, po których można wchodzić jak po naturalnych schodach. Jak zwykle na początku się rozbieramy, gdy jednak docieramy do odsłoniętych szczytów, gdzie wiatr hula do woli, szybko zakładam kurtkę.
Na platformie, zawieszonej wysoko ponad lustrem wody, ustać nie jest prosto. Trzeba o to walczyć z wiatrem. Jakiś odważny człowiek przyniósł ze sobą małego jednorazowego grilla i usiłował go rozpalić na środku platformy. Rozumiem jego intencje - piknik na wiszącej skale (no prawie), ale był bez szans. Nawet, gdy w końcu usiłował się chować za głazami przy skalnej ścianie.
Po około dwóch godzinach jesteśmy ponownie na parkingu. Pierwsza rzecz to łazienka i prysznic. W końcu czas pożegnać się z górskimi wyprawami i ruszać w stronę Kristiansand i promu do Danii.
Zanim udajemy się na spoczynek, przemierzamy spory kawałek drogi nr 44 - widokowej trasy wzdłuż morza. Bajka.

Dzień 19.
Jak na ironię świeci słońce, a na niebie są tylko opiewane przez poetów malownicze obłoczki. To nie jest fair, że taka pogoda robi się dopiero na zakończenie naszych wakacji.
Przejeżdżając przez wioskę Ana-Sira nie możemy się na chwilę nie zatrzymać (fot.). Następny przystanek fundujemy sobie w Flekkefjord (fot.). Chcemy po prostu jak najdalej odsunąć moment pożegnania z Norewgią.
Miasteczko świeci w blasku słońca uroczymi białymi zabudowaniami. Dodatkowo przez przypadek napotykamy stację drezyn-rowerów. Jest jednak zamknięta i nikt nie potrafi nam nic o niej powiedzieć. Dopiero w centrum w informacji turystycznej zasięgamy języka. Drezynki kursują, napędzane oczywiście siłą mięśni turystów, na zlikwidowanej trasie kolejowej do Ana-Sira i z powrotem. Tego dnia jednak atrakcja jest nieczynna. Szkoda. Szukamy więc innej.
I znajdujemy - na skrawku lądu najdalej wysuniętym (w Norwegii) na południe. To latarnia morska Lindesnes (fot.). Stąd jest 2518 km do Nordkapp. Latarnia jest miła i przytulna, z jej szczytu rozlegają się wspaniałe widoki na morze i spory kawał wybrzeża (fot.). Z pół godziny zajmuje nam obejrzenie filmu o historii tej i innych latarni morskich. Gdy w końcu zeszliśmy już każdą ścieżkę na terenie muzeum i chyba ze trzy razy pod różnymi pretekstami wdrapaliśmy się na szczyt wieży, zapada decyzja o wyruszeniu w dalszą drogę. Nie ma już co dłużej zwlekać.
Około 15:00 docieramy do terminalu promowego w Kristiansand. Szkoda, że nie mieliśmy okazji choćby przejechać przez miasto. Droga zaprowadziła nas prosto do portu, a gdy już się w nim znaleźliśmy to chcieliśmy najpierw kupić bilety. No i tak nam zostało. Jacek leży na jakichś paletach i się opala obok innych amatorów tego typu zabijania czasu, a ja robię notatki i zwiedzam terminal.
O 17:00 odbijamy. Czas się pożegnać z Norwegią, mamy tylko nadzieję, że do następnego razu. Po dwóch godzinach rejsu wpływamy do portu w Hirthshals w Danii.

Dzień 20.
Zachciało nam się jeszcze po drodze pozwiedzać Danię. Wybór padł na pobliski Aalborg (ze względu na czas nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru) (fot.). Pozostawiwszy samochód na parkingu poza centrum wybieramy się do biura informacji turystycznej. Tam otrzymujemy kilka broszurek i plan miasta. Tak uzbrojeni ruszamy w miasto. Spacerujemy jego uliczkami w kilku dzielnicach, aż postanawiamy opuścić Aalborg. Po drodze z wielkim trudem (nie mamy miejscowej gotówki) udaje nam się zrobić jakieś zakupy. Dziwnym trafem nigdzie nie chcieli zaakceptować naszych kart kredytowych (nie debetowych, żeby nie było wątpliwości). Tylko duńskie - słyszeliśmy w kilku sklepach. Aż w pewnym centrum handlowym akceptują naszego MasterCarda.
Do Hamburga czeka nas daleka droga, a zachciało nam się jeszcze chwilę odpocząć gdzieś nad brzegiem morza. I tak na moment wylądowaliśmy w Nibe, gdzie nie marudzimy zbyt długo - ze względu na pogodę. Bo czego już dawno nie było? Deszczu. A takiej ulewy to nie przeżyliśmy już od kilku ładnych lat. Gdyby nie strugi deszczu i czarne chmury dokoła, to chyba widzielibyśmy oba morza po obu stronach duńskiego półwyspu. Tak płaski wydał nam się ten kraj.

