fotopodróże
  GŁÓWNA
  HOME  
  GALERIA
  GALLERY  
  VIDEO
  VIDEO  
  PODRÓŻE
    TRAVEL  
  PUBLIKACJE
    PUBLICATIONS  
  O NAS
    ABOUT US  
  NASZ HONKER
    OUR HONKER  
  LINKI
    LINKS  
  KONTAKT
  CONTACT  

Albania AlbaniaAL
Belgia Belgium Belgia BE
Chorwacja Croatia Chorwacja HR
Czarnogóra CzarnogóraMNE
Dania Denmark Dania DK
Estonia Estonia EE
Finlandia Finland Finladnia FI
Francja France Francja FR
Gibraltar Gibraltar GI
Grecja Grece GrecjaGR
Grenlandia Greenland GrenlandiaGL
Gruzja Georgia GruzjaGEO
Hiszpania Spain Hiszpania ES
Irlandia Ireland IrlandiaIRL
Islandia Iceland IslandiaIS
Litwa Lithuania LitwaLT
Łotwa Latvia Łotwa LV
Macedonia MacedoniaMK
Malta MaltaM
Maroko Morocco Maroko MA
Mołdawia Moldova Mołdawia MD
Monako Monaco Monako MC
Niemcy Germany Niemcy DE
Norwegia Norway Norwegia NO
Portugalia Portugal PortugaliaP
Rumunia Romania Rumunia RO
Serbia SerbiaSRB
Słowacja Slovakia SłowacjaSK
Szwecja Sweden Szwecja SE
Turcja Turkey TurcjaTR
Wielka Brytania Great Britain Wlk. Brytania GB
Włochy Italy  Włochy IT
Wyspy Owcze Faroe Islands  Wyspy OwczeFO
WIELKA BRYTANIA 2010
Great Britain 2010

Galeria zdjęć 2010 / Gallery - 2010

Not avilable in English.

Termin: czerwiec 2010r.

Nasza mała wycieczka to z dawien dawna obiecywany Mamie wypad do jakiegoś angielskiego ogrodu, który w tym roku przerodził się w jej urodzinowy prezent. I tym oto sposobem na trzy osoby dwie pojechały do "pracy" - ja jako przewodnik i tłumacz, Jacek jako kierowca - a jedna, czyli Mama, na relaks i odpoczynek.

Dzień 1.
Pobudka w środku nocy i ekstremalna wyprawa na lotnisko w strumieniach wody płynącej w każdym możliwym kierunku - poziomo i pionowo, a nawet na ukos (spod kół innych samochodów). Momentami mieliśmy wrażenie, że skoda polegnie i utonie pośrodku dwupasmówki, ale dała radę i na samolot zdążyliśmy.
Anglia przywitała nas słońcem, ciepełkiem i piękną pogodą.
Po poprzedniej wizycie już obeznani z Luton bez problemu trafiliśmy na właściwy przystanek i do wypożyczalni samochodów. Szybkie załatwienie formalności, zapakowanie się do auta i ruszamy na zachód. Szerokim łukiem omijamy Londyn i dokąd się tylko da, nie opuszczamy autostrady. Mamy mało czasu, a Kornwalia daleko i tyle w niej do zobaczenia.
Pierwszy poważny przystanek to Tintagel na zachodnim wybrzeżu. Trzy rzeczy nas tu ściągnęły, no dobrze - cztery: klify, ruiny zamku, jaskinia Merlina i budynek starej poczty (fot.). Po kilkugodzinnej jeździe cudownie jest rozprostować kości i rozruszać na spacerze nogi. Na przechadzce spędzamy całe popołudnie i już wieczorem docieramy do zarezerwowanej kwatery w Newquay (fot.).

Dzień 2.
Pobudka o świcie, angielskie śniadanie (ja jadam niewiele, więc bardzo nie narzekam, ale dwa tosty i jedno jajko na krzyż dla dorosłego chłopa?!) i ruszamy do Lost Gardens of Heligan, czyli po naszemu do Zagubionych Ogrodów Heligan (fot.).
Jest jeszcze wcześnie, dopiero otwierają, ale na parkingu już nie ma za wiele miejsca i do kasy stoi kolejka. Jest piękny dzień i ludzie przyjeżdżają tu z całymi rodzinami.
Ogrody Heligan, zajmujące ładnych parę hektarów powierzchni, to zbiór przeróżnych typów ogrodów i ekosystemów praktycznie z całego świata. Wędrujemy od jednego do drugiego, zachwycając się kompozycjami, barwami, ciesząc się z grzejącego słońca (którego u nas od dawna zza warstwy chmur i ściany deszczu nie widzieliśmy). Mama, zapalona działkowicza i miłośniczka wszystkiego co rośnie, celebrowała praktycznie każdą roślinkę, kwiatek, krzaczek, drzewko. Na mnie osobiście największe wrażenie robi dżungla i bambusowe zarośla.
Prawie cały dzień zeszło nam na spacerowaniu ogrodowymi alejkami. W końcu jednak trzeba pożegnać się z Heligan i zobaczyć nieco inne zakątki Kornwalii.
Zjechaliśmy więc na chybił-trafił do uroczego, spokojnego miasteczka Fowey (fot.), gdzie chwilę posiedzieliśmy na nadbrzeżnej promenadzie, chwilę pospacerowaliśmy i gdy już zaczęło się ściemniać, wróciliśmy do Newquay.

Dzień 3.
Dzień kolejnego ogrodu, tym razem znacznie innego w charakterze - zachciało nam się zwiedzić oglądany w TV Eden Project (fot.). Kilka szklanych kopuł stanowiło nasz cel tego dnia. I po przebyciu wyznaczonych ścieżek zewnętrznego ogrodu zagłębiliśmy się na początek w świat roślinności śródziemnomorskiej. Pouchylane szklane tafle, będące elementami specjalnego systemu kopuły, pozwalały na swobodny przepływ świeżej, chłodnej bryzy. A my poczuliśmy się jakbyśmy znaleźli się na południu Europy, bo poza roślinnością nasze oczy cieszyły także elementy architektury typowej dla tamtych rejonów.
Następna część tego ziemskiego raju to lasy tropikalne, upstrzone chatami i obozowiskami wystylizowanymi na te oryginalne, jakie w danym regionie można lub można było znaleźć.
Przy zbudowanym z bambusa domostwie można było nabyć kubek cudownie chłodnego napoju. To koktajl z mleczka kokosowego i soków z owoców zbieranych w Edenie, czyli wszystko świeże i prosto z drzew.
Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że tropiki nie są dla mnie i z pewną ulgą opuszczam olbrzymią szklarnię. Doceniam ogrom włożonej w jej stworzenie pracy i wszystkie walory edukacyjne, ale zmęczenie robi swoje.
Popołudnie jest wciąż słoneczne i piękne, więc przeskakujemy na drugą stronę półwyspu i udajemy się do słynnych klifów i plaży Bedruthan Steps (fot.). Po pełnym gwaru zwiedzających roślinnym raju spokój okolicy i relaksujący szum fal działa na nas kojąco. Zostajemy tu do zachodu słońca.

Dzień 4.
To już ostatni dzień w Kornwalii. Ogrody mamy za sobą, czas na inne atrakcje. Wyruszamy na objazd cypla. Pierwszy przystanek robimy w okolicach Men an Tol (fot.), do którego wędrujemy pieszo w "pięknych okolicznościach przyrody".
Po tym małym spacerku szukamy Bottalack Mine (fot.), czyli ruin starej kopalni rud, usytuowanej na skraju klifów. Pomimo nienajlepszego oznakowania udaje nam się dotrzeć na miejsce i znów spacerujemy wzdłuż błękitnej tafli rozbijającej się w białych rozbryzgach na zielonych ścianach. Same szczątki zabudowań nie są może szczególnie romantyczne, czy zachwycające, ale smaczku całości dodaje właśnie sceneria otoczenia i usytuowanie.
Jedziemy dalej, na kraniec świata do Land's End. Kilka kilometrów jednak przed cyplem napotykamy na swej drodze lotnisko, a olbrzymie reklamy "loty widokowe" wprost biją po oczach. Zjeżdżamy na parking i idziemy zapytać o te loty. Są trzy trasy różniące się zasięgiem i co za tym idzie ceną. Ceny da się przełknąć i chcemy lecieć trasą najdłuższą, obejmującą St.Michael's Mount. Na przeszkodzie staje nam jednak pogoda. Coraz większe zachmurzenie eliminuje loty na ten dzień. Obsługa proponuje następujące rozwiązanie - spróbujemy polecieć chociaż nad Land's End. "Spróbujemy" oznacza, że wystartujemy i polecimy i jak będzie w miarę przyzwoita widoczność, to polatamy i pooglądamy i wtedy po powrocie zapłacimy. Jeśli jednak warunki okażą się zbyt niesprzyjające, wrócimy bez oglądania i nie będziemy płacić za lot.
Na szczęście warstewka chmur nadchodzących z głębi lądu jeszcze nie dawała się za bardzo we znaki na skraju lądu, więc mogliśmy pooglądać ten skrawek Kornwalii z powietrza (fot.).
Po wylądowaniu pojechaliśmy zgodnie z wcześniejszym planem zwiedzić Land's End z poziomu gruntu (fot.).
Zaciekawił nas opis miejsca może nie za bardzo historycznego, ale dość ciekawego - Minnack Theathre (fot.), czyli amfiteatru wykutego w skałach klifu i niczym nie przysłoniętym widokiem na ocean.
Ostatnia atrakcja Kornwalii, jaką chcieliśmy w czasie tej wizyty zobaczyć, to St Michael's Mount (fot.). Wzorowana na francuskiej Mont Saint Michel dostępna była pod wieczór dla piechurów, bo odpływ odsłonił betonowo-kamienną ścieżkę prowadzącą z plaży na wyspę.
I znów dopiero o zmroku wracaliśmy na naszą kwaterę.

Dzień 5.
Pobudka wcześniej niż zwykle, bo do Luton ładnych kilka godzin jazdy, a po drodze jeszcze chcieliśmy zatrzymać się w dwóch miejscach.
Pierwsze z nich jest pewnego rodzaju wynagrodzeniem dla kierowcy, czyli Jacka. To wizyta w Haynes Motor Musem, gromadzącym olbrzymią kolekcję samochodów, wśród których jest też mój ulubiony Duessemberg.
Drugi przystanek to najsłynniejszy kamienny krąg świata - Stonehenge (fot.). Stwierdziłam, że skoro i tak już jesteśmy w Anglii i mamy go po drodze, to pokażemy go Mamie z bliska. Dwie rundki dokoła i wracamy do Luton.
Popołudnie i znaczą część wieczoru spędzamy na lotnisku, bo nasz samolot ma spore opóźnienie. Ostatecznie do domu docieramy kilka godzin później, niż to było planowane.


Kontakt: aleksandra.cebo@wp.pl, jpielgrzym@wp.pl

POLECANE STRONY
     Agencja ubezpieczeniowa www.jpielgrzym.pl        

Copyrigth © Aleksandra Cebo