|
Termin: sierpień i kawałek
września 2001r.
Podróż do Wielkiej Brytanii była naszą jak dotąd najdłuższą podróżą.
Zrobiliśmy najwięcej kilometrów, spędziliśmy w tym kraju najwięcej czasu. I
chyba (jak na razie) najbardziej nam się tam podobało.
A oto skrót i wyjątki z naszego dziennika podróży:
Dzień 1.
Około godziny 14:00 dotarliśmy do Calais i od razu załadowaliśmy się na prom do
Dover. Niecała godzina i znaleźliśmy się na odprawie. Nie było tak źle jak nas
straszyli, kilka wymienionych z urzędnikiem imigracyjnym i celnikiem zdań, bez
specjalnej kontroli i słowa "udanych wakacji". I wjechaliśmy do miasta. Skupieni
na jeździe lewą stoną drogi nawet nie spostrzegliśmy jak wyjechaliśmy z Dover.
Po kilku minutach zjechaliśmy do punktu widokowego przy Samphire Hoe - skrawku
lądu stworzonego z ziemi wydobytej z dna morskiego podczas budowania tunelu pod
Kanałem.
Jeszcze tego wieczoru zdążyliśmy odwiedzić Pomnik Bitwy o Anglię pod Folkestone,
gdzie spędziliśmy pierwszą noc na wyspie.
Dzień 2.
Ten dzień praktycznie w całości spędziliśmy w Maidstone, a raczej w zamku Leeds,
położonym na skraju tej miejscowości. Zwiedziliśmy sam zamek, otaczjące go
ogrody i parki (tak, tak - w liczbie mnogiej). Udało nam się także częściowo
obejść, częściowo objechać na wózku przez pola golfowe zamek dookoła.
W dawnej kordegardzie przy głównym wejściu do zamku znajduje się niewielkie
Muzeum Psich Obroży.
W jednym z ogrodów znajdują się klatki z egzotycznym ptactwem (ostatnia
właścicielka zamku, Lady Baillie, uwielbiała ptaki). Jednak dającą najwięcej
uciechy atrakcją jest labirynt. Celem jest dojście do jego środka, w którym
znajduje się niewielkie wzniesienie ze stylizowaną grotą w swym wnętrzu.
Podziemny korytarz wyprowadza zwiedzających na zewnątrz labryntu.
Dzień 3.
Wcześnie rano dotarliśmy do Londynu. Trochę czasu zajęło nam zakwaterowanie,
śniadanie, nieco odświeżenia i już kolejką i metrem popędziliśmy do centrum.
Zaczęliśmy od Pałacu Buckingham. Musieliśmy odstać swoje w potwornie długiej
kolejce. Aż w końcu dostaliśmy się do Pałacu, dopiero co otwartego dla
zwiedzających.
Spod Pałacu przespacerowaliśmy się do British Museum, zwiedzając po drodze
Piccadilly. Rzecz jasna Muzeum jest za wielkie jak na jeden dzień zwiedzania,
więc wybraliśmy tylko najbardziej nas interesujące jego fragmenty.
Na Trafalgar Square podjechaliśmy metrem, gdy już zmierzchało. Z placu
przeszliśmy (mijając Downing Street) nad Tamizę w pobliże Westminsteru.
Zapadający mrok ukrył brud i to co było brzydkie, a oświetlenie ozłociło mury
budynków. To ta pora doby, którą w wielkim mieście lubię najbardziej.
Dzień 4.
Ranek powitał nas mżawką, co nas wcale nie zniechęciło do zwiedzania. Na ten
dzień zaplanowaliśmy sobie dwie Tower - Tower Bridge - zwodzony most z dwiema
majestatycznymi wieżami i Londyńską Tower, położoną tuż przy moście.
A popołudniu i wieczorem spacer po mieście, jego ulicach i parkach.
Dzień 5.
Tym razem się wycwaniliśmy i po kilkunastu zaledwie minutach spędzonych w
króciutkiej kolejce kupiliśmy bilety do Muzeum Figur Woskowych Madam Tussand na
następny dzień. Ominęło nas kilkugodzinne oczekiwanie w kolejce.
Z centrum Londynu wybraliśmy się bliżej jego obrzeży do browaru Ram. Tam
zapoznaliśmy się z jego historią i procesem produkcji piwa, a na koniec w
firmowym pubie spróbowaliśmy wytwarzanych tu gatunków ale. I w końcu znów
wróciliśmy do centrum. Nie udało nam się wejść do Parlamentu (zniechecająco
długa kolejka do kas), ale spędziliśmy jakiś czas na polowaniu na czerwone stare
autobusy (coraz ich mniej - tych klasycznych) i czarne, nie oklejone kolorowymi
reklamami taksówki. Gdy już ich kilka ustrzeliłam swoim aparatem, znów
powędrowaliśmy ulicami Londynu. Tym razem zajrzeliśmy też do Hyde Parku, który
był ostatnią atrakcją tego wieczoru.
Dzień 6.
Zaraz po wyjściu z metra na Baker Street spotkaliśmy Sherlocka Holmesa we
własnej chudej osobie - w słynnym płaszu w kratę, czapce i z fajką w zębach.
Zapraszał do swojego muzeum kilka przecznic dalej. My jednak mieliśmy bilety na
konkretną godzinę do Muzeum Figur Woskowych. Przeszliśmy wzdłuż ciągnącej się
przez całą długość ulicy kolejki i bez przeszkód weszliśmy prosto do budynku.
W tłumie ludzi, w tłumie porozstawianych "jak popadnie" woskowych postaci i w
przytłumionym oświetleniu dochodziło do śmiesznych pomyłek. Raz wzięłam hinduską
turystkę za figurę woskową, innym razem stojącą z aparatem przy oku woskową
postać za turystkę fotografującą Arnolda Schwarzenegera. Jak się przypatrywałam
innym, to nie byłam jedyną osobą, która się dała nabrać. Straszna za to była
sala horroru. Chociaż może lepiej byłoby powiedzieć, że była nieprzyjemna.
Udokumentowano w niej mroczną historię morderstw i innych przstępstw.
Za to na koniec coś ciekawszego - przejażdżka kolejką "Spirit of London".
Jechaliśmy poprzez ciemne zaułki sprzed wieków, pełne wygłodniałej biedoty,
które przeplatały się z domami bogatych mieszczan i pałacami arystokracji.
Dokoła nas rozbrzmiewały różnorakie głosy, poruszały się woskowe manekiny. Była
to podróż przez wieki, ukazująca Londyn takim miastem jakim było kiedyś i jakim
się stało obecnie.
Z muzeum pojechaliśmy do Greenwich, by zwiedzić Królewskie Obserwatorium
Astronomiczne, a przede wszystkim zobaczyć najsłynniejszy południk na Ziemi -
południk 0.
Udało nam się jeszcze kilka minut pospacerować po porcie w Greenwich zanim dzień
zakończył się ulewnym deszczem.
Dzień 7.
Pochmurny ranek powitał nas w Windsorze, kolejnej królewskiej siedzibie. Udało
nam się wejść zaraz po otwarciu, dzięki czemu ominęliśmy największy natłok
turystów, który przewinął się dopiero po nas. Na dokładkę zdążyliśmy na honorową
zmianę warty.
Po miasteczku zdążyliśmy przejść się jedynie jedną ulicą, bo zachmurzenie
zamieniło się w oberwanie chmury. Nie pozostało nam nic innego niż wsiąść do
samochodu i pojechać dalej. Tak oto jeszcze tego popołudnia znaleźlismy się w
Cambridge. Odbyliśmy tam wieczorny spacer po opustoszałych, ale za to
rozświetlonych lampami ulicach.
Dzień 8.
Do południa zakończyliśmy zwiedzanie miasta studentów i college'ów. Wybraliśmy
się poza miasto do wiejskiej posiadłości Anglesey Abbey. Zwiedziliśmy dom,
pospacerowaliśmy po parku i ogrodzie, zajrzeliśmy do młyna wodnego i wioski. I
tak zszedł nam kolejny dzień.
Dzień 9.
Poranek spędziliśmy w drodze do Yorku, a resztę dnia w tym mieście. Łaziliśmy po
ulicach starówki, zajrzeliśmy do miejskiej XIX-wiecznej kamienicy i kilku
muzeów. A wieczorem wybraliśmy się w kierunku wybrzeża. Do najstarszego kurortu
nadmorskiego w Anglii - do Scarborouh.
Nie mogliśmy wybrać się na zwyczajowy wieczorny spacer, bo pogoda popsuła nam
szyki - ulewny deszcz, zamiast łagodnej bryzy i bezchmurnego nieba.
Dzień 10.
Rano na szczęście już nie padało, ale było stosunkowo zimno i bardzo pochmurno.
Co nie przeszkodziło nam zwiedzić zamku na szczycie klifu i przespacerować się
po miasteczku.
Jadąc w stronę Szkocji jednocześnie zbliżaliśmy się do jednej ze słynniejszych
granic - Muru Hadriana. Nie mogliśmy nie zatrzymać się przy pozostałościach
jednego z licznych fortów rzymskich, który niegdyś przytulony był do ściany
Muru. Teraz zostały z Muru fragmenty ledwie wystające ponad trawę, a po
zabudowaniach fortu zachowały się tylko fundamenty.
Dzień 11.
Szkocja przywitała nas deszczem i olbrzymim głazem granicznym z widocznym z
daleka napisem SCOTLAND.
Na szczęście zanim dotarliśmy do Jedburgh zdążyło się nieco wypogodzić.
To co nas tam najbardziej pociagało to ruiny opactwa, wybudowanego z czerwonego
piaskowca, otoczonego soczystą zielenią trawników i drzew. Do kompletu brakowało
tylko blękitu nieba.
Kolejny na naszej liście był zamek Floods w sąsiednim Kelso. A następnie Melrose
- mała mieścina o trzech uliczkach i kolejnych czerwono-piaskowcowych ruinach
opactwa.
Na ostatek został nam zamek Crichton. Gdy do niego dojeżdżaliśmy, to już znowu
zaczynało padać. Dobrze, że, mimo iż były to ruiny, znalazło się tam kilka
zadaszonych komnat. Dzięki temu udało nam się nie zmoknąć.
Dzień 12.
To był cały dzień w stolicy Szkocji - Edynburgu. Dodatkową atrakcją tego dnia
była parada orkiestry główną ulicą mista. Poza tym zwiedziliśmy zamek, pałac
Królowej i przespacerowaliśmy się ulicami miasta. Miłą przygodą było wdrapanie
się na szczyt Artur's Seat, z którego rozciągały się piękne widoki nie tylko na
Edynburg.
Dzień 13.
Dzień rozpoczęliśmy od zwiedzania zamku w Stirling. Puste kamienne komnaty nas
rozczarowały, ale humory się nam poprawiły po małym pokazie historycznym. Po
zamku zwiedziliśmy jego okolice i samo miasto.
Ze Stirling przejechaliśmy do Dollar, małej miejscowości wśród wzgórz. Na jednym
z nich przycupnął niewielki zamek, otoczony zielono-liliowymi zboczami pełnymi
traw, paproci i wrzosów. Poniżej zamku przyjemny las, pośród którego szemrały
strumienie. Wymarzony dzień na spacery, zwłaszcza, że niebo było bezchmurne.
Wieczorem jeszcze dotarliśmy do Arbroath i na dzikiej plaży wybraliśmy się na
spacer. Dzięki potężnemu odpływowi wyszliśmy na przechadzkę z dala od suchego
lądu.
Dzień 14.
W siąpiącym od rana deszczu zwiedziliśmy ruiny opactwa, a potem szybko
wynieśliśmy się z Arbroath na północny zachód.
Po drodze wstąpiśmy na "obiad" do Baxtesr Highland Village w Fochabers. To
nowoczesna fabryka gotowych dań, głównie w puszkach, ale także przetworów
wszelkiej maści o długiej i bogatej tradycji. Jako wielbicielka słodyczy
zachwycałam się pysznym truskawkowym dżemem, a Jacek wolał pikatnego chutneya.
Po obiedzie czas na drinka - pojechaliśmy do Forres do destilarni whisky. Po
zwiedzaniu obowiązkowa degustacja wody ognistej, co nie pozwoliło na dalszą
jazdę samochodem.
Dzień 15.
Rano znaleźliśmy się już niedaleko Inverness - w Fort George. To potężny fort,
który do dziś mieści w swych murach koszary. Po zwiedzeniu fortu i bezskutecznym
wygladaniu delfinów w wodach zatoki opuściliśmy wybrzeże i ruszyliśmy w kierunku
najsłynniejszego szkockiego jeziora - Loch Ness.
Po drodze po raz pierwszy napotkaliśmy cudownie włochate, wielkorogie szkockie
bydło. Była to cała krowia rodzinka włącznie z małym, misiowatym cielakiem.
Pierwszy postój nad Loch Ness wypadł nam w maleńkiej wiosce Dores. Zatrzymaliśmy
się pod pubem, a po chwili pomaszerowaliśmy kamienistym brzegiem jeziora. Drugi
przystanek zaplanowaliśmy mniej więcej w połowie długości jeziora na jego
wschodniej stronie - w Foyers. Jednak po szybkim zakwaterowaniu powędrowaliśmy
nie nad jezioro, ale nad wodospady.
Dzień 16.
Jak zwykle wstaliśmy wcześnie, za co natura nas nagrodziła. Nie była to
wprawdzie postać Nessie, wynurzająca się z jeziora, ale piękny widok świtu. Tego
dnia jednak i tak mieliśmy umówione spotkanie z Nessi. Pierwsze odbyło się w
Fort Augustus. To była roślinna Nessi, na dokładkę z baby-Nessie przy boku.
Po kilku chwilach spędzonych w miasteczku pojechalismy dalej zachodnią drogą
wzdłuż jeziora. Na późne drugie śniadanie zatrzymaliśmy się w Invermoriston,a
niedługo potem znaleźliśmy się na parkingu przy jedynym zamku nad brzegami Loch
Ness - Urquhart.
Dzień zakończyliśmy w Drumnadrohit, gdzie znajduje się kilka postaci Nessie i
wspaniałe Loch Ness Centrum.
Dzień 17.
Z Inverness uciekaliśmy przed deszczem na północ Szkocji. Wkrótce znaleźlismy
się w Trójkącie Shin i przy Wodospadach Shin, gdzie można zobaczyć wędrujace w
górę rzeki na tarło łososie. Nieco czasu spędziliśmy obserwując wysiłki ryb
usiłujących z lepszym lub gorszym skutkiem przeskoczyć wodne progi. Każdy udany
skok nagradzany był przez ludzką publiczność oklaskami, każdy nieudany -
westchnieniami zawodu i żalu.
Z wodospadów przenieśliśmy się w północny róg Trójkąta - do Lairg. Tam
wybraliśmy się na spacer trasą archeologiczną po wrzosowiskach porastających
miejsce osady z epoki brązu.
Powoli udalismy się w kierunku północnego wybrzeża. Po drodze podziwialiśmy
przepiękne widoki z dzikiego kraju. Górskie grzbiety pokryte wrzosami i
paprociami, poprzetykane plamami białawego runa wszędobylakich owiec. I tak
wieczorem dotarliśmy do Durness.
Dzień 18.
Pierwszym miejscem, gdzie poszliśmy rano była piaszczysta plaża Sango Sands.
Znaleźliśmy się na poziomie morza, nad nami sterczały pionowe, skalne nagie
klify. Zza chmur wyjrzało słońce, błyskające refleksami na falach. Dzięki niemu
piasek wydał nam się złotym proszkiem rozsypanym pomiędzy skałami. Woda nabrała
wszystkich odcieni błękitu - od jasnego, kryształowo przeświecającego na
płyciźnie do ciemnego, prawie granatu, gdzieś nad głębinami na horyzoncie.
Następna była grota z wodosapdem Allt Smoo, z której wybraliśmy się na spacer
szczytem klifów.
Bardzo chcieliśmy się wybrać na przylądek Cape Wrath, jednak ze względu na stan
wody w zatoce i pogodę okazało się to niemożliwe. Musieliśmy się zadowolić
cyplem Faraid Head, z którego moglismy z daleka poogladać latarnię morską na
Cape Wrath.
Ruszyliśmy w dalszą drogę jedyną możliwą trasą, ścinając najbardziej na
północny-zachód wysunięty skrawek wyspy. Wiodącą przez wzgórza, wąskie zatoczki,
nad strumieniami i obok jezior drogą, podziwiając piękno dzikiego świata za
oknami samochodu, kierowaliśmy się do Kylesku. To właśnie niedaleko tej
niewielkiej wioski znajduje się najwyższy wodospad w Brytanii.
Późnym popołudniem nie ma już rejsów do wodospadu, więc wybraliśmy się na pieszą
wyprawę. Do wodospadu jednak nie doszliśmy, bo zamiast trzymać się ścieżki
(której i tak prawie nie było widać) podążyliśmy śladem stada czerwonych jeleni,
które nie uciekały, a tylko zachowywały stałą odległość pomiędzy nami a sobą.
Dzień 19.
Ponieważ uparlismy się zobaczyć wodospad, od rana czekaliśmy na nabrzeżu na
statek wycieczkowy. Weszliśmy na jego pokład wraz ze sporą grupą turystów z
całej Europy. Kapitanem był Szkot, który w bardzo dowcipny sposób opowiadał o
geologii otaczających jezioro gór, o zamieszkującej na skalnych wysepkach
jeziora foczej kolonii i jej zwyczajach, o najwyższym, ale i najwęższym
wodospadzie w Brytanii.
Z Kylesku pojechalismy do Point of Stoer, na cyplu, z którego można obserwować
delfiny i wieloryby i z którego przy ładnej pogodzie widać największą z Hybryd
Zewnętrznych - wyspę Lewis. Na zobaczenie Hybryd nie liczyliśmy w ogóle, bo od
rana niebo zakrywała gruba warstwa ołowianych chmur, a nad morzem unosiła się
delikatna mgiełka. Pospacerowaliśmy tylko przez chwilę w pobliżu latarni
morskiej i zniechęceni pogodą ruszylismy w dalszą trasę w kierunku wyspy Skye.
Dzień 20.
Dzień na Skye zaczeliśmy od krótkiej wizyty w Kyleakin, małej turystycznej
miejscowości. Chcąc skorzystać ze słońca minęliśmy Bradford i Portree kierując
się w stronę Storr. Na niewielkim parkingu zostawiliśmy samochód i ruszyliśmy na
szlak prowadzący najpierw przez las, a później przez skały porośnięte jedynie
gdzieniegdzie niską trawą.
Najpiękniejszym obiektem na wzgórzach jest niezaprzeczalnie The Old Man of
Storr, samotna iglica ostańca wznosząca się prosto ku niebu. Otoczona
rozrzuconymi chaotycznie mniejszymi, poszarpanymi skałami. Stojąca w cieniu
masywnych ścian szczytu wzgórza. Widoczny z daleka i z daleka rozpoznawalny
symbol wyspy.
Po powrocie ze wzgórz ruszylismy dalej drogą prowadzącą wzdłuż brzegów wyspy.
Zatrzymywaliśmy się jeszcze kilkukrotnie by zabaczyć między innymi Kilt Rock
(piękne morskie klify), ruiny średniowiecznej fortecy Duntulum Castle oraz Flora
MacDonald's Monument - niewielki skansen, w którym zgromadzono grupę chat
reprezentujących życie wiejskie na wyspie pod koniec XIX wieku.
Dzień zakończyliśmy w Portree, głównym mieście Skye.
Dzień 21.
Drugi dzień na Skye poświęciliśmy sztuce. Odwiedzaliśmy więc m.in. zakłady
garncarskie, galerie, warsztaty lokalnych wytwórców biżuterii, zakłady
garbarskie, w Eilean Iarmain natrafiliśmy na wystawę rzeźb miejscowego artysty.
W końcu musieliśmy opuścić wyspę i jeszcze tego samego wieczoru znaleźliśmy się
w Fort William.
Dzień 22.
Od samego rana szykowaliśmy się na wielka wyprawę - mieliśmy zdobyć szczyt
najwyższej góry w Wielkiej Brytanii - Ben Nevis.Do plecaków zapakowaliśmy
jedzenie na cały dzień, ubrania i ruszyliśmy na szlak, na którym roiło się od
turystów. Kamienna ścieżka wyglądała jak nadmorski deptak w szczycie sezonu.
Dzień był słoneczny, ciepły, wprost wymarzony na taką wyprawę.
Im bliżej szczytu, tym częściej widzieliśmy ludzi ubranych w ciepłe kurtki,
zapięte pod samą szyję, rękawiczki i wełniane czapki. Na tle wspinających się,
ubranych w szorty i bawełniane koszulki z krótkimi rękawkami, wyglądali dość
dziwnie. Jednak, gdy tylko dotarliśmy na tonący w chmurach szczyt, sami bardzo
szybko dopięliśmy nogawki do spodni, założyliśmy bluzy i kurtki. Po jakimś
czasie rozpoczęliśmy powrotną wędrówkę na dół, do Fort William. Całą wyprawa na
Ben Nevis zajęła nam około 7 godzin, czyli zmieściliśmy się w śreniej wynoszącej
między 6 a 8 godzin - tam i z powrotem.
Dzień 23.
Rankiem opuściliśmy Fort William, by pojechać do leżącego jakieś 80 km na
południe Oban. Po drodze, tuż przed samym Oban, zatrzymaliśmy się przy drodze na
widok położonego na środku jeziora na małym kawałku skały zamku Stalker.
Zwiedziliśmy też zamek Dunstaffnage, a potem wjechalismy do miasta.
Po zwiedzeniu miasta pojechaliśmy do Bonawe, gdzie znajduje się zabytkowa huta
żelaza.
Dzień 24.
Nierozważnie zahaczyliśmy o Glasgow. Nierozważnie, bo duże miasta nie są tak
przyjemne w zwiedzaniu jak mniejsze miejscowości i dzikie tereny. Straciliśmy
trochę czasu snując się pustymi ulicami. Szybko postanowiliśmy się wycofać z
największego miasta Szkocji i uciec od niego jak najdalej. Trafilismy do doliny
rzeki Clyde, do miejscowości New Lanark. Zbudowana ona została specjalnie dla
potrzeb mijscowych przędzalni. Całość stanowi zabytkowy kompleks. Na zwiedzenie
New Lanark należy zarezerwować sobie cały dzień, bo do obejscia jest sporo -
m.in. przędzalnie, domy robotników i dyrektorów, miejscowy sklep i szkoła, dom
kultury. Ekspozycje i wystawy i mnóstwo sklepów specjalnie dl aturystów. No i
oczywiście obowiazkowy spacer brzegiem rzeki do wodospadów Corra Linn.
Dzień 25.
Rankiem znów powitaliśmy Aglię w granicznej miejscowości Carlisle. Po zwiedzeniu
miasta ruszyliśmy boczną drogą w kierunku Keswick, mijając rozlege wrzosowiska,
które okryte były coraz wyraźniejszym fioletem. Popołudniową przerwę zrobiliśmy
sobie nad spokojnym jeziorkiem zaraz za Keswick. A wieczorem ruszyliśmy do
Crewe.
Dzień 26.
Zaraz z rana znaleźliśmy się pod fabryką Rolls Royce'a. Po króciutkiej rozmowie
w recepcji przeszlismy dalej, między innymi do sali historycznej, do pokoju, w
którym klienci zamawiają indywidualnie wyposażenie swych samochodów, a także do
hali fabrycznej. Nie ominęliśmy także później salonu z samochodami obu marek -
spod znaku RR i Bentleya.
Gdy w końcu udało mam się oderwać od luksusowych pojazdów, udalismy się do
Chester, by zwiedzić unikatową starówkę.
Przekraczając zachodnią granicę miasta jednocześnie przekraczaliśmy granicę
Anglii z Walią. Było już ciemno, gdy dotarliśmy do Llandudno, nadmorskiej
miejscowości wypoczynkowej w Walii. Na zwiedzanie miasta było już zdecydowanie
za późno, ale na sen jeszcze za wcześnie. Znaleźliśmy więc sobie szybko jakiś
nocleg i wybraliśmy się na wieczorny spacer na molo. A ponieważ po ciemku
niewiele widać, główną atrakcją wieczoru stał się salon gier. Tętniący gwarem
bwiacych się ludzi wciagnął nas na pół nocy.
Dzień 27.
Po Llandudno poplątaliśmy się przez jakiś czas rankiem, a potem pojechaliśmy do
pobliskiego Conwy, by zwiedzić miedzy innymi ruiny zamku Edwarda I, najstarszy
dom mieszczański i najmniejszy dom w Brytanii - 3 m wysokości i 1,3 m zerokości
(a i tak mieści parter i piętro). Niegdyś był to dom rybaka, a teraz małe
muzeum.
Dość późnym popołudniem dotarlismy do Betws-y-Coed, koło którego, jak
słyszeliśmy, znajdowały się jedne z najpiękniejszych wodospadów w Walii -
Swallow Falls.
Na miejscu po raz pierwszy spotkaliśmy się z wysokim ogrodzeniem i opłatą za
podziwianie wodospadów.
Dzień 28.
Rankiem wybralismy się na kolejny spacer w okolicach Betws-y-Coed, tym razem
leśnym szlakiem przez Most Górników.
W drodze na południe zatrzymaliśmy się w kopalni łupków Llechwedd. Tam zszedł
nam cały praktycznie dzień a zwiedzaniu podziemnych sztolni, naziemych
ekspozycji i zamienionej na muzeum kopalnianej wioski.
Dzień 29.
Kolejny dzień spędziliśmy w stolicy Walii - Cardiff. Przede wszystkim zamek, do
tego Muzeum Narodowe i spacer po mieście w kierunku portu.
Poźnym popołudniem pojechaliśmy poza miasto do skansenu St. Fagans, ale tak nam
się tam spodobało, że postanowiliśmy spędzić tam cały dzień następny. A
tymczasem wybraliśmy się na plażę.
Dzień 30.
Zgodnie z planem cały dzień spędziliśmy w skansenie łażąc od chaty do chaty, od
domu wiejskiego do kościółka, od warsztatu garncarza, do kużni, tkalni itd.
Jedną z atrakcji był też model celtyckiej wioski sprzed 2000 lat. Najtrudniej
było przejść nieporuszonym obok piekarni, bo dochodziły z niej bardzo kuszące
zapachy.
Po opuszczeniu St.Fagans znów wybraliśmy się nad morze, na plażę do Barry. Tym
razem jednak mieliśmy mniej szczęścia, bo po pięknym słonecznym dniu,
popołundniowe niebo zaciągnęły chmury i zaczął kropić mały deszczyk.
Dzień 31.
Przedpołudnie spędziliśmy w drugin ośrodku uniwersyteckim w Anglii - w
Oxfordzie, który niestety zncznie ustepuję pod względem architektonicznym
Cambridge.
Po drodze do Coventry zjechaliśmy z autostrady, by dotrzeć do Silverstone -
jednego z najsłynniejszych torów wyścigowych.
Ponieważ było wczesne niedzielne popołudnie, tereny toru były pełne ludzi,
którzy siedzieli na trybunach, bądź plątali się po dostępnych terenach pomiędzy
zabudowaniami technicznymi i bandami, za którymi ryczały silniki ścigających się
pojazdów.
Dzień 32.
Mimo braku rezerwacji udało nam się załapać na zwiedzanie fabryki jaguara w
Coventry. Za naszym przewodnikiem wędrowaliśmy po hali montażowej, po halach
obróbki drewna, szycia skórzanej tapicerki, wykańczania i kontroli. Zeszło nam
tam z pół dnia, a resztę spędziliśmy w samym mieście, słynnym nie tylko z
jaguarów, ale także dzięki postaci Lady Godivy.
Dzień 33.
Przed południem znaleźliśmy ię w Cirencester w południowej Anglii. Stamtąd było
już niedaleko do Malmesbury, a stamtąd do Lacock Abbey - wioski, która w całości
należy do National Trust. To, co nas ściągnęło do Lacock Abbey, nie były to ani
pozostałości klasztoru, ani cicha wioska. Właściwie nie było to "coś", ale
"ktoś" - William Henry Fox Talbot - ojciec współczesnej fotografii. Sam tam
kiedyś mieszkał i pracował. A teraz jest tam jego muzeum i skromny grób.
Jeszcze przed zachodem słońca udało nam się dotrzeć do Westbury. Ale nie
zatrzymywaliśmy się w tej miejscowości. Od razu podążaliśmy do celu naszego
przyjazdu w to miejsce - na wzgórze, na zboczu którego znajduje się olbrzymi
biały koń. Jeden z wielu białych koni w tej krainie falujących wzgórz,
spokojnych, lesistych dolin rzecznych i malowniczych wiosek. Mimo jednak, że
natura jest tu piękna, to Wiltshire jest znane właśnie z białych koni wyciętych
w kredowych zboczach wzgórz.
Dzień 34.
Do Glastonbury ludzie przybywają z trzech powodów. Po pierwsze chcą zobaczyć
wciąż żywe chrześcijańskie sanktuarium, które prawdopodobnie jest siedzibą
najstarszego kościoła i z całą pewnością był w swoim czasie najwspanialszym
klasztorem. Po drugie przybywają tu, by zobaczyć prawdopodobne miejsce spoczynku
legendarnego króla Artura. I w końcu po spokój i ciszę, które można znaleźć w
ogrodach byłego klasztoru. My pojechaliśmy do Glastonbury z wszystkich trzech
powodów na raz.
Później zmieniliśmy zupełnie otoczenie na pełne samochodów sle Haynes Motor
Museum w Sparkford. A następnie, po drodze do Cerne Abbas zahaczyliśmy o
maleńką, malowniczą wioskę Dowlish Wake, położoną na południowy wschód od
Ilminster. To, co nas tam zaciągnęło, to cider, popularny napój robiony z
jabłek.
W Cerne Abbas czekal na nas kolejny ryt w kredowym zboczu - tym razem tajemnicza
postać Olbrzyma.
Dzień 35.
Salisbury to kolejne średniowieczne miasteczko w południowej Anglii. Słynie w
świecie przede wszystkim z dwóch rzeczy - najwyższej w Anglii iglicy wieży
katedralnej i z położonego niedaleko za miastem kamiennego kręgu Stonehenge. My
zaczęliśmy od Salisbury z jego atrakcjami. Później przenieśliśmy się bliżej
Stonehenge, ale jeszcze do samego kręgu - do Old Sarum. Monolity zostały na
deser.
A popołudniu czekała nas jazda do Brighton, do którego dotarliśmy już po zmroku.
Dzień 36.
To już była końcówka naszych wakacji i naszych pieniędzy, kilka atrakcji więc
musieliśmy sobie odpuścić. Nie podarowaliśmy sobie jednak niezwykłego Pawilonu
Królewskiego - z zewnątrz hiduska architektura, wnętrza żywcem przeniesione z
Chin.
Za to nic nas nie kosztowało zobaczenie Długiego Człowieka z Wilmington -
kolejnej wyrytej we wzgórzu postaci.
A wieczór i noc spędziliśmy w Hastings.
Dzień 37.
Tego dnia odwiedziliśmy ostatni zamek - Bodiam.
Byliśmy już coraz bliżej końca naszej wyprawy dookoła Wyspy. Od Dover dzieliły
nas zaledwie kilometry, a zostało nam trochę czasu. Szkoda nam było już wracać
do domu. Przy okazji postoju na posiłek zajrzałam do informatora GBHP, czy nie
mamy jeszcze czegoś ciekawego po drodze. I znalazłam - Port Lympne, interesujący
ogród zoologiczny, w którym siedzieliśmy pratycznie do zmroku.
Dzień 38.
Rano znaleźliśmy się w Dover, ale nie mogliśmy jeszcze wjeżdżać na prom, szkoda
nam było całego dnia. A ponieważ pierwszego dnia nie zatrzymaliśmy się w tym
mieście, postanowiliśmy to nadrobić.
I w ten oto sposób zwiedziliśmy stojący na szczycie klifu zamek, a także tunele
wykute w białych, kredowych skałach. Zwłaszcza te tunele były niezwykłym
przeżyciem.
Górujący nad miastem i nowoczesnym portem zamek ze swymi podziemiami i tunelami
jest największą, ale nie jedyną atrakcją Dover. Czas jednak płynął nieubłaganie
i nie starczyło go nam na wszystko. Wjeżdżając na pokład promu powiedzieliśmy
sobie - "Następnym razem". Rzucając ostanie spojrzenie na angielski brzeg, nie
mówiliśmy "Żegnaj", ale "Do widzenia".
|