Dzień 21.
W Hamburgu (fot.) jesteśmy przed dziewiątą i zaczynamy od załatwienia interesów. Przyjemności później.
Po załatwieniu swoich ważnych spraw wyruszamy kolejką do dzielnicy portowej. Straszny w niej ruch i gwar. Ulice pełne ludzi (turyści z całego świata), ulice pełne samochodów, Łaba i kanały pełne statków. Tramwaj wodny też jest zatłoczony, ale rejs w słońcu i tak jest przyjemnością. Spędzamy w portowej dzielnicy popołudnie, które nas bardzo zmęczyło. Po północnych pustych przestrzeniach to ruchliwe, hałaśliwe i zatłoczone miasto nas przybiło. Chcemy z niego już jak najszybciej uciec.
Późnym popołudniem przedzieramy się przez zakorkowane ulice w kierunku autostrady. Mamy jeszcze w zapasie nieco czasu, ale na razie nie wiemy jak i gdzie go spędzimy.

Dzień 22.
Tniemy autostradami w kierunku Polski. Mamy dość dużych miast i wcześniejsze mgliste plany dotyczące zwiedzenia Drezna całkiem się rozmyły. W pewnym momencie po drodze mijamy Tropical Island. Nie mając lepszego pomysłu zjeżdżamy z autostrady, żeby na własne oczy przekonać się o co ten cały hałas. Wygląda nie najgorzej - wielki aqua-park połączony z egzotarium. Ale spędzenie tam dnia, czy choćby kilku godzin nie wydaje nam się aż taką atrakcją, żeby się tu dłużej zatrzymywać. Wracamy więc na autostradę i docieramy do polskiej granicy.
Już w kraju przypomina nam się, że w tej właśnie okolicy znajduje się zamek Kliczków, o którym opowiadali nam nasi znajomi z bractwa rycerskiego. Zapada decyzja - skręcamy do Kliczkowa.
Zamek jest ładny, ale nie za bardzo do zwiedzania, przynajmniej w dni robocze. Szwędamy się więc tylko po dziedzińcu i dokoła zabudowań zamkowych przez kilka chwil.
Kliczków nasunął nam od razu na myśl zamek Książ (fot.). Decydujemy się tam podjechać.
W ostatniej chwili zdążamy do zamku i łapiemy się jeszcze na ostatnią grupę z przewodnikiem. Można i bez, ale przewodnik ma swoje niezaprzeczalne zalety. Zwłaszcza, że pani przewodniczka niezwykle sympatycznie i ciekawie opowiada o zamku, jego okolicach i historii. Na dokładkę tylko z nią możemy wejść na wieżę (zamek jest w nieustającym remoncie i przejście przez piętro, na którym trwają prace nie jest dozwolone samopas). Poza tym odwiedzamy też podziemia zamku, które przez hitlerowców były rozbudowywane i które miały być połączone siecią podziemnych korytarzy z innymi podziemnymi "miastami" budowanymi zgodnie z projektem Riese. Inwestycja, otoczona do dnia dzisiejszego ścisłą tajemnicą, Niemcom nie wyszła. Pozostawiła tylko po sobie kilka szybów, wykończonych w mniejszym lub większym stopniu. Reszta, której historycy jedynie się domyślają, zatonęła pod tonami betonu i milczeniem dziesięcioleci.
Zaintrygowani opowieściami przewodniczki postanawiamy zostać w okolicy jeszcze przez jeden dzień, żeby odwiedzić trzy podziemne kompleksy udostępnione go zwiedzania.

Dzień 23.
Ostatni dzień naszych tegorocznych wakacji rozpoczynamy w Walimiu (fot.). Na zewnątrz pięknie grzeje słońce, a my ciepło ubrani zanurzamy się we wnętrzu góry. Przemierzamy z przewodnikiem kilka wykutych w skale rękami więźniów korytarzy. Niby nic wielkiego, ale w świetle słów opowiadających znaną część historii tego miejsca oraz wiele domysłów dotyczących jej nieznanych fragmentów, korytarze robią wrażenie.
Z Walimia jedziemy w kolejne miejsce - Włodarz. Tym razem jest to obiekt prywatny i od razu widać komercyjne nastawienie. Z parkingu idzie się do zamaskowanego siatką wejścia do podziemi leśną drogą, przy której stoją tablice informacyjne i stare pojazdy wojskowe. Kawiarnia to olbrzymi namiot, na zewnątrz drewniane stoły i ławy stoją wokół paleniska. Nadchodzi nasza pora. Wchodzimy do wnętrza za młodym człowiekiem w polowym mundurze. Część trasy przemierzamy pieszo, część pokonujemy w łodziach. To zalanie korytarze (fot.).
Chcemy mieć komplet (w tym porównania wiedzy i zdolności narracyjnych przewodników) i jedziemy do Tajemniczego Miasta Osówka. To ostatni z trzech otwartych dla turystów kompleksów podziemnych sztolni i korytarzy.
No cóż, co do tajemnic tych podziemi, to wiemy niewiele więcej niż wiedzieliśmy, czyli prawie nic. Reszta to hipotezy i domysły.
Około 17:30 wjeżdżamy na naszą autostradę A4 i pędzimy do domu. To już definitywny koniec.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
 sklep z grami planszowymi Sosnowiec      Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo